Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 maja 2012

O rodzicielstwie i o dziecku, i o wielu ciekawych sprawach

No i nie poszłyśmy, bo Dzibdzioł mały dostał po szczepieniu gorączki lekkiej i ostałyśmy byłyśmy się w domu. Tatko jeno był i  sypał iskrami na gołych studentów w fontannie. Nie ma to jak Juwenalia ;)

Flashmob vol.2 udał się znakomicie (w trakcie pierwszej edycji Centrum tak puściło muzykę, że nic nie było słychać.), podobnie jak radiowy debiut Aurory (materiały wkrótce).
Dziecię po wejściu do studia obejrzało dokładnie wszystko dookoła od mikrofonu począwszy, pogawędziło z obiema Paniami Redaktorkami, posiedziało grzecznie w chuście, żeby... Zacząć stanowczo domagać się posiłku właśnie, kiedy weszliśmy na antenę... Zdążyłam odpowiedzieć na jedno pytanie, po czym musiałam się odmotać i nakarmić :D Całe szczęście na pozostałe odpowiadała MamaHani :D

Za to przedwczoraj  Tatko celebrował wzmożony kontakt z Córą, a Matka wyżywała się towarzysko. Na zaproszenie szczecińskiego Klubu Kangura przyjechała bowiem do Miasta Agnieszka Stein. W ramach promocji swojej nowej książki "Dziecko z bliska"
 
prowadziła warsztaty na temat kształtowania poczucia własnej wartości. Z warsztatów owych wyszłam szczęśliwa niezmiernie, gdyż jak się okazało - różnej maści przemyślenia i domniemania, które snułam na własny, Męża i (zwłaszcza) Córki użytek o rodzicielstwie bliskości, okazały się mieć sens :D A także bogatsza o książkę z autografem :D W tej chwili kartkuje ją Córka. Jak sama znajdę moment na przeczytanie - to opiszę.

Wróciłam do domu, nakarmiłam głodomOrkę, utuliłam Małżonka, po czym... zostawiwszy zapas mleka porzuciłam ich ponownie, by udać się na "kawę" z Literatką ;)
Pani Agnieszka (Agnieszka :D) okazała się być bardzo sympatyczną, bezpretensjonalną postacią. Szalenie ujęło mnie, kiedy na niektóre z pytań odpowiadała po prostu "Nie wiem", zwyczajnie, bez tłumaczenia, czy udawania. Cudowne. Miło spędziło nam się późny wieczór. Dzięki Agnieszko :)

Wczoraj kolejny przejaw TataPower widzieliśmy na basenie. Na osiem par pojawiły się jedynie trzy mamy - cała reszta to ojcowie (w tym prywatny Aurorowy). Ha! W związku z basenem już niedługo zobaczycie zdjęcia podwodnej Orki :D

 Misiata Misiatka rozkłada mnie na łopatki przyspieszonym ostatnio rozwojem. Ja wiem, że każda matka tak pisze, ale Ona naprawdę NAPRAWDĘ co dzień wymyśla coś nowego.
Do przodu nadal pełza najwyżej przypadkiem i kilka centymetrów, za to permanentnie SprintOrka przybiera raczkową pozycję startową, a dwa razy złapałam ją już na przedbiegowym kiwaniu. Chwyta się za stopy, przyciąga je do twarzy i ogląda paluszki. Pije nie tylko z kapka, ale i z normalnego kubka (sama się nauczyła. Najpierw nabierała wodę łapką, a potem przyssała się do brzegu :D), a nawet ze zwykłej butelki, z gwinta. Ha! Tłumy szaleją ;)

A to (także wczorajszy) kolejny hit sezonu:
Tata włożył plecak

...albo raczej W plecak ;)

Zmęczeni po spacerze - padli jak stali.

Teraz moja kolej...
Pin It Now!

wtorek, 15 maja 2012

Pijąca imprezowiczka

Imprezowało się w łikend. Było się na urodzinach ciotecznego Ory Brata i imieninach ciotecznej Siostry w jednym. Radośnie, radośnie :)
Jest to fakt godny upamiętnienia również dlatego, że z tej podwójnej okazji Misiatka została odziana (przepięknie) w irlandzką kiecunię od Ciotki Małgośki, do której w końcu dorosła. Zdjęcia opublikujemy jak Ciocia Marlena się podzieli (bo sami, łosie, nie zrobiliśmy).

Tego samego dnia postanowiliśmy  ramach eksperymentu zapoznać Córkę naszą z trzystusześdziesieciostopniowym kubasem. Wygląda ustrojstwo następująco:
(jak mu przekręcić do góry trzymadełka, to wygląda jak wiking w wersji wagnerowskiej ;) )

Dostali byliśmy takowy na brzuszkowe (na własne zamówienie).
Dziewczę zmierzyło machinę bystrym spojrzeniem. Najpierw usiłowało brzeg złapać dziobem otwartym, jak do piersi, ale załapawszy, że tak, to "seneda" - przyssało się do brzegu i dotąd ciągnie jak smok (wodę oczywiście i tylko wodę, niskozmineralizowaną, niegazowaną, bez nadmiaru sodu, a co :D).

