Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Familia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Familia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2016

Zabraniam!

Jestem matką.
Jestem żoną.
Jestem córką.
Jestem siostrą.
Jestem wnuczką.

Nie reprezentuję żadnej partii, ruchu, grupy, stowarzyszenia.
Mówię do Ciebie we własnym imieniu.

ZABRANIAM Ci dobierać się do mojej macicy.
ZABRANIAM Ci dobierać się do macicy mojej córki.
ZABRANIAM Ci decydować o moich śmiertelnie chorych dzieciach.
ZABRANIAM Ci decydować, czy moja córka może mieć żywą i zdrową matkę, a mąż - żonę.
NIE ODDAM Ci swojej wolności i godności.

Jeśli chcecie znaleźć w przyrodzie brutalność i bezwzględność - szukajcie samic.
Jeśli chcecie znaleźć kogoś, kto nie ustąpi i nie cofnie się przed niczym - szukajcie samicy, której młode jest w niebezpieczeństwie.

Zagrażasz wolności, zdrowiu i szczęściu mojej córki.
Nie cofnę się i nie ustąpię.
NO PASARAN!

Okiem Jana Górskiego
(To mniej więcej, dość - przyznaję - drżącym głosem, powiedziałam dziś pod Urzędem Wojewódzkim w Szczecinie. Byłam tam z Mężem, Córką, Mamą, przyjaciółmi, znajomymi i nieznajomymi. Z kobietami i mężczyznami. Z dziećmi, nastolatkami, staruszkami, ludźmi w każdym wieku. Z ateistami i katolikami. Bo trzeba.)


Marcin Korneluk

Zmęczona rewolucjonistka (imię zobowiązuje). W domu skandowała potem "Nie ma wolności!" i "Nie-od-damy! Pol-ski-chochom!" - wrażliwym nie polecam sprawdzania co to znaczy i nie mam pojęcia skąd moje dziecko zna hiszpańskie wulgaryzmy.
Madre (położna skądinąd)
stąd
Stąd
foto: Jarosław Gaszyński stąd
Pin It Now!

poniedziałek, 28 marca 2016

Święta radości

W Szczecinie wiosenna słitfocia z krokusami to obowiązkowy punkt programu.
Ale spróbujcie się powstrzymać.
Duży balonik - mnóóóóóóstwo radości :D
Gnając z wiatrem / pędząca z delfinami :D
 

Oko w oko
W oczekiwaniu...

Chmura szczęścia
Ekstaza

familijnie
Inne wielkanocne reminiscencje: Ora jest entuzjastką kulinariów. Uwielbia bawić się w gotowanie, gotować, próbować. BLW przynosi efekty - jedno z ostatnich orczynych oświadczeń (podczas rozmowy w Miejscu o różnych egzotycznych potrawach jak świerszcze, żaby, ślimaki, zakopywane, zepsute płetwy rekina itp.) "Chciałabym spróbować wszystkiego na świecie!". Przeglądając "Mapy" w pierwszej kolejności zwraca  uwagę na to, co się je w danym kraju (ma swoje ulubione pod względem kuchni państwa).
Oprócz tego bardzo lubi programy kulinarne. Jest wierną fanką "Gotuj z Korzonkiem" (planuje nawet założenie własnego vloga - nagrała już pierwszy odcinek, ale o tym po tym). U Babci M. ogląda namiętnie "Okrasa łamie przepisy", a ostatnio odkryła (ku mojemu ubolewaniu) program "Kucharz duży, kucharz mały".

Moje ubolewanie bierze się stąd, iż prezentowane w nim potrawy jako żywo mogłyby się złożyć na poradnik "Jak nie powinno żywić się dziecko, ani nikt inny", zaś poziom wszystkiego - od tekstów piosenek i wierszyków, muzyki, przez animacje, przekazywane treści (ziemniaki rosnące NA krzakach), scenografię, aż po charakteryzację i grę aktorską odtwórców głównych postaci jest grubo poniżej dna.

