Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 marca 2014

Mała, ale gorąca

Dwa poniedziałki w łeb wzięły. Wiecie, wiosna te sprawy. Ale już się poprawiam.

Dziś będzie o książeczce niepozornej, do której jednakowoż Ora zapłonęła wielkim uczuciem.
Jakiś tydzień po tym, jak przeczytałyśmy ją po raz pierwszy Córa mamrotała coś do siebie, a w mamrotaniu owym dawał się słyszeć powtarzający refren. Po wsłuchaniu okazało się, że refrenem owym są... padające w książeczce przezwiska: "Kuba-buba, Sławek cipawek!" (org.: szczypawek - przypisy matczyne). Teksty: "Jestem człowiek - nie ma mnie!" oraz "Gorąca skorupa! Gorąca skorupa!", a także piosenka o bałwanku - urosły już do rangi kultowych.

Nasz egzemplarz wiekowy jest, bo pamięta jeszcze moje dzieciństwo. Ora zdążyła też pozbawić go okładki. Nic to jednak nie zaszkodziło popularności historyjki.

Nie wiem, co stanowi o "sile rażenia" tej książeczki. Są w niej (omijane przeze mnie w trakcie czytania) fragmenty o tym "kto namalował najładniej" i "kto jadł grzecznie, bo nie grymasił", ale umiarkowanie. Wydźwięk ogólny jest pozytywny, bo okazuje się, że szary, cichy Michał może mieć do powiedzenia coś mądrego, ciekawego i inspirującego. I może mieć fajną piżamę w zielone parowoziki, i śpiewać śmieszne piosenki. No i jest w nich o dinozaurach, i "Ptakach wielkich jak samoloty. Z zębami.".

Tak, czy siak - Aurora ją uwielbia, więc dzieło godne było, by o nim napisać :D
To, czego nasze wydanie (już) nie ma :)
Urzekł mnie realizm ilustracji :D

"Gorąca skorupa"
Danuta Wawiłow
ilustrowała: Hanna Czajkowska
Pin It Now!

piątek, 1 czerwca 2012

Kochanie

Światełko, Ździebełko, Muszelko, Szkandelko, Misiatko, Uszatko, Kozico-łobuzico, Brykadlątko, Kruszątko, Szlafmyczko, Dydłoniu, Dudlaku, Chochoniu, Tygrysiczko, Stokrotko, Patataju, Tymotko, Córko-jaszczurko, Słoninko (że mała słoniczka znaczy - mądra i silna), Bambetlu i Koniczynko:


Wszystkiego szczęśliwego z okazji Twojego Pierwszego Dnia Dziecka 
(po tej stronie Mamy)
Życzą
Mama i Tata
:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*

I wszystkim innym dzieciom małym i dużym takoż :)
Pin It Now!

środa, 30 maja 2012

Odezwa do Ciotek, Wujków i Babek czyli notatka absolutnie bezczelna i niegrzeczna

Wyobraźcie sobie, że otrzymujecie prezent. Nietani. Niebrzydki. Niebanalny. I zupełnie NieDlaWas. Bywa? Bywa!

Co wtedy uczynić? Ano najczęściej dziękuje się grzecznie, w zachwyt udawany twarz przyobleka, a potem magazynuje się "cudo" gdziebądź, bo sprzedać nie wypada, albo "przekazuje dalej" jeśli ma się mniej skrupułów.

Nieco inaczej ma się sprawa, jeśli to nasze dziecko jest prezentobiorcą. Pół biedy, jeśli pociecha ma lat tyle, że nie zauważy, że przyniesiona wczoraj przez ciotkę UpiorniePiszczącaIWściekleBłyskającaPoOczach machina dziś już w przyrodzie nie występuje. Gorzej, jak rozum już swój ma. Nie wydrzecie przecie (dym-dyRYM-dym) dziecku cukierka.

No i tu, jako rodzice mający pewne założenia dotyczące opieki i wychowania* Progenitury, mamy klops.

Bo nie każdy, działający w dobrej wierze, darczyńca musi mieć rozeznanie w naszych (tu jeden z moich ulubionych ostatnio cytatów) "teoriach srutu-tutu". A są i tacy podstępnicy, co teorie owe bojkotują i w %^^$#@ mają.

I teraz pytanie: czy jako rodzice mamy prawo oczekiwać od otoczenia WSPARCIA w naszych działaniach rodzicielskich? I oczekiwać od owego otoczenia SZACUNKU dla naszych decyzji?

Przypuszczam, że owszem.

Dlatego, Kochani, Cudowni i Wspaniali, Wujowie, Ciotki, Babki i Kuzynki, Rodzeni i Przyszywani, Krewni i Znajomi, Wszyscy Wy, którzy będziecie odwiedzać Aurorę w Dni Dziecka, chrzciny, urodziny, Boże Narodzenia, WielkieNoce, Zające, Mikołaje, rocznice rewolucji październikowej i w innych okolicznościach - jeśli chcecie obdarować ją czymś więcej, niż swoją najcenniejszą obecnością - pokornie prosimy!

Niech to nie będą słodycze, ani nic z solą.
Niech to nie zawiera E, polepszaczy, aromatów, barwników i innych "cudowności".
Jeśli zabawka, to może coś stąd? (hasło: pumpernikiel)

Albo przyjdźcie po prostu z uśmiechem, dobrze?


* Jestem wprawdzie w trakcie czytania "Dziecka z bliska" i teoria, że wychowanie mija się z celem, i w zasadzie jest psu na budę, w pełni trafia mi do przekonania, ale jakbym napisała o "organizacji środowiska dziecka" (tak sobie wymyśliłam) to nikt by raczej nie zrozumiał.
Pin It Now!

niedziela, 20 maja 2012

O rodzicielstwie i o dziecku, i o wielu ciekawych sprawach

No i nie poszłyśmy, bo Dzibdzioł mały dostał po szczepieniu gorączki lekkiej i ostałyśmy byłyśmy się w domu. Tatko jeno był i  sypał iskrami na gołych studentów w fontannie. Nie ma to jak Juwenalia ;)

Flashmob vol.2 udał się znakomicie (w trakcie pierwszej edycji Centrum tak puściło muzykę, że nic nie było słychać.), podobnie jak radiowy debiut Aurory (materiały wkrótce).
Dziecię po wejściu do studia obejrzało dokładnie wszystko dookoła od mikrofonu począwszy, pogawędziło z obiema Paniami Redaktorkami, posiedziało grzecznie w chuście, żeby... Zacząć stanowczo domagać się posiłku właśnie, kiedy weszliśmy na antenę... Zdążyłam odpowiedzieć na jedno pytanie, po czym musiałam się odmotać i nakarmić :D Całe szczęście na pozostałe odpowiadała MamaHani :D

Za to przedwczoraj  Tatko celebrował wzmożony kontakt z Córą, a Matka wyżywała się towarzysko. Na zaproszenie szczecińskiego Klubu Kangura przyjechała bowiem do Miasta Agnieszka Stein. W ramach promocji swojej nowej książki "Dziecko z bliska"
 
prowadziła warsztaty na temat kształtowania poczucia własnej wartości. Z warsztatów owych wyszłam szczęśliwa niezmiernie, gdyż jak się okazało - różnej maści przemyślenia i domniemania, które snułam na własny, Męża i (zwłaszcza) Córki użytek o rodzicielstwie bliskości, okazały się mieć sens :D A także bogatsza o książkę z autografem :D W tej chwili kartkuje ją Córka. Jak sama znajdę moment na przeczytanie - to opiszę.