Dodatkowo spuchliśmy z dumy (no w każdym razie ja spuchłam), bo tego samego dnia była u nas mężowa Kuzynka (ciotka wujeczna :D), która ma rocznego synka i synek ów z kubkami z dzióbkami nie radzi sobie jeszcze, i w szoku była, jak Dydłonia naszego w akcji ujrzała. Niskie to, niskie, ja wiem, ale co na to mogę, hę?

A dziś skłuć daliśmy Tobołka maleńkiego drugą serią szczepionek. Zastrajkowałam i uświadomiłam Męża, że bez niego, to ja nie idę, mowy nie ma, a decyzja ma (jak większość) okazała się jedynie słuszna. Bambetlątko w rękach Tatki, kłute bezlitośnie w udka, trochę wprawdzie pochlipało, ale krótko i nieintensywnie. Dzielne było ogromnie, a ja nie zeszłam na zawał. Pani Pielęgniarka pod silnym była wrażeniem (Ojca i dziecięcia. Spoko, noszę w plecaku składaną maczugę na wszelki wypadek - drżyjcie wrażliwe pielęgniarki innej profesji amatorki tego co wrrrrMOJE).

Pani Doktor (zacna niewiasta) zapytała, czy wciąż chustujemy (no ba!), gładko przełknęła informację o stosowanym przez nas BLW, zważyła (6,800 kg żywej Orki :D), zmierzyła, wyraziła zachwyt należyty i tyla. Za 6 tygodni kolejne spotkanie.

A dziś o północy wybieramy się pod budynek Starej Chemii, gdzie Inko Gni To swoim występem uświetnia rozpoczęcie szczecińskich Juwenaliów. Ja będę niańczyć, a Przemko ogniem zionie i iskrami sypnie, bo ognisty On ci jest, że strach. Ach!

Tak, jak widać po używanym przeze mnie słownictwie wiosna i laktacja pospołu dobrały mi się do mózgu. Nie poradzę nic.

Pin It Now!

poniedziałek, 7 maja 2012

(Nie)Leży i pachnie oraz kuchnia i plan działań najbliższych

Aurora ma swoje pierwsze pachnidło :D

Nie, nie zwariowałam jeszcze, żeby niemowlęciu kupować perfumy. Uważam, że dzieci najpiękniej pachną same z siebie, a gadżety w stylu lakierów do paznokci i cieni dla małych dziewczynek wywołują u mnie chęć natychmiastowej ucieczki.

Poprostu szukałam bezpiecznego środka antykomarowego. A że nie mogłam znaleźć informacji na ten temat - zdecydowałam się na olejki eteryczne. A konkretnie herbaciany i goździkowy. I dziecko pachnie teraz jak grzaniec z zieloną herbatą ;) Mrrrrrrrrrrr...

Z maleńkiego Tobołka, który tylko leżał i od czasu do czasu zamajtał kończynami, wyrosło całkiem pokaźne Bambetlątko (7 kilo z hakiem), które nie tylko potrafi stylem turlaczym pokonać całą połać materaca lub pół pokoju, nie tylko kręci się na brzuchu jak chce, ale zaczyna pełzać do tyłu, a nawet (!!!) zaszokowała ostatnio Macierz swoją przyjmując pozycję "na czworaka". Nieustanny progres! O tiritondze, którą je Gżdacz możecie przeczytać w Wiedźmieniu. Dodajemy coraz to nowe conieca do menu. A one są pożerane.

Napotkaliśmy już pierwsze protesty otoczenia wobec naszej koncepcji żywienia Dziecia. Jedna babcia chciała Orkę karmić słodkim herbatnikiem, dziadek - wafelkiem w czekoladzie, a od drugiej babci dowiedzieliśmy się, że nie podając dziecku cukru (do roku conajmniej) robimy mu krzywdę. Taaaaaa... Prababcię zaszokowaliśmy informacją, że Dzidzioł nie będzie pił soków, tylko wodę. Jednak póki co, to właśnie ona (Prababcia) wydaje się najbardziej reformowalna.

Już w sobotę robimy flashmoba chustowo-tanecznego. 13.00, główny hol "Galaxy" - zapraszamy!

Trening ;)

Hird i Kangury wybierają się na Platany. W perspektywie jest Wolin i "Dziady", i nowy spektakl Inko Gni To. Inko wystąpi na Szczecińskich Juwenaliach. Kupa roboty, a w domu zaczynamy kolejną odsłonę remontu. Tym razem kuchniowo-łazienkową. Horror! A, żeby jeszcze coś się działo - obsiewamy działkę. Chrzciny za pasem :D.
Uwielbiam!

Aha! Zaliczyliśmy już pierwszy epizod ksztuszenia z odruchem. Daliśmy radę :D
Pin It Now!

środa, 2 maja 2012

Bierz Lub Wyrzuć! i odurzenie

Tatki nie było, a Dziecko tęskniło.
Na basenie z Mamcią rozglądało się za Nim i popłakiwało. W nocy chlipało przez sen, póki Mama poduszki Tatą pachnącej nie zapodała. Wtedy nos wtuliło i już spało spokojnie.
Rzec by się chciało: "Tatko nie wraca ranki, wieczory,
we łzach go czekam i trwodze..." (Kto wie skąd to i czyje? Jam po dziadku skażona dziedzicznie, nie mogę nie wiedzieć.)

Ale w końcu wrócił był. No i był bal!

Gdyż albowiem Dzidzioł wkroczył w poważny wiek sześciu miesięcy. Pół roku - uwierzycie? Wyjątkowo długie i intensywne pół roku Matki Skromnym Zdaniem. I cudowne absolutnie, nie da się ukryć :D.