Nie mniej podczas okazjonalnego oglądania tego koszmarka Dziewczę spotkało przepis, który gorąco zapragnęło zrealizować.
Ora-zajączek zamiast jajek roznosi marynowane cebulki. Moja rola w ich tworzeniu ograniczyła się do wyparzenia słoików i zagotowania octu. Aha, jeszcze podawałam przyprawy z półki.
Sama natomiast StwOrka dostała od wujecznego wujka Pawła i wujenki wujecznej Ani zestaw do produkcji kota. I podczas śniadania ABSOLUTNIE SAMODZIELNIE uszyła 3/4 torebki. Byłam naprawdę pod wrażeniem, tak Jej koordynacji jak i czasu i intensywności koncentracji - flow w czystej postaci :D


Jeśli chcielibyście zobaczyć, co wielkanocnego i jarego wydziergaliśmy w Miejscu - zapraszam do PoTworni.

Życzę Wam wszystkim zmartwychwstania w nas Życia, Radości, Miłości i Nadziei.
Chrystus zmartwychwstał!
Pin It Now!

czwartek, 10 grudnia 2015

Prababcia

Kiedy byłam mała robiła mi kaszę mannę. Taką na gęsto, aż łyżka stawała, z truskawkowym sokiem.
Nie była ciepłą babcią z tych, co to biorą na kolana i szyją ubranka dla lalek. Była złośliwa, zadawała nietaktowne pytania i wygłaszała krępujące komentarze. Publicznie.
Mówiła do mnie "Marcia", czego serdecznie nie cierpiałam, i że moje imię jest niemieckie (jest aramejskie i biblijne) i twarde, i że mama chciała nazwać mnie Ania, ale tata się uparł. I że "Marta nic nie warta" (co olewałam ciekłym moczem - tata zawsze mówił "Marta - grzechu warta" ;) ).

Mimo wieku i niepełnosprawności niemal do ostatka pozostała niezmiernie ciekawa świata, z zaskakująco otwartym umysłem. Miała własne poglądy i teorie. Nigdy nie była "moherową" katoliczką, za to próbowała wiarę argumentować logicznie ("Widzisz to Słońce? Skąd ono się wzięło? Przecież nikt go tam na druciku nie zawiesił?" Albo "No i skąd to drzewo wie, kiedy liście wypuścić?").

Była nie do zdarcia. Poruszając się o kulach, mając już ponad 90 lat, potrafiła "haczką" obrobić pół ogródka.
Przeżyła Syberię. Pochowała tam rodziców. Sama (pradziadek wyjechał do armii Andersa) utrzymała dwie córki i wróciła z nimi do Polski. Cudem. Nie jednym.
Babcię niosła na plecach jakieś obłędne odległości do lekarza, kiedy ta miała zapalenie kości. Jej siostrę smarowała ofiarowanym przez dobrych ludzi niedźwiedzim sadłem, kiedy podczas powrotu do Kraju, na jednej ze stacji kolejowych ta oblała się gorącym rosołem.
Przeszła malarię. Twierdziła, że wyleczyło ją zsiadłe mleko, które dawała jej córce znajoma chaziajka, a ta podawała Prababci przez szpitalne okno. Chaziajka nazwała ją potem "żeleznaja Palaczka" (w sensie że żelazna Polka).
Takich - kiedyś fascynujących i pasjonujących, a z czasem coraz bardziej wstrząsających historii, słuchanych po wielokroć znam mnóstwo.

W wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat przeszła zabieg usunięcia zaćmy, bo strasznie męczyła ją niemożność czytania gazet.

Kiedy namolnie wypytywała mnie i  Przemka kiedy będziemy mieli dziecko powiedziałam jej żartem, że pogadamy jak skończy setkę.
Setne urodziny obchodziła czwartego lipca 2011r. Orka urodziła się niecałe cztery miesiące później.

Były takie momenty, kiedy obawiałam się jak Aurora może zareagować na tę zmienioną wiekiem, pomarszczoną twarz i powykręcane palce. Niesłusznie. Ora zawsze chętnie do niej zaglądała.

***

Przez ostatnie lata żartowała, że Bóg o niej zapomniał. Kiedy dokuczały jej choroby mówiła, że chciałaby już umrzeć.