Wróciłam do domu, nakarmiłam głodomOrkę, utuliłam Małżonka, po czym... zostawiwszy zapas mleka porzuciłam ich ponownie, by udać się na "kawę" z Literatką ;)
Pani Agnieszka (Agnieszka :D) okazała się być bardzo sympatyczną, bezpretensjonalną postacią. Szalenie ujęło mnie, kiedy na niektóre z pytań odpowiadała po prostu "Nie wiem", zwyczajnie, bez tłumaczenia, czy udawania. Cudowne. Miło spędziło nam się późny wieczór. Dzięki Agnieszko :)

Wczoraj kolejny przejaw TataPower widzieliśmy na basenie. Na osiem par pojawiły się jedynie trzy mamy - cała reszta to ojcowie (w tym prywatny Aurorowy). Ha! W związku z basenem już niedługo zobaczycie zdjęcia podwodnej Orki :D

 Misiata Misiatka rozkłada mnie na łopatki przyspieszonym ostatnio rozwojem. Ja wiem, że każda matka tak pisze, ale Ona naprawdę NAPRAWDĘ co dzień wymyśla coś nowego.
Do przodu nadal pełza najwyżej przypadkiem i kilka centymetrów, za to permanentnie SprintOrka przybiera raczkową pozycję startową, a dwa razy złapałam ją już na przedbiegowym kiwaniu. Chwyta się za stopy, przyciąga je do twarzy i ogląda paluszki. Pije nie tylko z kapka, ale i z normalnego kubka (sama się nauczyła. Najpierw nabierała wodę łapką, a potem przyssała się do brzegu :D), a nawet ze zwykłej butelki, z gwinta. Ha! Tłumy szaleją ;)

A to (także wczorajszy) kolejny hit sezonu:
Tata włożył plecak

...albo raczej W plecak ;)

Zmęczeni po spacerze - padli jak stali.

Teraz moja kolej...
Pin It Now!

wtorek, 15 maja 2012

Pijąca imprezowiczka

Imprezowało się w łikend. Było się na urodzinach ciotecznego Ory Brata i imieninach ciotecznej Siostry w jednym. Radośnie, radośnie :)
Jest to fakt godny upamiętnienia również dlatego, że z tej podwójnej okazji Misiatka została odziana (przepięknie) w irlandzką kiecunię od Ciotki Małgośki, do której w końcu dorosła. Zdjęcia opublikujemy jak Ciocia Marlena się podzieli (bo sami, łosie, nie zrobiliśmy).

Tego samego dnia postanowiliśmy  ramach eksperymentu zapoznać Córkę naszą z trzystusześdziesieciostopniowym kubasem. Wygląda ustrojstwo następująco:
(jak mu przekręcić do góry trzymadełka, to wygląda jak wiking w wersji wagnerowskiej ;) )

Dostali byliśmy takowy na brzuszkowe (na własne zamówienie).
Dziewczę zmierzyło machinę bystrym spojrzeniem. Najpierw usiłowało brzeg złapać dziobem otwartym, jak do piersi, ale załapawszy, że tak, to "seneda" - przyssało się do brzegu i dotąd ciągnie jak smok (wodę oczywiście i tylko wodę, niskozmineralizowaną, niegazowaną, bez nadmiaru sodu, a co :D).

Dodatkowo spuchliśmy z dumy (no w każdym razie ja spuchłam), bo tego samego dnia była u nas mężowa Kuzynka (ciotka wujeczna :D), która ma rocznego synka i synek ów z kubkami z dzióbkami nie radzi sobie jeszcze, i w szoku była, jak Dydłonia naszego w akcji ujrzała. Niskie to, niskie, ja wiem, ale co na to mogę, hę?

A dziś skłuć daliśmy Tobołka maleńkiego drugą serią szczepionek. Zastrajkowałam i uświadomiłam Męża, że bez niego, to ja nie idę, mowy nie ma, a decyzja ma (jak większość) okazała się jedynie słuszna. Bambetlątko w rękach Tatki, kłute bezlitośnie w udka, trochę wprawdzie pochlipało, ale krótko i nieintensywnie. Dzielne było ogromnie, a ja nie zeszłam na zawał. Pani Pielęgniarka pod silnym była wrażeniem (Ojca i dziecięcia. Spoko, noszę w plecaku składaną maczugę na wszelki wypadek - drżyjcie wrażliwe pielęgniarki innej profesji amatorki tego co wrrrrMOJE).

Pani Doktor (zacna niewiasta) zapytała, czy wciąż chustujemy (no ba!), gładko przełknęła informację o stosowanym przez nas BLW, zważyła (6,800 kg żywej Orki :D), zmierzyła, wyraziła zachwyt należyty i tyla. Za 6 tygodni kolejne spotkanie.

A dziś o północy wybieramy się pod budynek Starej Chemii, gdzie Inko Gni To swoim występem uświetnia rozpoczęcie szczecińskich Juwenaliów. Ja będę niańczyć, a Przemko ogniem zionie i iskrami sypnie, bo ognisty On ci jest, że strach. Ach!

Tak, jak widać po używanym przeze mnie słownictwie wiosna i laktacja pospołu dobrały mi się do mózgu. Nie poradzę nic.

Pin It Now!

czwartek, 10 maja 2012

Kanapka z Dzieckiem, jedzenie na mieście i jaszczurcze dekonstrukcje

Dziś będzie kulinarnie!
Jak zrobić kanapkę z Dzieckiem?
Bierzemy jednego średnio śpiącego Męża, jedno głodne Dziecko i jedną Matkę karmiącą.
Układamy Męża na boczku (jego własnym, czasem podwędzanym, może kiedyś sparzonym). Dziecko też na boczku (tym samym, parę razy muśniętym dymem), pleckami do Tatki. Paszczę rozwartą Dziecięcia faszerujemy matczyną piersią (Matka ułożona także na boczku przeciwległym do boczków Męża i Dziecia).
Voila!
Kanapka taka być może nie nasyci Waszych żołądków (no, z wyjątkiem dziecięcego), ale dusze upasie jak nieboskie stworzenia i radości dostarczy ogromnej.
Bon apetit!