Z tej okazji Orka GłodomOrka została po raz pierwszy zaproszona do stołu nie w charakterze biernego obserwatora, a jaknajbardziej aktywnego pożeracza. Dokonało się to na kolanach Tatki, pod czujnym okiem Mamci i w asyście CiotKaszydła.


W karcie znajdowały się: kaszka jaglana z wody oraz jabłunio, marchewka, cukinka i buraczek na parze.
Wykwintne owo danie zostało potraktowane należycie, a mianowicie - obejrzane, pomacane, pomemłane, pociamkane i częściowo wyplute i rozsmarowane, a częściowo (widzieliśmy dowody niezbite nazajutrz) - połknięte.

Drugi obiadek to zdekonstruowany barszczyk (paluchowate kawałki indyka, buraka, ziemniaka, pietruszki i fasolka szparagowa wyłowione z zupy, oraz łyżeczka płynu zapodana przez Mamę).

Dziś na śniadanko było jabło, grucha i chlebek z masełkiem. A na obiad brokuł i fasolka.

Szalejemy!

Było mniej bałaganiarsko, niż sądziłam. Wprawdzie brokuł był nawet na czole, kawałki pietruszki znalazły się na maminej twarzy, a cukinia okazała się świetnym pociskiem balistycznym stół-podłoga, ale po za tym - pełna kultura :D

Co do akcesoriów. Śliniaki z rękawami i jeden z rynienką (znanej marki, za grosze nówka z drugoręczniaka) nabyliśmy już dawno, ale tuż przed pierwszym obżarstwem przypomnieliśmy sobie, że nie kupiliśmy tacki. Następnego dnia odbyliśmy więc pielgrzymkę do jaskini występku (sklep wielkopowierzchniowy) celem posiąścia ówtej. Jednaowoż okazało się, że dostępne wzornictwo nie do końca odpowiada naszym gustom. Już mieliśmy podążyć do kasy z wyrobem nie całkiem nas satysfakcjonującym, kiedy w oko wpadł nam twór wspaniały, z naturalnego tworzywa (drewno), z obrzeżem z trzech stron, utrudniającym rozrzucanie, jedną stroną otwartą umożliwiającą łatwy dostęp do zawartości i zagiętym rantem utrudniającym (że uniemożliwiającym, to się nie łudzimy) wywalenie wszystkiego do góry nogami.

Jak się na pewno domyślacie była to... stolnica! Polecam naprawdę. Jest stworzona do BLW.

W ogóle BLW to mój kolejny ulubiony nurt rodzicielski. Łatwe, przyjemne, bezstresowe dla obu stron i dostarczające kupę radości. Tzn. z tym bezstresowym, to podobno akcje z krztuszeniem niektórych wykańczają. Aurora parę razy krztusiła się własną śliną, ale jej to nie zaszkodziło, więc mam nadzieję, że przetrwamy. Na razie, jako się rzekło, żuła ładnie i łykała nawet, co podobno na początku nie zawsze się zdarza.

A dziś na działce Dzieć spojrzał z daleka na Tatkę i rzucił od niechcenia "Etatata" i wrócił do swoich zajęć.
A Tatko tego nie słyszał, bo kosił trawę.

A teraz jest burza i zapach powietrza wpadającego przez otwarte okno odurza totalnie. I przepięknie na blaszanym dachu, na którym w dzień wygrzewał się kot, bębni ulewa i grzmot. I dwa sny się snują tuż obok mojego odurzenia, mniejszy jeden, a większy drugi. A w dzień czekoladą pachniała dzielnica i przypomniało mi się jak świetnie, jak kapitalnie w Tym Mieście mieszkać. I wdzięczność za rzeczy wiele mnie przepełnia, a żal, który był (a był) wypalił się białym ogniem do cna, że nawet popiołów. I słucham deszczu i snów dwóch, co się śnią pięknie tak. I splatają tak z deszczem, i w powietrzu snują, że prawie, że niemal dotknąć możesz, prawie zobaczyć, kruche jak wiosenna zieleń bukowych listków i lipowych serc.

A dobranoc i Wam :)
Pin It Now!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Argument przeciw chustom, dwie głowy, głęboki PRL i wystrzały

Dużo się działo.
Pięć pokoleń (a moja siostra nie zawsze ma taką minę ;) )
Z Babcią Iwoną
Zające przykicały obficie. Przyniosły cudne ptaszki od kochającej Geeka,

zestaw podarków standardowych, wygraną w Candy ArtMamowania
 (czekamy na listonosza), a nieco później dostałam od Padme bańki chińskie, które już dawno chodziły mi po głowie :D

A propo's baniek - puszczamy ostatnio! Tzn. ja albo Przemko puszczamy, a Młoda robi za automat do precyzyjnej likwidacji. Jest absolutną perfekcjonistką :D

Na froncie chustowym dość intensywnie: szykujemy flash-mobba. Oprócz tego ostatnio, kiedy szłyśmy na spacer, minęła nas jakaś blondi z wściekle różowymi szponami, po czym cofnęła się z miną porażonej prądem i stwierdziła: "O Boże! Ja myślałam, że Pani ma dwie głowy!!!" - no !!!
W dodatku znalazłam w końcu dowód na to, że chustowanie szkodzi dzieciom. Mijał nas raz kilkulatek z mamą, i tak się na nas zagapił, że wpadł na nadchodzącą z naprzeciwka kobietę (co nie przeszkodziło mu w dalszym gapieniu) :D:D:D

StwOrka namiętnie próbuje siadać. Kiedy jemy obiad - rozkładamy jej na stole matę i układamy tam, żeby sobie na nas patrzyła. Gdybyśmy nie odsuwali talerzy, to bylibyśmy regularnie pozbawiani posiłku. Największa radocha jest wtedy, jak ktoś da dziecięciu pociamkać skórkę z chleba. Przyszło też krzesełko (z eko-wymianki) i szósty miech się zbliża, więc: BLW - nadchodzimy!


