poniedziałek, 9 lipca 2012

Zaatakowana przez formicę!

Albo myrmicę! Albo coś podobnego!

Dziś Aurora padła ofiarą ataku dzikiego zwierzęcia. Na nic zdała się nasza czujność i uwaga.

Zaatakowana przez dziką mrówkę (widzieliście kiedyś oswojoną?)! I nie mówię tu o TEJ sympatycznej, z książeczek z Tatowego dzieciństwa.

Dziewczę radośnie i beztrosko zażywało kąpieli pod jabłonią (na ogródku u Prababci Marysi). Nagle zaczęło popłakiwać. Pomyślałam, że może woda już zbyt chłodna i wyjęłam Małoletnią z cieczy, ale Ta (Małolentnia, nie ciecz) uderzyła w płacz nieomal histeryczny i wtedy dopiero zobaczyliśmy podłego winowajcę.

Wspólnymi siłami rodzicielskimi napastnik został wystrzelony w kosmos, zaś nieszczęsne Dziecię ukojone tuleniem, mlekiem (wewnętrznie) i wodą z octem (zewnętrznie). Dopiero potem okazało się, że podły dzieciogryz udziabał Orę TRZY RAZY!!! W plecki, rączkę i szyję. Nie wiem, jakie przyspieszenie miał ten podły insekt. Placki były czerwone i nieładne, aż się zastanawiałam nad jazdą do lekarza, naprawdę. Ale zmasowane siły Przemka i Babci odwiodły mnie od tego zamiaru.

Po półgodzinie zaczerwienienie znacznie zmalało, a wieczorem nie było już niemal śladu po ukąszeniach. A na dokładkę - pojutrze mamy szczepienie, a Przemko nie może urwać się z pracy. Jak ja to przeżyję??? Miserere mei!

Za to wczoraj byli u nas znajomi, z ponad roczną córą. Aurora najpierw obserwowała ją z wysokości moich rąk, po czym zaczęła zaśmiewać się do rozpuku. Oglądanie starszej koleżanki okazało się rozrywką prima sort. Z bezpośrednim kontaktem poszło nieco gorzej, bo Orka została obrabowana z zabawki i pacnięta. Pierwsze przyjęła niepomiernym zdziwieniem, po czym zignorowała, drugie ją zaskoczyło a po chwili uznała, że jest to jednak powód do płaczu. Oczywiście znajomi interweniowali natychmiast w obu przypadkach, ale ja potem już nie odstępowałam Młodej na krok.

Następnie poszliśmy posłuchać WGB nie wziąwszy parasola (Przemek zostawił w pracy), co okazało się być błędem.

Chyba z tego całego stresu Ora uznała, że po dwóch tygodniach skubania okruszków niemlecznych dań - czas wziąć się za jedzenie na serio. Pałaszuje, aż się Jej uszy trzęsą i... No cóż, widać efekty. I nie o przyroście wagi tu mówimy ;)

Włączył Jej się szwendacz, potrafi pójść za mną do kuchni, za Tatką na korytarz, żadna przestrzeń Jej nie straszna. Sięga do szuflad, a dziś próbowała usilnie (stojąc na palcach!) wejść na schodki na antresolę.
Drżyjcie smoki!

W związku z powyższymi zdarzeniami, tudzież sezonem wyjazdów i wypadów kompletujemy (dopiero teraz o wstydzie) apteczkę z prawdziwego zdarzenia (dotychczasowa miała charakter raczej przypadkowo-spontaniczny). Szczegóły niebawem.
Pin It Now!

piątek, 6 lipca 2012

W kręgu

Zawsze lepiej dogadywałam się z facetami, niż z przedstawicielkami własnej płci. Miałam świetnych przyjaciół, a przyjaciółki pozostawały w zdecydowanej mniejszości (i z nieznanych mi powodów miały na ogół imiona na literę a). Tak zasadniczo jest do dziś. Miałam mistrzynie i uczennice, ale kiedy zmieniały się nasze relacje, to i kontakt jakoś rwał się i znikał. Z tego powodu też obawiałam się nieco, co będzie jeśli kijanka okaże się dziewczęciem. Minęło mi ;)

Dłuuugo miałam nieodparte wrażenie, że w czysto kobiecych grupach zaraz zaczynają się jakieś podskórne prądy, intrygi, ściemnianie. A ja w takich sytuacjach co prawda sobie radzę, ale serdecznie ich niecierpię.