Aurora zaliczyła ostatnio pierwsze (niemleczne) jedzenie na mieście.
Nie jesteśmy ekologiczni. Mamy trochę eko-zwyczajów, ale bez ortodoksji. I choć śmiecioburgery wszelkiej maści mamy w pogardzie, nie nęcą nas parówy w bułce, to tak, PRZYZNAJEMY, że Przemka ciągnie czasem do smażonego drobiu w panierze, i wtrząchniemy niekiedy kebeba.
Ostatnio skusił nas podczas zakupów taki berliński.
Jako, że obecnie jedzenie czegoś przy Córze i niepodzielenie się skutkuje wrzaskiem wściekłości - poprosiłam Uprzejmą Panią Ekspedientkę o ogórka w słupkach. Którego otrzymałam. I tak ja pożerałam sobie baraninkę z zieleninką, oliwkami i fetą w tortilli, Przemko w bułce, a Córka wcinała ogórka, zadowolona jak niewiem. I ku radosze gawiedzi :D Miło i kulturalnie, i nie nabrudziliśmy nawet :D Uwielbiam BLW!

Córka-jaszczurka pełza już do tyłu całkiem sprawnie, a jej ulubioną rozrywką stało się machanie językiem jaszczurczą modą. Ma spiczasty taki i zabawny niezmiernie. Oprócz tego dziką radość sprawia Orce-dekonstruktorce dekonstruowanie wszystkiego. Wywracanie, rwanie na strzępy, rozsypywanie - rewelka :D

Przemkowy urlop w pełni, więc nieco się byczymy, a w sobotę zapraszamy do Galaxy na flashmoba.
Pin It Now!

piątek, 4 maja 2012

Wampirka bez zębów

Lecimy dalej: pieczony ziemniaczek (z tymiankiem i oliwą i skórką, żeby utrzymać było łatwiej - hicior bezapelacyjny!), zielony ogóras, wieprzowinka, kaszka z bananem, avokado - proszę bardzo ;)

A dwa dni temu byłyśmy sobie na placu zabaw. Zabrałam jabło w celu jego konsumpcji tamże. (sądziłam - o święta naiwności - że Dziecię moje usatysfakcjonuje standardowa, mleczna przekąska). Nadgryzłam i w przypływie szaleństwa zaproponowałam kawałek Progeniturze, podsuwając pod nos. Progenitura wykonała koncertowy chaps a'la niedźwiedziczka i wpiła się bezzębnymi dziąsłami swemi. Zassała. Zaciamkała. I dalej dziamkolić na całego. Wszelkie próby odsunięcia jabła od małej japki skutkowały pomrukami, a następnie krzykami oburzenia i protestu. W związku z czym Matka przez dobrych dziesięć minut spacerowała po parku, trzymając w łapie nadgryzione jabło tak, by zachustowana jabłczana wampirka miała je w zasięgu paszczy.
Po wyssaniu z ofiary wszystkich soków i wszelkiego smaku dziecię uprzejmie podziękowało za jabło i kulturalnie poprosiło o przekąskę standardową.

Ale to jeszcze nie koniec.

Dziś w ramach obchodów konstytucyjnych wybrali byliśmy się na działkę. Grill odpalony został przez ojca rodziny (sport narodowy, nowy podobno). Same pyszności i przysmaki. Upiekło się, co miało się upiec, więc jemy. Dziecię szamie zielonego ogóra (żadne tam łał, ale żuje). Tatko i Mamcia wcinają grzanki z serem (kozi pleśniak łamany przez żółty) - wrzask protestu. Dziewczę też chce! Ser z mleka jest i sól ma, więc podzielić się nie można. Tatko proponuje kawałeczek wieprzka z grila. Dziewczę przyswoiło, podumało w skupieniu nad nowym smakiem i teksturą. I podziękowało za więcej. Avokado? Memłało się fajnie, ale nie za długo. I krzyk. Chlebek nie, ogór nie ale jeść woła (i to nie o mleko). Aż Mama popędziła do koszyka i wydobyła jabło. Dziecię wpiło się radośnie i wysysało do upojenia.

Jabłkoholiczka!

Wczoraj w nocy mieliśmy za to pierwszą sesję bolesnego ząbkowania. Spłakało się Dziecię ogromnie, dotknąć w paszczę nie dało, ani ssać nie mogło, ani ciamkać schłodzonego gryzaka (ani jabłunia), ani na masaż rumiankiem zezwolić nie chciało. Kiedy już rozważałam wysłanie Przemka po środki przeciwbólowe - dało mu się ululać i przespało resztę nocy, a rankiem było znów radosne i kwitnącę.

A Przemkowi zaczyna się dłuuuuugaśny urlop, tralalalalala :D:D:D
Pin It Now!

środa, 2 maja 2012

Bierz Lub Wyrzuć! i odurzenie

Tatki nie było, a Dziecko tęskniło.
Na basenie z Mamcią rozglądało się za Nim i popłakiwało. W nocy chlipało przez sen, póki Mama poduszki Tatą pachnącej nie zapodała. Wtedy nos wtuliło i już spało spokojnie.
Rzec by się chciało: "Tatko nie wraca ranki, wieczory,
we łzach go czekam i trwodze..." (Kto wie skąd to i czyje? Jam po dziadku skażona dziedzicznie, nie mogę nie wiedzieć.)

Ale w końcu wrócił był. No i był bal!

Gdyż albowiem Dzidzioł wkroczył w poważny wiek sześciu miesięcy. Pół roku - uwierzycie? Wyjątkowo długie i intensywne pół roku Matki Skromnym Zdaniem. I cudowne absolutnie, nie da się ukryć :D.

Z tej okazji Orka GłodomOrka została po raz pierwszy zaproszona do stołu nie w charakterze biernego obserwatora, a jaknajbardziej aktywnego pożeracza. Dokonało się to na kolanach Tatki, pod czujnym okiem Mamci i w asyście CiotKaszydła.


W karcie znajdowały się: kaszka jaglana z wody oraz jabłunio, marchewka, cukinka i buraczek na parze.
Wykwintne owo danie zostało potraktowane należycie, a mianowicie - obejrzane, pomacane, pomemłane, pociamkane i częściowo wyplute i rozsmarowane, a częściowo (widzieliśmy dowody niezbite nazajutrz) - połknięte.