 W piątek trzynastego (imieniny Przemka :*)
poszłam sobie usunąć znamię (tzw. "pieprzyk") z dekoltu. Trochę mnie niepokoił, a chciałam się go pozbyć na tyle wcześnie, żeby specjalnie nie mieć problemów z opalaniem.
Ranyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. Jakbym trafiła do głębokiego PRL'u. Najpierw pielęgniarka wymalowana jak radziecka prostytutka robi wielkie problemy, żeby udzielić podstawowych informacji. Potem jeszcze lepsza akcja:
Mam dużo znamion. Kilka już usunęłam. NFZ refunduje jedno miesięcznie. Na każde potrzebne jest skierowanie od skórologa. Ale po ostatniej wizycie tylko po skierowanie, mój skórolog powiedział, że mogę sobie je (skierowania) brać od lekarza rodzinnego.
Więc wzięłam. Z zapisem, że znamiona mnogie (jak poprzednio), bo i moja rodzinna, i dermatolog wyszli z założenia, że onkolog lepiej oceni co ciachać najpierw.

Na oddział rejestruje się z wyprzedzeniem osobiście, żeby onkolog ocenił znamię. Mnie oglądała babka z rejestracji i jej diagnoza brzmiała: "plecy albo dekolt - zobaczy się". Widziała też moje skierowanie.
A teraz, po przyjściu już do cięcia kolejna babka mówi mi, że "jak ja nie wiem które, to ona nie wie jak mi się kazać rozebrać" i strzeliwszy focha z tym mnie zostawia. O nieeeeeee! Już bulgotałam.

Na chirurgii jednego dnia jest tak, że w zależności od lokalizacji pieprza, rozbiera się - w szatni - albo od dołu do majtek, albo od góry do stanika, na to narzuca upiorne, zielone, drapiące, niezapinalne i przezroczyste jak firanka wdzianko, i idzie do poczekalni.
Poczekalnie są dwie - męska i damska. Drzwi do obydwu rozwalone na oścież. Po korytarzy łażą ludzie i bez żenady zaglądają do poczekalni, a jeszcze w damskiej siedzi jakiś starszy jegomość (bo przyszedł z córką, która się nim opiekuje).

Pomyślałam, że chrzanię, a jak ktoś się przyczepi, to rozsmaruję na ścianie, i poszłam w zielonościach narzuconych na bluzkę i spodnie.

Po chwili przyszła szpitalna jejmość, z informacją, że z szatni należy zabrać komórki, dokumenty, pieniądze i inne cenne rzeczy. Więc wzięłam cały plecak wręcz modląc się, żeby ktoś mi zwrócił jakąś uwagę i żebym mogła go z czystym sumieniem zamordować.

W końcu przyszła moja kolejka. Chirurg (całkiem miły skąd inąd i sensowny) najpierw wydziwia nad skierowaniem, że nie od dermatologa.
- To dlaczego nikt w rejestracji mi o tym nie powiedział?
- ...
- Ale gdzie to znamię jest, bo tu nie napisane?
Więc tłumacze jak krowie na rowie, że i lekarz, i rejestratorka stwierdzili, że to on ma ocenić.
- Ale ja tak nie mogę! Tu powinno być wpisane które to znamię.
Zapytałam go, czy w takim razie nic mi dziś nie wytnie? Pytałam spokojnie (wiecie, zimna furia, te sprawy), ale chyba zobaczył swoją śmierć w moich oczach, bo szybciutko zapytał, które znamię niepokoi mnie najbardziej i wychlastał co trzeba.
Przed zabiegiem pytam, czy znieczulenie nie przeniknie do mleka. Anestezjolożka chyba bezdzietna, bo zrobiła oczy jak spodki i wyglądało, jakby zastanawiała się jak miałoby się znaleźć znieczulenie w kartonie UHTego, dopóki nie wyjaśniłam, że karmię.
Tu nastąpił zestaw pytań standardowych: syn, czy córka, ile ma, jak na imię?
- (Ja) Aurora.
- (chirurg) O! To wystrzałowo!
:D:D:D Me Gusta!

I łażę sobie teraz radośnie z trzema szwami na wierzchu, bo moje obecne główne zajęcie (dawanie jeść) wymaga łatwego i szybkiego dostępu do baru mlecznego ;D

Mam materiału jeszcze na trzy posty, ale nie wszystko na raz. Nawarstwiło się.
Pin It Now!

czwartek, 5 kwietnia 2012

Królewna na przewijaku, i cmokanie lokomotywy

Wczoraj wypuściłyżeśmy się były w miasto, a konkretnie rzecz ujmując - do Multi Baby Kina.