30. października, dzień po urodzinach Krętolokiej, lecieliśmy do Norwegii. Wyjazd był już zaplanowany, kiedy u Prababci zaczęły się nasilać problemy ze zdrowiem. Lekarz uprzedził nas, że trzeba się liczyć z tym, że Babcia dogasa. Zastanawialiśmy się nad odwołaniem podróży, ale Mama i Babcia przekonały nas, żebyśmy jednak lecieli.

Po powrocie (Rodzina nie chciała psuć nam wycieczki) dowiedzieliśmy się, że Prababcia zmarła niemal dokładnie w godzinę naszego wylotu.
Mama żartowała, że poleciała za nami.
Myślę, że może poleciała śladem myśli o wszystkich tych, którzy już odeszli, o tych których wspomina się szczególnie 2 listopada, śladem swojej za nimi tęsknoty.

***

Rozmawialiśmy o tym z Orą szczerze i bardzo po prostu. Była na pogrzebie i na stypie. Nie wiem na ile i jak rozumie to, co się stało.

Prababcia ostatnie lata, ze względu na coraz większe problemy z poruszaniem, spędziła w mieszkaniu swojej córki (mojej Babci). Niedawno, kiedy Babcię odwiedzaliśmy, zaraz po wejściu Ora podbiegła w stronę pokoju, w którym zwykle siedziała Prababcia, po czym zatrzymała się wpół kroku i cofnęła.
- Chciałaś przywitać się z Babcią Tereską?
- Tak.
Ja też niekiedy cofam się wpół kroku, prawie z ręką na klamce.


Kilka dni temu, kiedy jechałyśmy autobusem Orka zapytała:
- Mamo, a pójdziemy tam gdzie żegnaliśmy Babcię Tereskę i gdzie było tyle ludzi?
- Na cmentarz? Pójdziemy. Ale tych wszystkich ludzi raczej tam wtedy nie będzie.
- To dobrze, bo ja chcę często odwiedzać Babcię.



Tarka jest u nas.

Pin It Now!

wtorek, 26 maja 2015

Matczyny remanent osobisty

Mnóstwo kobiet, które znam określa swoje relacje z własnymi matkami jako skomplikowane, nieoczywiste, trudne (nie dostrzegam tego w relacjach matek i synów). Nie mniej żadna z nich nie zaprzecza sile tych relacji i ogromnemu wpływowi, jakie mają one na wszystkie sfery życia.
Wiarygodną wydaje mi się teza że te "komplikacje" związane są z trudną relacją naszych mam z nimi samymi.
W jednej z książek Elżbiety Cherezińskiej przeczytałam ostatnio kwestię kobiety przepraszającej córkę, że kochała ją mniej niż jej ojca i brata. Bo ich kochała bardziej niż siebie, a córkę - tylko tak jak siebie.

I dlatego życzę Wam wszystkim, życzę Tobie - żebyś umiała kochać samą siebie. Bezwarunkowo i do szaleństwa. Z całym dobrodziejstwem inwentarza, wszystkimi cudami i niedoskonałościami. Bezwstydnie i bezgranicznie. Żebyś dla siebie samej znalazła czułość, empatię i cierpliwość.

Życzę Ci tego dla Ciebie samej i dla Twoich córek (obecnych czy potencjalnych).

Dziś obchodzę swój czwarty dzień matki. A moja Mama - trzydziesty czwarty.
Nie sądzę, żeby wiedziała jak wiele się od niej nauczyłam. Wszystkiego nie wyliczę.
Ale kilka rzeczy dam radę :) Kilka takich, o których pewnie sama nie wie, że mi je ofiarowała.