Drugi obiadek to zdekonstruowany barszczyk (paluchowate kawałki indyka, buraka, ziemniaka, pietruszki i fasolka szparagowa wyłowione z zupy, oraz łyżeczka płynu zapodana przez Mamę).

Dziś na śniadanko było jabło, grucha i chlebek z masełkiem. A na obiad brokuł i fasolka.

Szalejemy!

Było mniej bałaganiarsko, niż sądziłam. Wprawdzie brokuł był nawet na czole, kawałki pietruszki znalazły się na maminej twarzy, a cukinia okazała się świetnym pociskiem balistycznym stół-podłoga, ale po za tym - pełna kultura :D

Co do akcesoriów. Śliniaki z rękawami i jeden z rynienką (znanej marki, za grosze nówka z drugoręczniaka) nabyliśmy już dawno, ale tuż przed pierwszym obżarstwem przypomnieliśmy sobie, że nie kupiliśmy tacki. Następnego dnia odbyliśmy więc pielgrzymkę do jaskini występku (sklep wielkopowierzchniowy) celem posiąścia ówtej. Jednaowoż okazało się, że dostępne wzornictwo nie do końca odpowiada naszym gustom. Już mieliśmy podążyć do kasy z wyrobem nie całkiem nas satysfakcjonującym, kiedy w oko wpadł nam twór wspaniały, z naturalnego tworzywa (drewno), z obrzeżem z trzech stron, utrudniającym rozrzucanie, jedną stroną otwartą umożliwiającą łatwy dostęp do zawartości i zagiętym rantem utrudniającym (że uniemożliwiającym, to się nie łudzimy) wywalenie wszystkiego do góry nogami.

Jak się na pewno domyślacie była to... stolnica! Polecam naprawdę. Jest stworzona do BLW.

W ogóle BLW to mój kolejny ulubiony nurt rodzicielski. Łatwe, przyjemne, bezstresowe dla obu stron i dostarczające kupę radości. Tzn. z tym bezstresowym, to podobno akcje z krztuszeniem niektórych wykańczają. Aurora parę razy krztusiła się własną śliną, ale jej to nie zaszkodziło, więc mam nadzieję, że przetrwamy. Na razie, jako się rzekło, żuła ładnie i łykała nawet, co podobno na początku nie zawsze się zdarza.

A dziś na działce Dzieć spojrzał z daleka na Tatkę i rzucił od niechcenia "Etatata" i wrócił do swoich zajęć.
A Tatko tego nie słyszał, bo kosił trawę.

A teraz jest burza i zapach powietrza wpadającego przez otwarte okno odurza totalnie. I przepięknie na blaszanym dachu, na którym w dzień wygrzewał się kot, bębni ulewa i grzmot. I dwa sny się snują tuż obok mojego odurzenia, mniejszy jeden, a większy drugi. A w dzień czekoladą pachniała dzielnica i przypomniało mi się jak świetnie, jak kapitalnie w Tym Mieście mieszkać. I wdzięczność za rzeczy wiele mnie przepełnia, a żal, który był (a był) wypalił się białym ogniem do cna, że nawet popiołów. I słucham deszczu i snów dwóch, co się śnią pięknie tak. I splatają tak z deszczem, i w powietrzu snują, że prawie, że niemal dotknąć możesz, prawie zobaczyć, kruche jak wiosenna zieleń bukowych listków i lipowych serc.

A dobranoc i Wam :)
Pin It Now!

czwartek, 26 kwietnia 2012

Wstyd, okrzyki rozpaczy i co powinno się konsultować z żonami

Pośpiech, pośpiech, wszystko w biegu, Kangur, Hird, Teatr, zajęcia do szkoły rodzenia, flashmob, zlecenia, między przewijaniem a karmieniem, między gotowaniem a zakupami. A już zaraz platany/chrzciny/Wolin. A ja nieogarnięta taka.

A jeszcze Męża mi firma jego porywa na dni dwa prawie i to w łikend. Czy Wy też uważacie, że firma zatrudniająca ojców rodzin powinna takie plany konsultować z ich żonami? Zwłaszcza, jeśli dzieci tychże ojców przechodzą właśnie skok rozwojowy połączony z lękiem separacyjnym w pełnej krasie??? Noż kurde balans, że się tak oldskulowo wyrażę!

Na domiar wszystkiego ostatnio zostałyśmy z Orą przejechane. Rowerem. I do dziś mi głęboko wstyd z tego powodu. Otóż korzystając z cudnego słonka pogalopowałam radośnie z Dziecięciem do pobliskiego parku. Jest tam sobie w jednym, słonecznym miejscu głaz. "To naprawdę fajny głaz!", żeby zacytować pewnego Osła (W Szczecinie pełno się tego wala. Tzn. głazy mam na myśli, choć osły też się zdarzają, w urzędach i u władzy zwłaszcza.). Zaległam więc na owym głazie, wystawiając do słonka twarz i dziecko, i spozierając leniwie dookoła. Alejką obok jeździły sobie mamy z kółkami i większe dzieci. Na rowerkach. Widząc jedną taką cyklistkę jadącą z naprzeciwka (dziewczę lat na oko siedmiu, z ciemnymi warkoczykami) i wpatrującą się we mnie - nawet nie pomyślałam o ucieczce. No jechała w moją stronę, ale kurna chata, patrzyła na mnie oboma okami! Nawet mi stopa nie drgnęła w kierunku ucieczki. W związku z czym po chwili miałam na dżinsach od stopy do kolana gustowny szlaczek z rowerowego bieżnika.

Słuchajcie, ja nie wiem jaki to hormon zadziałał, ale myśląc, że gdyby rowerek był tak z 20cm wyższy, to jego kierownica nabiłaby potężny siniak mojemu dziecku - byłam gotowa kąsać, dławić i rozszarpywać. I zanim dotarło do mnie, że biedne dziewczę jest bardziej przerażone ode mnie - zdążyłam już wściekłym głosem zapytać je co wyprawia, gdzie są jego rodzice, poinformować, że mogło zrobić krzywdę mojej córce i zagadnąć, czy chce być ofiarą przemocy.
Wstyd mi głęboko wstyd, naprawdę.
Dziewczę wyrzuciło z siebie tak z piętnaście razy "Przepraszam", po czym wskoczyło na rowerek celem natychmiastowej ucieczki z miejsca zdarzenia (piratka!). Jednak, zanim ja zdążyłam ochłonąć, a ona odjechać zabrzmiał okrzyk "Do domu!" (wydany głosem, który osobom z mojego pokolenia niewątpliwie skojarzyłby się z "Emiiiiiiiiiiiiiiiiiiiil! Do drewutni!!!), a za okrzykiem pojawił się chybatato, który wrzeszcząc "Mogłaś się zabić!", "Jak Ty się zachowujesz?" i tym podobne - pognał sprawczynię w nieznane.
Biedna, mała sprawczyni.