Ochotę na to burżujstwo miałam od dłuższego czasu, ale jakoś nie grali nic, co bym naprawdę chciała obejrzeć (ja jakąś kinomaniaczką nie jestem niestety). Ale wczoraj grali to:
Naprawdę, ale to NAPRAWDĘ udana produkcja. Nie przecukrzona, zabawna (nie w stylu bąki i beknięcia), ładna i ciepła. Z naciskiem na nieprzecukrzona ;) Nie przemknął niezauważony przeze mnie fakt, że Książę nie ma pięciu lat. Ani nawet piętnastu. Grający go aktor na całkiem, ale to całkiem dorosłego wyglądał, co w moim szacownym wieku się docenia ;) Ani ten (fakt), że tytułowa Królewna ma perkaty nos, jest płaska jak deska i ani źdźbło nie jest anorektyczna. Docenia się bez względu na wiek :D Julia oczywiście fenomenalna jak zwykle, a krasnoludki wymiatają! Zwłaszcza na szczudłach.

Bilet za 15zł uważam za nad wyraz udaną inwestycję (zwłaszcza, że 5 dostałam z powrotem w formie vouchera). Sala kinowa docieplona (żeby nie powiedzieć - z lekka przegrzana), przytłumione światło, przewijak z pieluszkami (niestety tylko jeden rozmiar - 2, ale i tak miałyśmy swoje), mokrymi chusteczkami, wkładkami laktacyjnymi (sic!), dwiema matami edukacyjnymi i dwoma samochodowymi fotelikami. Ilość może nie wydaje się oszałamiająca, ale biorąc pod uwagę, że oprócz nas na sali były dwie starsze panie z siedmiolatką i jedna dziewczyna z - na oko - rocznym dziewczęciem - wystarczało w zupełności.

Mogliby jeszcze troszeczkę przyciszyć fonię i byłoby idealnie.

Jej Wcale-Nie-Taka-Maleńkość najpierw zasnęła, ale wybudzona jakimś głośniejszym dźwiękiem, skorzystała po kolei ze wszystkich atrakcji (za każdym razem jak korzystałyśmy z przewijaka siedmiolatka, zaliczająca rundki wokoło całego kina, miała akurat coś bardzo pilnego do załatwienia przy koszu na śmieci tuż obok;) ), zjadła, pogapiła się na Julię i znów zasnęła.

A po wyjściu z kina znów spotkał nas (przyspieszony jakoś w tym roku) zając, tym razem ciotkowo-gośkowy. Czego rezultatem są poniższe obrazki :D


Uderzające podobieństwo - nie sądzicie?
Bo Ona poprostu pochłanie lektury ;)

Zającowi baardzo dziękujemy. A książeczki są boskie. "Lokomotywa" to podróż sentymentalna i w wykonaniu Tatki jest bezkonkurencyjna, a "Całuski i buziaczki" z genialnymi obrazkami trzeba chronić przed pożarciem. Są naturalnie o cmokaniu i są cudowne, i rymowane, co ostatnio podnosi w uszach Młodocianej wartość każdej książeczki o jakieś milion procent.  :D

Ze świątecznych nowalijek: kiełki kiełkują, rzeżucha rośnie, papierowe jaja in progres, a szyna się pekluje. I i tak nie zdążę!
Pin It Now!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Wielka kupa...

...roboty. Przepraszam wszystkich, którzy komentują, albo piszą do mnie listy, a ja nie odpisuję. Nie nadążam. Przepraszam. Święta dyszą mi w plecy!
Dziś w przerwach między karmieniami i zabawą z Dzieciem zapeklowałam szynę, posiałam zieleninę, opracowałam jeden maleńki układzik, upiekłam na obiad faszerowanego Ło(so)sia i byłam z siebie całkiem zadowolona, dopóki nie zobaczyłam listy rzeczy do zrobienia. Masakra.

Przemko Wspaniały sprzątał w tym czasie domiszcze.

Czy sądzicie, że napicie się kawy inki z własnym mlekiem, to już kanibalizm byłby?
Mleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeka mi się chce. I sera! Pleśniowego takiego, prawie płynnego, powalającego zapachem.
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
Pin It Now!

niedziela, 1 kwietnia 2012

Rodzinna tradycja, rozgwiazda, zając i nocne latawce

 Dawno temu. Mała dziewczynka, na basenie z mamą...
(para po lewej)
Dzisiaj. Inna mała dziewczynka z mamą. Na tym samym basenie.
 



Aurora po obojgu rodzicach jest stworzeniem wodnolubnym. Trochę obawiałam się, jak nasza prysznicowa Córka, która wanienkę widziała kilka razy od środka, a dużej wanny w ogóle, zareaguje na taką wieeeelką wodę.
Jak się okazało - zupełnie bezpodstawnie.
Dziecko-zen zaszokowało Panią Instruktorkę, która kilkakrotnie dopytywała się, czy napewno jesteśmy pierwszy raz na basenie.
- Weszłyśmy do wody, zanurzyłam Orkę (nomen-omen - wodnego stwora) - luzik i czilałt.
- Zanurzanie aż do brody - spoko-maroko.
- Polewanie z konewki, kubka, chlapanie ręką - pomrugała i nadal zachowywała spokój stoicki.