Kilka rzeczy, ze które jestem wdzięczna mojej Mamie:
- Za wiedzę jak silna może, a czasami musi być kobieta. Za świadomość istnienia w sobie tej siły. 
- Za umiejętność bronienia własnych poglądów, wyborów i decyzji, nawet wtedy kiedy inni, choćby najbliżsi ich nie rozumieją i nie akceptują. 
- Za głęboką wiarę, że nie ma sytuacji bez wyjścia i katastrof z których nie można się otrząsnąć. 
- Za odwagę próbowania nowych rzeczy, przełamywania konwenansów, wygłaszania niepopularnych (ale moich) opinii. 
- Za zmysł organizacyjny i geny liderki. 
- Za wiarę, że jak się bardzo chce, to można - może nie wszystko, ale bardzo, bardzo dużo. 
- Za poczucie więzi rodzinnych. 
- Za gorącą namiętność, jaka darzę książki (choć tą szczególną wdzięcznością musi się podzielić z Dziadkiem Stefanem). 
- Za… fascynację Siuksami i klimatami indiańskimi w ogóle. 
- Za pasję kulinarną, którą zaszczepiła mi na zasadzie „zakazanego owocu”. 
- Za informację (nie popartą jakimkolwiek przykładem osobistym), że kobieta powinna „leżeć i pachnieć”. 
- Za feminizm wdrukowany i zakodowany na poziomie organicznym.
- I ostatnie, choć wcale nie najmniej ważne: za żołądek koziej natury (mogący strawić niemal wszystko) oraz pancerną odporność, a także całkiem satysfakcjonujący poziom inteligencji (Ekhm... Ta skromność, wiecie...), które przypisuję karmieniu mnie piersią przez pierwszy rok życia. 

Dzięki Madre :*

Pin It Now!

wtorek, 17 czerwca 2014

Obdarowywanie

Długo nosiłam  się z tą notką. W naszej kulturze jest mnóstwo okazji, które wiążą się z wzajemnym obdarowywaniem. Zwłaszcza, jeśli mowa o dzieciach. Urodziny, święta, uroczystości - a każde dobrym powodem do obsypania podarkami.

(Na marginesie: nie sądzicie, że "obdarowywanie" brzmi dużo ładniej, godniej i ma głębsze znaczenie niż "dawanie prezentów"? No i źródłosłów rodzimy :D)

Dar z założenia ma obdarowywanemu sprawiać radość.
Z tym, przynajmniej w przypadku dzieci, a w każdym razie mojej Córki, nie ma raczej problemu.

Sam fakt otrzymywania,  niespodzianki, nowości, interakcji - to wszystko szalenie Ją cieszy. W ostatnie święta Bożego Narodzenia oczyma jak spodki śledziła każdą, wyfruwającą spod choinki paczkę i możliwość odbierania i rozpakowywania kolejnych sprawiała Jej większą frajdę, niż zawartość.

Co innego rodzice :D Jesteśmy stanowczo bardziej wybredni w odniesieniu do prezentów dawanych naszemu Dziecku. Tak jak dbamy, żeby to co sami dajemy Orze było zdrowe, rozwijające, estetyczne i bezpieczne, tak chcielibyśmy żeby czynili to inni. Problem pojawia się w momencie, kiedy te określenia dla każdego znaczą co innego.

Uważam jednak, że jako rodzice mamy prawo oczekiwać od rodziny i przyjaciół szacunku, dla naszych rodzicielskich decyzji.

Ale wracając do meritum.
Oto krótki poradnik jak wybrać dar idealny.

Zakładam, że prezent ma nieść ze sobą radość. Dobrze jeśli w pakiecie jest też pożytek.

Pomijam kategorię "grzebień dla łysego" (choć uwierzcie mi, że zdarzają się i takie prezenty nad którymi człowiek serio się zastanawia, czy darczyńca: a) upadł na głowę, b) bardzo obdarowywanego nie lubi, czy c) sugeruje zakup peruki).

Najczęściej chyba spotykanym typem prezentów są opcje "masowego rażenia" z mamonią kopertą w pierwszej kolejności. Skłamałabym mówiąc, że nigdy po taki nie sięgnęłam.