A Aurora weszła w okres gaworzenia. Ku mojej dzikiej uciesze i nieskrywanej zazdrości Przemka, nosowe "Mamamamamamama" jest teraz sztandarowym okrzykiem ogólnej rozpaczy (jak "Bida, bida!" czy "Łojzicku!" u Nac Mac Feegów) i ewoluuje w stronę "mama" :D:D:D
Pin It Now!

środa, 18 kwietnia 2012

Wielkie umysły myślą podobnie, czyli brawo siostra ;)

Jakiś czas temu rozmawialiśmy z Przemkiem, że o takich sprawach, jak karmienie piersią, dbanie o zdrowie w ciąży i PRZED, czy np. rodzicielstwie bliskości powinno się mówić w szkołach, w ramach przygotowania do życia w rodzinie (to dziecko niby w czym żyje wcześniej?), czy innej tam godziny wychowawczej (w ogóle mamy rozbudowane poglądy w co jeszcze wzbogacić, a z czego okroić program szkolny, poczynając od nauki uczenia się).

A dziś Kaszydło pyta mnie, czy pożyczę jej chustę do szkoły, bo chce na godzinie wychowawczej pokazać jak się chustuje i o tym opowiedzieć. Ha!

Pewnie, że pożyczę. Kaszydło chustować umie, bo była z nami na warsztatach Lenny Lamba i indywidualnych korepetycjach Kefirowych.
CiotKaszydło

Brawo Siostra!
Pin It Now!

wtorek, 17 kwietnia 2012

Tata wymiata!

Tata kąpie


(pod prysznicem też - i daje łapać łapką wodę z prysznica i wężyk takoż).
Tata nosi w chuście. Ostatnio nawet spróbował na plecach (Czaaaaaad! Orka przeszczęśliwa i w głos chichocząca).
Tata przewija i ubiera.
Tata łaskocze brodą.
Tata podrzuca pod sufit (Mama tylko do żyrandola daje radę).
Tata czyta książeczki.
Dla Taty można nawet oderwać się od mleka.
Jak Tata wraca z pracy to naturalnie radość jest dzika, śmiech i piskanie. Chociaż wczoraj, kiedy Tatko wrócił, Mama była na etapie "Dziecko poczekaj sekundę mama tylko obiad przemiesza/surówkę skończy/wstawi pranie", a Dziecko już się niecierpliwiło (ale tylko skrzypiało, bez płaczu), to na widok Tatki najpierw był ryk (Taaaatooo ratuuuj, Mama mnie morduje przez NieWzięcieNaRęce), a dopiero jak Tata podniósł do góry, to szalona radocha.
Tata świetnie się sprawdza w roli materaca (Mama nie ma niezbędnych kwalifikacji. Za mało płaska znaczy jestem ;) ).
Tata w nocy czasem chrapie, więc jak się Dzieć obudzi, to może się w niego wpatrywać godzinami i nabijać dowoli.
Tata robi tak, że Mama się śmieje.
Tata w jedyny i niepowtarzalny sposób macha pomarańczową krową, rozśmieszając Dziewczę do rozpuku.

Gdyby jeszcze mleko dawał...

A tak, to okazuje się, że ideałów jednak nie ma ;)

:*:*:*
Pin It Now!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Argument przeciw chustom, dwie głowy, głęboki PRL i wystrzały

Dużo się działo.
Pięć pokoleń (a moja siostra nie zawsze ma taką minę ;) )
Z Babcią Iwoną
Zające przykicały obficie. Przyniosły cudne ptaszki od kochającej Geeka,

zestaw podarków standardowych, wygraną w Candy ArtMamowania
 (czekamy na listonosza), a nieco później dostałam od Padme bańki chińskie, które już dawno chodziły mi po głowie :D

A propo's baniek - puszczamy ostatnio! Tzn. ja albo Przemko puszczamy, a Młoda robi za automat do precyzyjnej likwidacji. Jest absolutną perfekcjonistką :D

Na froncie chustowym dość intensywnie: szykujemy flash-mobba. Oprócz tego ostatnio, kiedy szłyśmy na spacer, minęła nas jakaś blondi z wściekle różowymi szponami, po czym cofnęła się z miną porażonej prądem i stwierdziła: "O Boże! Ja myślałam, że Pani ma dwie głowy!!!" - no !!!
W dodatku znalazłam w końcu dowód na to, że chustowanie szkodzi dzieciom. Mijał nas raz kilkulatek z mamą, i tak się na nas zagapił, że wpadł na nadchodzącą z naprzeciwka kobietę (co nie przeszkodziło mu w dalszym gapieniu) :D:D:D

StwOrka namiętnie próbuje siadać. Kiedy jemy obiad - rozkładamy jej na stole matę i układamy tam, żeby sobie na nas patrzyła. Gdybyśmy nie odsuwali talerzy, to bylibyśmy regularnie pozbawiani posiłku. Największa radocha jest wtedy, jak ktoś da dziecięciu pociamkać skórkę z chleba. Przyszło też krzesełko (z eko-wymianki) i szósty miech się zbliża, więc: BLW - nadchodzimy!


 W piątek trzynastego (imieniny Przemka :*)
poszłam sobie usunąć znamię (tzw. "pieprzyk") z dekoltu. Trochę mnie niepokoił, a chciałam się go pozbyć na tyle wcześnie, żeby specjalnie nie mieć problemów z opalaniem.
Ranyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. Jakbym trafiła do głębokiego PRL'u. Najpierw pielęgniarka wymalowana jak radziecka prostytutka robi wielkie problemy, żeby udzielić podstawowych informacji. Potem jeszcze lepsza akcja:
Mam dużo znamion. Kilka już usunęłam. NFZ refunduje jedno miesięcznie. Na każde potrzebne jest skierowanie od skórologa. Ale po ostatniej wizycie tylko po skierowanie, mój skórolog powiedział, że mogę sobie je (skierowania) brać od lekarza rodzinnego.
Więc wzięłam. Z zapisem, że znamiona mnogie (jak poprzednio), bo i moja rodzinna, i dermatolog wyszli z założenia, że onkolog lepiej oceni co ciachać najpierw.

Na oddział rejestruje się z wyprzedzeniem osobiście, żeby onkolog ocenił znamię. Mnie oglądała babka z rejestracji i jej diagnoza brzmiała: "plecy albo dekolt - zobaczy się". Widziała też moje skierowanie.
A teraz, po przyjściu już do cięcia kolejna babka mówi mi, że "jak ja nie wiem które, to ona nie wie jak mi się kazać rozebrać" i strzeliwszy focha z tym mnie zostawia. O nieeeeeee! Już bulgotałam.