Pod koniec zajęć dzieci "nurkowały" czyli były zanurzane pod wodę razem z głową. Pani Trener:
- Chce Pani, tak za pierwszym razem? - No ba!
Dziecko zanurkowało. Dziecko pozostało niewzruszone. Niewstrząśnięte, niezmieszane. Zero wrażenia poprostu.

Zasadniczo pływaniem z dzieckiem jestem zachwycona, chociaż po prawdzie - po za fajnymi zabawkami (Orki oczywiście nie wzruszyły. Jak jej postawiłam kaczkę na kółku, przed samym dziobem - dziecka, nie kaczki - to próbowała ją zjeść.) - zajęcia nie zrobiły na mnie wrażenia. Sorry, Gregory - wierszyk trzylinijkowy czytany z kartki, albo dopytywanie w trakcie zajęć współprowadzącej o to, czy wzięła gęś (nie wzięła) - to dla mnie lekka żenada. Szatnia i jej wyposażenie, oraz organizacja wchodzenia i wychodzenia - pozostawiały sporo do życzenia. Ale wodę kochamy i basta :D

Tatko robił za paparazzi (efekty powyżej), ale następnym razem to on się moczy :D

Ale to nie koniec pełnego wrażeń łikendu. Na samym jego początku dotarła do nas paczka wymiankowo-zającowa od Czarownicy A.  Czekolada została pożarta na spółkę z Przemkiem, ale w paczce były jeszcze:
Broszki
Kocio :D
Zachwycone dziękujemy zajęczej Czarownicy :D

Po za tym podzieliliśmy się z Przemkiem łikendowymi wieczorami. Wczoraj Matka Marnotrawna wybyła w Miasto nakarmiwszy Dziecię i pozostawiwszy flaszkę mleka własnej produkcji (Dziecię pobawiło się z Tatką, pospało, zjadło, znów spało i chyba nie zarejestrowało nieobecności Rodzicielki), a dziś Przemko wybył na nocną imprezę, pozostawiając Mnie i Młodą na łasce swojej na wzajem (wykąpałyśmy się - obie jednocześnie - zjadłyśmy - po kolei, a teraz Jej Już-Wcale-Nie-Taka-Maleńkość śpi, a ja klikam).

Celem Matki był sabat matek karmiących i chustujących, 
(o tych :D)
w Cafe Po Godzinach. Znalazłam niebo matek karmiących. Taki wybór napojów, dań słodkich i konkretnych - odpowiednich dla nas, bezalkoholowych, zdrowych, świeżych i PRZEPYSZNYCH, że łolaboga! Herbata z syropem fiołkowym, lemoniada pietruszkowa i sałatka z pomarańczy, avocado, suszonych pomidorów i oliwek - genialne (sałatkę ledwo zdołałam pożreć w całości - tak była ogromna). Mrrrrrrrrrrrrr, mrrrrrr, mrrrrrrrrrrrrrr...

Tatko wypuścił się do znajomego na "męską imprezę urodzinową". Czy dla Was też brzmi to podejrzanie? ;)

Tyle na razie. A czeka nas jeszcze dzień jutrzejszy :D
Pin It Now!

wtorek, 27 marca 2012

Zawrót głowy, bioder, szafy i bujanie

Wybaczcie, wybaczcie, alem zakręcona totalnie i robotą zawalona.

Kolejna wizyta u ortopedy wypadła pomyślnie. Po za tym, że Aurora robiła za VIPa (rozpoznawali ją wszyscy lekarze i pielęgniarki od rejestracji po gabinet, włącznie z tymi spotkanymi w windzie) - nie wiem, czy ze względu na imię, na osobę Babci, czy na chustę - zdobyła też nowego adoratora.

O adoratorach Ory jeszcze nie pisałam była. A zdobywa ich dziewczę na każdym kroku. A to Szymek ustawia przed nią w karnym szeregu słonie, ślimaki, lwy i klocki (opisując, a jakże), a to Igor pakuje się do niej na przewijak, a to Staś smyra ją uroczo po główce, brzuszku i łapkach (wszyscy conajmniej o rok starsi :D). A teraz w poczekalni kręcił się wokół nas jakiś 6-7 latek. Niby że nic, że właśnie w tym miejscu ma do załatwienia niezmiernie ważną sprawę, ale naprawdę łypał spod oka (i znad ręki na temblaku) na Młodą. W końcu, kiedy razem z jego mamą podeszłyśmy do sąsiednich okienek - podszedł i zapytyał:
- A czemu Pani ma tu to dziecko tak przywiązane?
Objaśniłam młodego człowieka, że tak jest mi bardzo wygodnie, a dziecko się czuje bezpieczne i jest spokojne, itd. etc...
- Aha.
Odszedł. Po chwili wrócił.
- Ale to ładnie wygląda!
I zwiał.

Ha!

A bioderka naturalnie w idealnym porządku :)

W łikend wiośniliśmy się na działce (W altance zalągł nam się jakiś gryzoń. Sądząc po zostawionych hmmm... śladach - ogromny), a Jej Maleńkość przetestowała sobie hamak. Tym razem ze sznurka, nie z chusty:


A potem byłyśmy (Przemko tylko nas podrzucił, ale zabrałyśmy CiotKaszydło) na SwapParty. Niestety nie było tak fajnie jak w zeszłym roku.Organizatorzy chyba nie mogli się zdecydować, czy to ma być jeszcze szafing, czy już ambitne wydarzenie kulturalne - i wyszło za ciemno, za ciasno, za głośno. Szkoda.