Co w nich fajnego?
Jeśli kompletnie nie znamy obdarowywanego, lub (znam takie przypadki - zdrówka Brat!) mimo znajomości od poczęcia - KOMPLETNIE nie mamy pojęcia co chciałby dostać - to jest to wytrych, pozwalający uniknąć wypadku, gdy prezent staje się "przechodnim", albo zalega kurząc się na półce, ew. zostaje sprytnie ukryty w... koszu.
Środki finansowe zawsze można przeznaczyć na coś miłego. I pewnie zawsze przyda się w domu kolejna para ciepłych skarpet.
Choć, z drugiej strony takie podejście doprowadziło u nas do sytuacji, gdzie będąc parą niskoprocentową, z mocniejszych trunków uznającą miód i wino - dysponowaliśmy półką pełną wódek różnych gatunków.

Minusem takiego wyboru jest brak tego szczególnego wzruszenia, że obdarowujący poświęcił myśl, czas i trud, żeby wybrać coś, co sprawi nam przyjemność, radosnej niespodzianki.

Drugą grupą, popularną wśród tych, co obdarowują dzieci są słodycze. Niektórzy uważają, że z nimi nie sposób nie trafić.

No cóż, pozwolimy sobie być innego zdania.
Po pierwsze i najważniejsze - po co i dlaczego dawać komuś coś, co szkodzi jego zdrowiu? Naprawdę takie fajne są dziurawe zęby, bolący brzuszek, niska odporność i problemy z koncentracją?
Każdemu, kto zacznie bredzić, że od słodyczy jeszcze nikt nie umarł polecam statystyki dotyczące cukrzycy, otyłości, wieńcówki itp.
Tym, co zaczną  śpiewkę o "smaku dzieciństwa" i konieczności poznania słodkiego - polecam jabłko, albo domowe ciasto.
Serio, ludzie!
Chcecie sprawić dziecku radość z szamania - proszę bardzo:
  • ususzcie w suszarce do grzybów, albo kupcie gotowe (byle nie siarkowane i bez cukru): ananasa, kiwi, mango, jabłka, gruszki, śliwki, banany - landrynki się chowają!
  • skomponujcie ładny i kolorowy kosz owoców
  • sprezentujcie mieszankę owoców i bakalii
  • upieczcie sami (lub kupcie) ciastka bez cukru, słodzone daktylami lub bananem
  • w ostateczności kupcie DOBRĄ, gorzką czekoladę
 Zaręczam, że dzieci (a moje na pewno) będą zadowolone.
Da się? Się da!
Dodam jeszcze tylko, że nie każdy lubi to samo. My na przykład nie lubimy galaretek, a ja połączenie czekolady z miętą uważam za herezję.

Kolejną kategorią będą książki.
Nie jestem aż taką literacką ekstremistką, żeby twierdzić że to prezent idealny dla każdego.
Są (choć trudno mi w to uwierzyć) ludzie, którzy nie czytają i... nie będą. Uszczęśliwianie ich na siłę nie ma sensu, a może jeszcze obrazić.

Nie mniej są jednostki trwale spaczone, co których zalicza się obok mnie i Przemka również Aurora - które szeleszczące, pachnące świeżą farbą drukarską, albo i antykwarycznym kurzem podarki cenią sobie wyżej od drogich kamieni :D
Oczywiście książka książce nierówna. Gdyby ktoś podarował mi Poradnik "Megaopiekunki" to zapewne szlak by mnie trafił. Nie mniej na rynku jest taki wybór cudowności, że NAPRAWDĘ  dla każdego miłośnika słowa drukowanego (albo elektronicznego, czemu nie) można coś znaleźć.

Dla naszej Córki książki są prezentem preferowanym i ukochanym. To właśnie nimi "bawi się" najdłużej, w przeciwieństwie do zalegających w kącie pluszaków.

Zwierzęta
Tej kategorii w ogóle nie rozważamy. Zwierzę TO NIE JEST PREZENT. I, uważam, być nie powinien. Tyle w temacie.