Na chirurgii jednego dnia jest tak, że w zależności od lokalizacji pieprza, rozbiera się - w szatni - albo od dołu do majtek, albo od góry do stanika, na to narzuca upiorne, zielone, drapiące, niezapinalne i przezroczyste jak firanka wdzianko, i idzie do poczekalni.
Poczekalnie są dwie - męska i damska. Drzwi do obydwu rozwalone na oścież. Po korytarzy łażą ludzie i bez żenady zaglądają do poczekalni, a jeszcze w damskiej siedzi jakiś starszy jegomość (bo przyszedł z córką, która się nim opiekuje).

Pomyślałam, że chrzanię, a jak ktoś się przyczepi, to rozsmaruję na ścianie, i poszłam w zielonościach narzuconych na bluzkę i spodnie.

Po chwili przyszła szpitalna jejmość, z informacją, że z szatni należy zabrać komórki, dokumenty, pieniądze i inne cenne rzeczy. Więc wzięłam cały plecak wręcz modląc się, żeby ktoś mi zwrócił jakąś uwagę i żebym mogła go z czystym sumieniem zamordować.

W końcu przyszła moja kolejka. Chirurg (całkiem miły skąd inąd i sensowny) najpierw wydziwia nad skierowaniem, że nie od dermatologa.
- To dlaczego nikt w rejestracji mi o tym nie powiedział?
- ...
- Ale gdzie to znamię jest, bo tu nie napisane?
Więc tłumacze jak krowie na rowie, że i lekarz, i rejestratorka stwierdzili, że to on ma ocenić.
- Ale ja tak nie mogę! Tu powinno być wpisane które to znamię.
Zapytałam go, czy w takim razie nic mi dziś nie wytnie? Pytałam spokojnie (wiecie, zimna furia, te sprawy), ale chyba zobaczył swoją śmierć w moich oczach, bo szybciutko zapytał, które znamię niepokoi mnie najbardziej i wychlastał co trzeba.
Przed zabiegiem pytam, czy znieczulenie nie przeniknie do mleka. Anestezjolożka chyba bezdzietna, bo zrobiła oczy jak spodki i wyglądało, jakby zastanawiała się jak miałoby się znaleźć znieczulenie w kartonie UHTego, dopóki nie wyjaśniłam, że karmię.
Tu nastąpił zestaw pytań standardowych: syn, czy córka, ile ma, jak na imię?
- (Ja) Aurora.
- (chirurg) O! To wystrzałowo!
:D:D:D Me Gusta!

I łażę sobie teraz radośnie z trzema szwami na wierzchu, bo moje obecne główne zajęcie (dawanie jeść) wymaga łatwego i szybkiego dostępu do baru mlecznego ;D

Mam materiału jeszcze na trzy posty, ale nie wszystko na raz. Nawarstwiło się.
Pin It Now!

czwartek, 5 kwietnia 2012

Królewna na przewijaku, i cmokanie lokomotywy

Wczoraj wypuściłyżeśmy się były w miasto, a konkretnie rzecz ujmując - do Multi Baby Kina.

Ochotę na to burżujstwo miałam od dłuższego czasu, ale jakoś nie grali nic, co bym naprawdę chciała obejrzeć (ja jakąś kinomaniaczką nie jestem niestety). Ale wczoraj grali to:
Naprawdę, ale to NAPRAWDĘ udana produkcja. Nie przecukrzona, zabawna (nie w stylu bąki i beknięcia), ładna i ciepła. Z naciskiem na nieprzecukrzona ;) Nie przemknął niezauważony przeze mnie fakt, że Książę nie ma pięciu lat. Ani nawet piętnastu. Grający go aktor na całkiem, ale to całkiem dorosłego wyglądał, co w moim szacownym wieku się docenia ;) Ani ten (fakt), że tytułowa Królewna ma perkaty nos, jest płaska jak deska i ani źdźbło nie jest anorektyczna. Docenia się bez względu na wiek :D Julia oczywiście fenomenalna jak zwykle, a krasnoludki wymiatają! Zwłaszcza na szczudłach.

Bilet za 15zł uważam za nad wyraz udaną inwestycję (zwłaszcza, że 5 dostałam z powrotem w formie vouchera). Sala kinowa docieplona (żeby nie powiedzieć - z lekka przegrzana), przytłumione światło, przewijak z pieluszkami (niestety tylko jeden rozmiar - 2, ale i tak miałyśmy swoje), mokrymi chusteczkami, wkładkami laktacyjnymi (sic!), dwiema matami edukacyjnymi i dwoma samochodowymi fotelikami. Ilość może nie wydaje się oszałamiająca, ale biorąc pod uwagę, że oprócz nas na sali były dwie starsze panie z siedmiolatką i jedna dziewczyna z - na oko - rocznym dziewczęciem - wystarczało w zupełności.

Mogliby jeszcze troszeczkę przyciszyć fonię i byłoby idealnie.

Jej Wcale-Nie-Taka-Maleńkość najpierw zasnęła, ale wybudzona jakimś głośniejszym dźwiękiem, skorzystała po kolei ze wszystkich atrakcji (za każdym razem jak korzystałyśmy z przewijaka siedmiolatka, zaliczająca rundki wokoło całego kina, miała akurat coś bardzo pilnego do załatwienia przy koszu na śmieci tuż obok;) ), zjadła, pogapiła się na Julię i znów zasnęła.

A po wyjściu z kina znów spotkał nas (przyspieszony jakoś w tym roku) zając, tym razem ciotkowo-gośkowy. Czego rezultatem są poniższe obrazki :D


Uderzające podobieństwo - nie sądzicie?
Bo Ona poprostu pochłanie lektury ;)

Zającowi baardzo dziękujemy. A książeczki są boskie. "Lokomotywa" to podróż sentymentalna i w wykonaniu Tatki jest bezkonkurencyjna, a "Całuski i buziaczki" z genialnymi obrazkami trzeba chronić przed pożarciem. Są naturalnie o cmokaniu i są cudowne, i rymowane, co ostatnio podnosi w uszach Młodocianej wartość każdej książeczki o jakieś milion procent.  :D

Ze świątecznych nowalijek: kiełki kiełkują, rzeżucha rośnie, papierowe jaja in progres, a szyna się pekluje. I i tak nie zdążę!
Pin It Now!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Wielka kupa...