Serdecznie dziękujemy wszystkim uczestnikom bajkowego cukierasa. Wyniki ogłosimy jutro.
Pin It Now!

czwartek, 22 marca 2012

Niezawodny instynkt, łyżka i zwisanie

Wczoraj otworzyłam oczy i zobaczyłam................ Dwa wpatrzone we mnie bławatkowe ślepka i wyszczerzony pyszczek w stylu "Aha! Mam Cię :D" Cudo małe :D.

Pierwszy dzień wiosny spędziłyśmy w łóżku :(. Ale dziś jest lepiej i nadrabiamy. A i wczoraj nie było zmarnowane, bo Ora postanowiła wolny czas wykorzystać na samodoskonalenie. W rezultacie mamy w Domu Spryciulę, co podciąga się za łapki do siadu i siedzi z podparciem :D.

Piska jak kotek i mruczy jak niedźwiedź, zagaduje do ulubionych sprzętów i nawija jak najęta.
Zaczyna pełzać w kółko.
Świadomie i coraz sprawniej używa rąk.
Śmieje się na okrągło.
Ładnie łyka lekarstwa robiąc "Aaaaaaaaaaaaa...".

Ponieważ wczoraj bolał mnie brzuch - postanowiłam zjeść coś raczej lekkiego. Wybrałam  sobie kaszkę kukurydzianą na wodzie. Ale czegoś mi brakowało. Mój wzrok padł na bezcukrowe powidła śliwkowe własnej produkcji. Zaczęłam się jednak zastanawiać, czy to dobry pomysł takie śliwki  na bolący brzuch, czy mi nie zaszkodzą, że może jednak niekoniecznie... I tak rozmyślając pożarłam pół słoika. I co powiecie? Już mnie nic nie boli! Wiwat instynkt :D:D:D

Zgodnie z zasadami BLW jemy przy Dzieciu, żeby się napatrzyła. Kaszkę z powidłami (cudnie słodkie) wsuwałam przy Jej Maleńkości, która podczas tej czynności wpatrywała się w moją łyżkę jak sroka w gnat, machała histerycznie łapkami i popiskiwała ponaglająco. Wzięłam więc plastikową łyżeczkę, którą dostaliśmy od jakiejś firmy słoiczkowej (apage) i dałam Młodej do zabawy. Pełnia szczęście i samozadowolenia. Ja jadłam kaszkę łyżką, a Ona jadła łyżkę.

Dziś poszłyśmy się nawiosennić i nasłonecznić na plac zabaw. Było tak cudnie, że nie chciało nam (no dobra - mi, Aurora spała) wracać do dom.
 Co prawda musiałam wcześniej wyprosić z rzeczonego placu jedną zadymiarkę (Okazało się, że była tam z chyba-wnuczkiem. Chłopca zrobiło mi się żal, ale cholera dymić może sobie babunia gdzie indziej).

Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy za dwa-trzy lata też przestanę lubić spędzać czas z własnym dzieckiem. Niemal wszystkie mamy, które na tym placu zabaw przebywały, miały miny, jakby spędzanie czasu z własnym dzieckiem było karą najgorsza z możliwych. Nawet jak się z tymi dziećmi bawiły, czy rozmawiały, to twarz wyrażała zupełną rezygnację i niechęć do świata jako takiego. Masakra. Owszem, zdarzyło się parę wyjątków, ale były to... No właśnie. Wyjątki. Smutne, zaiste smutne.

Ale potem popatrzyłam tam:
(zdjęcie z komórki)
i stwierdziłam, że w razie ataku nagłej depresji pozwisam sobie z Młodą z drzewa :D A co.
Pin It Now!

środa, 21 marca 2012

Choram

Gorączka i samopoczucie jak po przeciągnięciu przez maglownicę (wszystkie  skojarzenia z Kingiem jak najbardziej na miejscu - czuję się MAKABRYCZNIE).

Dzięki wszystkim pomniejszym bóstwom Ora nie gorączkuje. Ale jeszcze zanim ja się rozłożyłam - zaczęła ulewać, dostała kataru i namiętnie miętoliła swoje uszy. Pani Doktoressa zapisała kropelki, zawiesinkę, saszetki i psikacz. I z basenu nici.

Buuuu!

W związku z powyższym dziś zalegamy w łóżku. "Nie ruszam się, tak będę leżał!". O!

A Dzieć intensywnie próbuje siadać. Dźwiga plecy i głowę do góry, podciąga się używając wszystkiego, co w rękę wpadnie, i się złości, że nie daje jeszcze rady. BLW - nadciągamy!

Dialog z wczoraj:
Ja - A przyniósłbyś mi pasek czekolady z szafki?
On - (westchnienie) No. (przynosi czekoladę) Ale tam już mało tej czekolady zostało. Jeden pasek.
Ja - I zostawiłeś go takiego biednego i osamotnionego?

Naprawdę nie rozumiem co w tym było takiego zabawnego ;)
Pin It Now!

sobota, 17 marca 2012

Newton i Kolumb wymiękają...

Przy Aurorze naturalmą.