Ubrania
Moim skromnym zdaniem trudno o prezent wyższego ryzyka. Nawet znając dobrze styl i rozmiarówkę obdarowywanego łatwo o wpadkę. W przypadku dzieci dochodzi też możliwość, że - hmmmm... Nie wzbudzimy oczekiwanego entuzjazmu ;) Choć moje lubiące przebieranki Dziewczę i nowej kiecuszce nie powie nie ;) (prędzej ja, jak będzie różowa i/albo sztuczna :D :D :D)

Podobnie kłopotliwa kwestia, przynajmniej dla mnie, to zabawki. Mnóstwo tego wszędzie i w tym właśnie tkwi problem. Są zabawki wartościowe, zabawki nieszkodliwe i morderczy szajs. A różnice niekiedy łatwo przekroczyć, zwłaszcza że każdy ma własne poglądy co do tego, gdzie ona przebiega. Druga sprawa, że nasze dzieci zasypywane po czubek głowy wszystkim co "gra i buczy" coraz bardziej tracą na wyobraźni, inwencji, odpowiedzialności za to, co "moje".

M.in. z tego powodu uważamy listy prezentowe za naprawdę dobry pomysł. Wychodzę z założenia, że najlepiej znamy siebie (i swoje dziecko) i najlepiej wiemy, czego nam do szczęścia potrzeba. Więc czemu by nie przygotować małej ściągawki. Lepsze chyba to, niż coś co wyląduje później na jakiejś odmianie tablicy.pl ;)
Inna sprawa, że mam wrażenie iż część rodziny czuje się chyba istnieniem naszej listy urażona. Pojęcia nie mam czemu.

Od wujka Słodowego, czyli prezenty DIY
Ha!
Są niewątpliwie nośnikami większego ładunku emocjonalnego. Wiecie, ktoś się starał, ścibolił, kleił czy pichcił, gwoździe wbijał, a wszystko dla mojej radości.
Z drugiej strony nie każdego ucieszy kolejna haftowana pocztówka, albo dziergany otulacz na termofor, nijak nie pasujący do wystroju mieszkania.

Niemniej osobiście jestem ogromną fanką własnoręcznie szykowanych prezentów, jak również ich dostarczycielką. Nawet, jeśli nie znamy upodobań estetycznych darobiorcy, zawsze można coś pysznego upichcić :D

Dodatkowo, ku mojej niezmiernej radości Dziecię moje podziela moją w tej kwestii opinię. Jednymi z Jej najukochańszych podarków są zrobione przeze mnie prosię oraz teatrzyk kukiełkowo-łyżkowy. Lubi także szyte przeze mnie torebki.

A prezenty kulinarne na  Boże Narodzenie szykowałyśmy wspólnie, zaś na Wielkanoc moja (słuchająca ściem o Mikołaju, więc nie czująca sprawstwa w dostarczaniu radości ;D ) Córka sama wpadła na pomysł obdarowania swojej koleżanki. A na Dzień Matki przygotowywałyśmy razem kwiatki doniczkowo-kubeczkowe dla znajomych mam. I mam wrażenie, że obdarowywanie cieszy Orę tak samo, jak bycie obdarowywaną.

Jest jeszcze jeden, mało popularny rodzaj prezentów. To kategoria "Talon na balon".
To mogą być bilety do kina, karnet na ciekawe zajęcia, albo... zaproszenie na wspólny piknik. Albo do zmontowanego  na prędce teatrzyku kukiełkowego. Na warsztaty kulinarne z Ciocią-Mistrzynią-Patelni. Bileciki na "przejażdżkę na barana", "bujanie na kolanie", "huśtanie w kocu", "turlanie po trawie".

Bo prezenty, które naprawdę kocha moja Córka, i które pamięta najdłużej to te, które łączą się z poświęconym Jej czasem i uwagą, wspólną zabawą, spotkaniem. To one są nie do przecenienia.

Ora jest istotą  niezmiernie uczuciową (dzieci w ogóle to stworzenia emocjonalne) i dar bycia z kimś, wspólnie przeżywanej radości jest tym, co dla Niej najcenniejsze.