Pogląd ten zaczął ulegać zmianie, kiedy zaszłam. W ciążę znaczy. Bo trafiłam na grupę (a nawet dwie, z czego jedną wirtualną :D), w której mimo często skrajnie różnych poglądów, odmiennych stylów życia itp. kobiałki (matki) znajdują wspólny język i zwyczajnie, bez podtekstów i ukrytych motywów czerpią radość z wspólnego bycia.
No nie to, żeby się czasem nie poprztykały, albo tyłka nie obrobiły, ale noża w plecy nikt nikomu nie wbije.
Może to kwestia potrzeby. Potrzebujemy siebie nawzajem. I tej, której poglądy uważam za "od czapowe", bo mobilizuje do wysiłku intelektualnego przy szukaniu argumentów, i tej, co wie mniej, bo przy niej mogę się poczuć mądra, i tej, co wie więcej, bo od niej się nauczę, i tej, co dała ciała, bo dzięki niej reszta się zmobilizowała i ma poczucie, że dała radę, i tej, która sama pociągnęła działanie, gdy reszta odpuściła, wszystkich.

Coś jest takiego w człowieku, w kobiecie chyba nawet bardziej niż w mężczyźnie (choć nie mam pewności), że potrzebuje plemienia, grupy, wspólnoty doświadczeń. Potrzebuje kręgu. Gdzie "wszystkie jesteśmy w takiej samej odległości od środka i widzimy siebie nawzajem".

Jakiś czas temu przeczytałam o "kręgach kobiet". Nie jest to moja stylistyka. Ta forma mistycyzmu jest mi obca, wydaje mi się nieco infantylna (ale możliwe, że moja opinia wynika z niedoinformowania, bądź tego, że nie brałam udziału w tego typu spotkaniu), jednak zasady, które przeczytałam tutaj są mi bliskie i wiele mówią o tym, co zatraciłyśmy, a do czego wydaje mi się, tęsknimy.

Całe życie miałam szczęście cieszyć się, że jestem kobietą. Celebruję, świętuję i dbam o swoją kobiecość. I pokażę Aurorze jak to robić. Czasem straszliwie żal mi młodych dziewczyn, (które spotykałam w harcerstwie, teatrze, rekonstrukcji i wszędzie właściwie), którym nikt (przede wszystkim ich matki) nie pokazał co to znaczy i jak cudownie jest być kobietą. Ile można z tego czerpać. Jakie bogactwo nam ofiarowano i jaką moc. Zagubionych, niepewnych siebie i nieszczęśliwych, takich nieprzepoczwarzonych motyli. W sumie tak samo żal mi młodych chłopców których ojcowie nie nauczyli niczego, wartego uwagi, o byciu mężczyzną, no ale nie jestem facetem i nie o tym jest ta notka.

Tym dziewczynom zabrakło przewodniczki w odkrywaniu swojej kobiecości i zabrakło plemienia, w którym pewnych rzeczy uczy się poprzez obserwację. Byłam w szoku, kiedy w krótkich odstępach czasu, kilkoro dwudziestoparolatków powiedziało mi, że Ora jest pierwszym niemowlęciem, jakie oglądają z bliska, mają z nim kontakt w codziennych sytuacjach.

Do napisania tego wszystkiego natchnęło mnie spotkanie z młodą dziewczyną, która choć nie planowała - zostanie wkrótce matką. Studia w toku, sytuacja sercowa spod znaku "to skomplikowane", wydawałoby się, że raczej ciężko. Ale ona, choć sama o tym nie wie, ma niesamowite szczęście, bo ma matkę, która ją wspiera i ma naturalną świadomość tego kim jest. I akceptuje rzeczywistość, nie próbując unikać konsekwencji własnych wyborów. Ma tą wewnętrzną siłę, płynącą między innymi z niezaburzonego kontaktu ze swoją kobiecą naturą i dlatego jestem pewna, że będzie nie tylko świetną matką, ale szczęśliwą kobietą. I jej dziecko także będzie szczęśliwe.

Życzę Wam wszystkim przyjaznego kręgu, choćby małego.
(Obrazek stąd)

A tak na koniec. O Kobiecość trzeba dbać. O Męskość też.
Robiłaś już w tym roku cytologię?
Badałaś sobie piersi w tym miesiącu?
Czy Twój mężczyzna badał sobie prostatę?
Nie?
TO CO TU JESZCZE ROBISZ???
;)
Pin It Now!

wtorek, 3 lipca 2012

O zmianach, naleśnikach oraz interaktywności i progresie, czyli Szafołazce

    Podobno, żeby się rozwijać, powinno się zmieniać stanowisko pracy co pięć lat. Minęło trochę więcej, odkąd założyłam Inko Gni To, i doszłam do wniosku, że czas na zmiany. Złożyłam funkcje kierownicze i menadżerskie (starą, harcerską metodą, doskonałą następczynię wychowałam sobie znacznie wcześniej). Nie twierdzę, że za jakiś czas nie powrócę do zespołu, ale jeśli, to już wyłącznie jako reżysessa ( ;) ) i performerka, nie na funkcje kierownicze. Odechciało mi (Nam :) ) się logistyki, zarządzania i tym podobnych, wypaliliśmy (nomen omen) się nieco. Nie znaczy to, że nie będziemy brać udziału w pojedynczych pokazach, czy organizować kameralnych, okazjonalnych występów. Przygotujemy też jeszcze kolejne "Dziady". Ale zasadniczo stopujemy nieco. 