Śmiechaczka co chwilę dokonuje nowego, wiekopomnego odkrycia:

- Ma się stopy. A jak się ma stopy, to można się chwycić za pajaca na kolanie jedną rączką, pociągnąć- i wtedy drugą można złapać własną stopę. No, w każdym razie próbować.
- Można sobie wsadzić gryzaka do samego gardła i radośnie krztusić, ale Matka zupełnie bez sensu przerywa takie zabawy.
- Ma się uszy. A jak się ma uszy, to się można po nich miziać, chwytać, tarmosić, albo wtykać do nich palce (przyprawiając Matkę o pewność, że Dziecię ma conajmniej zapalenie jednego z nich).
- Można sobie wsadzić palec do nosa i tak zasnąć.
- Ma się palce i można się smyrać po dziąśle dowolnie wybranym, pojedynczo.
- Można szeleścić gazetą i ją drzeć.
- Można lizać parę z nebulizatora (jest słona).
- Można przez sen się chichrać, gadać, a także przeturlać na brzuch, zrobić stójkę i dopiero potem obudzić, z miną wyrażającą głębokie zdziwienie.
- Można Tacie zabierać słuchawkę od prysznica.
- Można zjeść wszystko. A przynajmniej próbować.

A tak przy okazji - to już dwusetny post :D
Pin It Now!

piątek, 16 marca 2012

Oficjalne przeprosiny i Herkules

Oficjalnie przepraszam Mojego Męża za oszczercze rysunki zamieszczone w poprzedniej notce (muszę, bo chodzi teraz po domu mamrocząc pod nosem "kalumnie", "oszczerstwa" i "Chociażbyś jak śnieg była czysta, jak lód nieskalana - i tak nie ujdziesz kalumnii"). Oświadczam, że Mąż mój nie przykrywa głowy poduszką, kiedy słyszy płacz Córki, za to cudownie się nią zajmuje, dzięki czemu jej Matka może spokojnie i komfortowo wziąć prysznic. Rysunki były fantazją autorki zawierającą jedynie niektóre rzeczywiste wydarzenia.

Wiecie, z niemowlęciem tak bywa, że nadmiaru czasu nie bywa. Z tej przyczyny w kuchni rosła od niejakiego czasu szklano-metalowa i niezbyt czysta góra, umiejscowiona w zlewie (że życie rozwijające się niewątpliwie na jej zboczach nie wymyśliło jeszcze koła to jakiś niewyjaśniony ewenement).
Co na bieżąco pomyłam, to na bieżąco zużyłam, bilans wychodził na zero. I zarastałaby tak dalej kuchnia Augiaszy, ale przyszedł mój boski (jak sama nazwa wskazuje) Herkules i pozmywał. :*:*:*
Pin It Now!

wtorek, 13 marca 2012

Dizajn pożerany

Z przykrością pożegnaliśmy Przemkowy urlop. Na finisz poszliśmy sobie przedwczoraj do 13 muz na "Kids love designe".
Wybraliśmy się dosyć późno, więc ominęło nas stoisko "Zakamarków" (czego niezmiernie żałuję). Było naprawdę fajnie. Młoda oglądała kolorowe obrazki. Miałam szczerą ochotę przetestować "niezniszczalną" kanapę, ale Przemko mnie powstrzymał. Wystawa prac nagrodzonych w konkursie Ikei inspirująca. Wilko-puf podobał mi się szalenie. Wystawy naprawdę nieźle przygotowane, aż żałowałam, że Misiatka jest za młoda, żeby docenić. Ale... No właśnie. Spodziewałam się jednak czegoś większego, niż dwie małe salki i wnęka w korytarzu.  Trochę szkoda.

A potem poszliśmy na spacer po Mieście i po wieczorze.

 Młoda od dwóch dni markotna (albo zęby, albo skok, albo chorość się kluje). W ramach profilaktyki zapodajemy wit. C w kropelkach, które nazywamy lemoniadą :D Młoda uwielbia! Śmieje się na widok strzykawki (podajemy strzykawką dopaszczowo), chwyta ją łapkami, robi ładnie aaaaa i sama pakuje sobie ją do dzioba :D

Jakiś czas temu czytałyśmy sobie świetną książeczkę:

Ta pozostałość z mojego dzieciństwa zawiera wierszyki wymyślone przez dzieci w wieku 3-7 lat oraz ilustracje stylizowane na dziecięce obrazki.
I właśnie do takiego obrazka Ora chichrała się dobre pół godziny. Aż zadzwoniłam do Tatki do pracy, żeby posłuchał. Chichotała nieprzytomnie. Pochichrajcie się i Wy :D.

Jak widać po prawej zostałam łowcą cukierków. Ciekawe, czy choć raz uda się wygrać :D.

Nabyliśmy dla Jej Maleńkości nowy środek transportu. Maleńka Cesarzowa będzie podróżowała turkusową karocą z bambusa. W rzeczywistości jest bardziej turkusowa niż na zdjęciu.

(w Klubie Kangura naturalnie)





A to z dzisiejszego bladego świtu:

P.S. Znów dostaliśmy próbki od firmy słoiczkowej. Jeszcze, żeby nam kosmetyki przysłała (bo dobre robi) to rozumiem, ale słoiczki! Książki, zabawki, gadżety - wszystko chętnie przetestuję ale słoiczkom i mlekom mówimy SERDECZNIE DZIĘKUJĘ. Serio, no!

Po prawej zapraszam do akcji blogowej (i nie tylko) i na cukierasa.
Pin It Now!