...roboty. Przepraszam wszystkich, którzy komentują, albo piszą do mnie listy, a ja nie odpisuję. Nie nadążam. Przepraszam. Święta dyszą mi w plecy!
Dziś w przerwach między karmieniami i zabawą z Dzieciem zapeklowałam szynę, posiałam zieleninę, opracowałam jeden maleńki układzik, upiekłam na obiad faszerowanego Ło(so)sia i byłam z siebie całkiem zadowolona, dopóki nie zobaczyłam listy rzeczy do zrobienia. Masakra.

Przemko Wspaniały sprzątał w tym czasie domiszcze.

Czy sądzicie, że napicie się kawy inki z własnym mlekiem, to już kanibalizm byłby?
Mleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeka mi się chce. I sera! Pleśniowego takiego, prawie płynnego, powalającego zapachem.
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
Pin It Now!

niedziela, 1 kwietnia 2012

Rodzinna tradycja, rozgwiazda, zając i nocne latawce

 Dawno temu. Mała dziewczynka, na basenie z mamą...
(para po lewej)
Dzisiaj. Inna mała dziewczynka z mamą. Na tym samym basenie.
 



Aurora po obojgu rodzicach jest stworzeniem wodnolubnym. Trochę obawiałam się, jak nasza prysznicowa Córka, która wanienkę widziała kilka razy od środka, a dużej wanny w ogóle, zareaguje na taką wieeeelką wodę.
Jak się okazało - zupełnie bezpodstawnie.
Dziecko-zen zaszokowało Panią Instruktorkę, która kilkakrotnie dopytywała się, czy napewno jesteśmy pierwszy raz na basenie.
- Weszłyśmy do wody, zanurzyłam Orkę (nomen-omen - wodnego stwora) - luzik i czilałt.
- Zanurzanie aż do brody - spoko-maroko.
- Polewanie z konewki, kubka, chlapanie ręką - pomrugała i nadal zachowywała spokój stoicki.

Pod koniec zajęć dzieci "nurkowały" czyli były zanurzane pod wodę razem z głową. Pani Trener:
- Chce Pani, tak za pierwszym razem? - No ba!
Dziecko zanurkowało. Dziecko pozostało niewzruszone. Niewstrząśnięte, niezmieszane. Zero wrażenia poprostu.

Zasadniczo pływaniem z dzieckiem jestem zachwycona, chociaż po prawdzie - po za fajnymi zabawkami (Orki oczywiście nie wzruszyły. Jak jej postawiłam kaczkę na kółku, przed samym dziobem - dziecka, nie kaczki - to próbowała ją zjeść.) - zajęcia nie zrobiły na mnie wrażenia. Sorry, Gregory - wierszyk trzylinijkowy czytany z kartki, albo dopytywanie w trakcie zajęć współprowadzącej o to, czy wzięła gęś (nie wzięła) - to dla mnie lekka żenada. Szatnia i jej wyposażenie, oraz organizacja wchodzenia i wychodzenia - pozostawiały sporo do życzenia. Ale wodę kochamy i basta :D

Tatko robił za paparazzi (efekty powyżej), ale następnym razem to on się moczy :D

Ale to nie koniec pełnego wrażeń łikendu. Na samym jego początku dotarła do nas paczka wymiankowo-zającowa od Czarownicy A.  Czekolada została pożarta na spółkę z Przemkiem, ale w paczce były jeszcze:
Broszki
Kocio :D
Zachwycone dziękujemy zajęczej Czarownicy :D

Po za tym podzieliliśmy się z Przemkiem łikendowymi wieczorami. Wczoraj Matka Marnotrawna wybyła w Miasto nakarmiwszy Dziecię i pozostawiwszy flaszkę mleka własnej produkcji (Dziecię pobawiło się z Tatką, pospało, zjadło, znów spało i chyba nie zarejestrowało nieobecności Rodzicielki), a dziś Przemko wybył na nocną imprezę, pozostawiając Mnie i Młodą na łasce swojej na wzajem (wykąpałyśmy się - obie jednocześnie - zjadłyśmy - po kolei, a teraz Jej Już-Wcale-Nie-Taka-Maleńkość śpi, a ja klikam).

Celem Matki był sabat matek karmiących i chustujących, 
(o tych :D)
w Cafe Po Godzinach. Znalazłam niebo matek karmiących. Taki wybór napojów, dań słodkich i konkretnych - odpowiednich dla nas, bezalkoholowych, zdrowych, świeżych i PRZEPYSZNYCH, że łolaboga! Herbata z syropem fiołkowym, lemoniada pietruszkowa i sałatka z pomarańczy, avocado, suszonych pomidorów i oliwek - genialne (sałatkę ledwo zdołałam pożreć w całości - tak była ogromna). Mrrrrrrrrrrrrr, mrrrrrr, mrrrrrrrrrrrrrr...

Tatko wypuścił się do znajomego na "męską imprezę urodzinową". Czy dla Was też brzmi to podejrzanie? ;)

Tyle na razie. A czeka nas jeszcze dzień jutrzejszy :D
Pin It Now!

wtorek, 27 marca 2012

Zawrót głowy, bioder, szafy i bujanie

Wybaczcie, wybaczcie, alem zakręcona totalnie i robotą zawalona.

Kolejna wizyta u ortopedy wypadła pomyślnie. Po za tym, że Aurora robiła za VIPa (rozpoznawali ją wszyscy lekarze i pielęgniarki od rejestracji po gabinet, włącznie z tymi spotkanymi w windzie) - nie wiem, czy ze względu na imię, na osobę Babci, czy na chustę - zdobyła też nowego adoratora.

O adoratorach Ory jeszcze nie pisałam była. A zdobywa ich dziewczę na każdym kroku. A to Szymek ustawia przed nią w karnym szeregu słonie, ślimaki, lwy i klocki (opisując, a jakże), a to Igor pakuje się do niej na przewijak, a to Staś smyra ją uroczo po główce, brzuszku i łapkach (wszyscy conajmniej o rok starsi :D). A teraz w poczekalni kręcił się wokół nas jakiś 6-7 latek. Niby że nic, że właśnie w tym miejscu ma do załatwienia niezmiernie ważną sprawę, ale naprawdę łypał spod oka (i znad ręki na temblaku) na Młodą. W końcu, kiedy razem z jego mamą podeszłyśmy do sąsiednich okienek - podszedł i zapytyał:
- A czemu Pani ma tu to dziecko tak przywiązane?
Objaśniłam młodego człowieka, że tak jest mi bardzo wygodnie, a dziecko się czuje bezpieczne i jest spokojne, itd. etc...
- Aha.
Odszedł. Po chwili wrócił.
- Ale to ładnie wygląda!
I zwiał.

Ha!