Podjęliśmy też kilka innych decyzji, ale o tym w sierpniu dopiero.


Za to Ora rozwija się bez względu na stanowisko i to w dzikim tempie. Nie nadążam. Zbieram szczękę z podłogi, niedługo w piwnicy będę jej szukać.
Zrobiła się niesamowicie interaktywna i to nie tylko w kontaktach z nami. Czasami zagapiamy się w Nią jak sroki w gnat i nie możemy nadziwić. To naprawdę Ty siedziałaś we mnie? To naprawdę My - pół na pół? Naprawdę wolno Nam być Jej rodzicami? Niezwykłe :)

Kolejne punkty do (ośmiomiesięcznego już!) Curriculum Vitae (jak się kiedyś poprawnie pisało o - przepraszam za wyrażenie - cefałce):
    naprzemienne stawianie rąk i nóg
pełzanie stylem klasycznym po podłożu gładkim
czworakowanie stylem bocianim po podłożu kudłatym (owcy) lub wypchanym (kołdry, poduszki)
wspinanie się na cobądź (poduszki, kołdry, dowolne, aktualnie dostępne części Mamy i/lub Taty, Ciotki, Wuja, półki w komodzie, krzesło na kółkach, kanapy, fotelik samochodowy - hicior, fotel u Prababci, biurko, piłka do ćwiczeń, sterta prania, którą Mama właśnie składa, koszyk z orzechami, kosz do spania)
komunikacja niewerbalna na poziomie światowym, również z obcymi (Babci pokazać, ze się chce pić z kubeczka, obcej Pani-W-Sklepie, że ma natychmiast podać dziecku trzymany w ręku chleb w kolorowej folii, Wujowi, że się lubi jak robi "świnkę", Ciotce, że ma się natychmiast podzielić tym, co właśnie je.) Betka.
wyrażanie pełnego spektrum nastrojów w sposób perfekcyjny i z nóg zwalający
gadanie do siebie i innych (z uwzględnieniem nawrzucania), śpiewanie z Mamą, włączanie się w dyskusje z zupełnie poważnym wyrazem twarzy
robienie porządków w komodzie i garderobie metodą "wleźć/wspiąć się, wyrzucić wszystko do czego się sięga, niekiedy zrzucając to sobie na głowę i wściec się z płaczem, bo nie sięga się wyżej, po czym zająć się czymś innym"
spełzanie z kanapy na materac tyłem
pokazywanie łapką co/dokąd chce
depilowanie owczej skóry
podnoszenie jej, żeby spróbować zjeść korek spod spodu
picie z dużego kubka (oj tam, oj tam, że trochę wycieka)
rozgniatanie jedzenia na papkę i rozsmarowywanie po talerzu/sobie/stole/krześle/Mamie/Tacie
odgryzanie kawałków
znaczące, wściekłe chrząkanie, kiedy coś przeszkadza/chce się zwrócić na siebie uwagę
rozumienie "chodź do mnie"
rozumienie "nie" (albo tonu, którym jest mówione ;) )
zaczepianie i flirtowanie, zwłaszcza z facetami bez względu na wiek
prawie kontrolowane upadki
plucie i dmuchanie w rurkę
obłędne przytulanie
wchodzenie na kanapę po Tacie
wchodzenie na stół z kolan Mamy
naśladowanie Wuja, który stuka łyżeczką w pokrywkę kubeczka
rozwiązywanie góry od kostiumu opalającej się Wujence in spe
rwanie gazet na kawałki
ganianie za kotami i królikiem
i na pewno milion innych, o których w tej chwili nie pamiętam

A na sam koniec dodam, że odkryliśmy rewelacyjną naleśnikarnię. A jeśli o naleśniki chodzi, to ja się znam i wybredna jestem. Przypadkiem, bo na trening (bardzo niezdrowo) pojechaliśmy bez śniadania, a potem do liroja-merlina mieliśmy sprawę, a TO MIEJSCE było po drodze. Niepozorne, ale schludne. Mająkrzesełka dla dzieci (! :) ). I OBŁĘDNE naleśniki. Ja zamówiłam oscypkowo-szpinakowego (małego, a objadłam się po uszy), a Przemko truskawkowego (też skubnęłam, no co) - Pyyyyyyyycha!
 
Pin It Now!