A bioderka naturalnie w idealnym porządku :)

W łikend wiośniliśmy się na działce (W altance zalągł nam się jakiś gryzoń. Sądząc po zostawionych hmmm... śladach - ogromny), a Jej Maleńkość przetestowała sobie hamak. Tym razem ze sznurka, nie z chusty:


A potem byłyśmy (Przemko tylko nas podrzucił, ale zabrałyśmy CiotKaszydło) na SwapParty. Niestety nie było tak fajnie jak w zeszłym roku.Organizatorzy chyba nie mogli się zdecydować, czy to ma być jeszcze szafing, czy już ambitne wydarzenie kulturalne - i wyszło za ciemno, za ciasno, za głośno. Szkoda.

Serdecznie dziękujemy wszystkim uczestnikom bajkowego cukierasa. Wyniki ogłosimy jutro.
Pin It Now!

środa, 21 marca 2012

Choram

Gorączka i samopoczucie jak po przeciągnięciu przez maglownicę (wszystkie  skojarzenia z Kingiem jak najbardziej na miejscu - czuję się MAKABRYCZNIE).

Dzięki wszystkim pomniejszym bóstwom Ora nie gorączkuje. Ale jeszcze zanim ja się rozłożyłam - zaczęła ulewać, dostała kataru i namiętnie miętoliła swoje uszy. Pani Doktoressa zapisała kropelki, zawiesinkę, saszetki i psikacz. I z basenu nici.

Buuuu!

W związku z powyższym dziś zalegamy w łóżku. "Nie ruszam się, tak będę leżał!". O!

A Dzieć intensywnie próbuje siadać. Dźwiga plecy i głowę do góry, podciąga się używając wszystkiego, co w rękę wpadnie, i się złości, że nie daje jeszcze rady. BLW - nadciągamy!

Dialog z wczoraj:
Ja - A przyniósłbyś mi pasek czekolady z szafki?
On - (westchnienie) No. (przynosi czekoladę) Ale tam już mało tej czekolady zostało. Jeden pasek.
Ja - I zostawiłeś go takiego biednego i osamotnionego?

Naprawdę nie rozumiem co w tym było takiego zabawnego ;)
Pin It Now!

wtorek, 20 marca 2012

O gryzieniu, włoskiej mafii i rozgwiazdach

Pierwszy w tym roku kontakt trzeciego stopnia z naturą uważam za odbyty. Wynik - pszczoła użarła mnie w stopę. I przeżyła skubana, bo żądła nie zostawiła, szlag by ją! W Sobotę zalegaliśmy rodzinnie i kangurowo w Puszczy Bukowej. Tłuuuuumy mówię Wam. Słonko przygrzało i stonka wyległa. Jak na Marszałkowskiej. Ale fajnie było zaiste. Cieplutko. Mrrrrrrrrr...

Stylizacja głowy Młodej nie jest efektem moich modowych eksperymentów, a jedynie skutkiem faktu, że niczym zima drogowców, tak nas zaskoczyła wiosna - bez lekkiej czapki, a ubieranie Jej Maleńkości w gruby polar przy takiej temperaturze, to byłaby zbrodnia.

A po drodze śledzili nas Włosi. Już myślałam, że mafia, ale po prostu wybrali się w to samo miejsce, co my. Jak i połowa Szczecina co najmniej.

Od dwóch dni mamy czas gadulca - wszelkie intonacje od szeptu do pisku, modulacja zdaniopodobna, dźwięki najróżniejszego autoramentu 24h/dobę z przerwami na sen (jedzenie nie jest przeszkodą). A wczoraj w czasie masażu Dziecko mruczało. Autentycznie! Jak pers jakiś :D

Śpi coraz mniej, rozgląda się w czasie spacerów i zaczepia ludzi. I właśnie próbowała spełznąć z materaca (wys. ok 10cm, więc spokojnie). Udało się nogom, zanim Matka wkroczyła do akcji.

A w sobotę mała Rozgwiazda idzie na basen. Ha!
Pin It Now!

sobota, 17 marca 2012

Newton i Kolumb wymiękają...

Przy Aurorze naturalmą.

Śmiechaczka co chwilę dokonuje nowego, wiekopomnego odkrycia:

- Ma się stopy. A jak się ma stopy, to można się chwycić za pajaca na kolanie jedną rączką, pociągnąć- i wtedy drugą można złapać własną stopę. No, w każdym razie próbować.
- Można sobie wsadzić gryzaka do samego gardła i radośnie krztusić, ale Matka zupełnie bez sensu przerywa takie zabawy.
- Ma się uszy. A jak się ma uszy, to się można po nich miziać, chwytać, tarmosić, albo wtykać do nich palce (przyprawiając Matkę o pewność, że Dziecię ma conajmniej zapalenie jednego z nich).
- Można sobie wsadzić palec do nosa i tak zasnąć.
- Ma się palce i można się smyrać po dziąśle dowolnie wybranym, pojedynczo.
- Można szeleścić gazetą i ją drzeć.
- Można lizać parę z nebulizatora (jest słona).
- Można przez sen się chichrać, gadać, a także przeturlać na brzuch, zrobić stójkę i dopiero potem obudzić, z miną wyrażającą głębokie zdziwienie.
- Można Tacie zabierać słuchawkę od prysznica.
- Można zjeść wszystko. A przynajmniej próbować.

A tak przy okazji - to już dwusetny post :D
Pin It Now!

piątek, 16 marca 2012

Oficjalne przeprosiny i Herkules

Oficjalnie przepraszam Mojego Męża za oszczercze rysunki zamieszczone w poprzedniej notce (muszę, bo chodzi teraz po domu mamrocząc pod nosem "kalumnie", "oszczerstwa" i "Chociażbyś jak śnieg była czysta, jak lód nieskalana - i tak nie ujdziesz kalumnii"). Oświadczam, że Mąż mój nie przykrywa głowy poduszką, kiedy słyszy płacz Córki, za to cudownie się nią zajmuje, dzięki czemu jej Matka może spokojnie i komfortowo wziąć prysznic. Rysunki były fantazją autorki zawierającą jedynie niektóre rzeczywiste wydarzenia.

Wiecie, z niemowlęciem tak bywa, że nadmiaru czasu nie bywa. Z tej przyczyny w kuchni rosła od niejakiego czasu szklano-metalowa i niezbyt czysta góra, umiejscowiona w zlewie (że życie rozwijające się niewątpliwie na jej zboczach nie wymyśliło jeszcze koła to jakiś niewyjaśniony ewenement).
Co na bieżąco pomyłam, to na bieżąco zużyłam, bilans wychodził na zero. I zarastałaby tak dalej kuchnia Augiaszy, ale przyszedł mój boski (jak sama nazwa wskazuje) Herkules i pozmywał. :*:*:*
Pin It Now!