Na koniec jeszcze napiszę, że ta notka jest natchniona. Natchnęły mnie do niej: słoik lipowego miodu i zbiór ukraińskich legend, cudna, ażurowa chusteczka wełniano-jedwabna, w przepięknych fioletach, ognisko nad Świdwiem,  kolaż ze zdjęć, drewniany wózek dla lal, memorka z ludowymi motywami, zbiór dzikiego szczypioru, wylewanie wody z basenu na działce, byczenie pod namiotem z chusty animacyjnej, talon na żółwie, bukiecik konwalii, Bromba i inni, słoiczek buraczków z curry, kwiatki, chmury i krzaczory, półka pełna cudownych książek i książeczek oraz czas i zaangażowanie, jakie w zabawę z Orką poświęcają Jej Chrzestni.



Pin It Now!

środa, 30 maja 2012

Odezwa do Ciotek, Wujków i Babek czyli notatka absolutnie bezczelna i niegrzeczna

Wyobraźcie sobie, że otrzymujecie prezent. Nietani. Niebrzydki. Niebanalny. I zupełnie NieDlaWas. Bywa? Bywa!

Co wtedy uczynić? Ano najczęściej dziękuje się grzecznie, w zachwyt udawany twarz przyobleka, a potem magazynuje się "cudo" gdziebądź, bo sprzedać nie wypada, albo "przekazuje dalej" jeśli ma się mniej skrupułów.

Nieco inaczej ma się sprawa, jeśli to nasze dziecko jest prezentobiorcą. Pół biedy, jeśli pociecha ma lat tyle, że nie zauważy, że przyniesiona wczoraj przez ciotkę UpiorniePiszczącaIWściekleBłyskającaPoOczach machina dziś już w przyrodzie nie występuje. Gorzej, jak rozum już swój ma. Nie wydrzecie przecie (dym-dyRYM-dym) dziecku cukierka.

No i tu, jako rodzice mający pewne założenia dotyczące opieki i wychowania* Progenitury, mamy klops.

Bo nie każdy, działający w dobrej wierze, darczyńca musi mieć rozeznanie w naszych (tu jeden z moich ulubionych ostatnio cytatów) "teoriach srutu-tutu". A są i tacy podstępnicy, co teorie owe bojkotują i w %^^$#@ mają.

I teraz pytanie: czy jako rodzice mamy prawo oczekiwać od otoczenia WSPARCIA w naszych działaniach rodzicielskich? I oczekiwać od owego otoczenia SZACUNKU dla naszych decyzji?

Przypuszczam, że owszem.

Dlatego, Kochani, Cudowni i Wspaniali, Wujowie, Ciotki, Babki i Kuzynki, Rodzeni i Przyszywani, Krewni i Znajomi, Wszyscy Wy, którzy będziecie odwiedzać Aurorę w Dni Dziecka, chrzciny, urodziny, Boże Narodzenia, WielkieNoce, Zające, Mikołaje, rocznice rewolucji październikowej i w innych okolicznościach - jeśli chcecie obdarować ją czymś więcej, niż swoją najcenniejszą obecnością - pokornie prosimy!

Niech to nie będą słodycze, ani nic z solą.
Niech to nie zawiera E, polepszaczy, aromatów, barwników i innych "cudowności".
Jeśli zabawka, to może coś stąd? (hasło: pumpernikiel)

Albo przyjdźcie po prostu z uśmiechem, dobrze?


* Jestem wprawdzie w trakcie czytania "Dziecka z bliska" i teoria, że wychowanie mija się z celem, i w zasadzie jest psu na budę, w pełni trafia mi do przekonania, ale jakbym napisała o "organizacji środowiska dziecka" (tak sobie wymyśliłam) to nikt by raczej nie zrozumiał.
Pin It Now!

poniedziałek, 28 maja 2012

A my tańczymy we trójkę

Dzięki Dziewczęta. Na Platanach powtórka :)
Pin It Now!

sobota, 26 maja 2012

Mamy moc

 Wszystkim Mamom czytającym, a zwłaszcza mojej własnej wszystkiego cudownego :)
No, nie mogło się obejść bez kwiatów, prawda? ;)

Pin It Now!

wtorek, 15 maja 2012

Pijąca imprezowiczka

Imprezowało się w łikend. Było się na urodzinach ciotecznego Ory Brata i imieninach ciotecznej Siostry w jednym. Radośnie, radośnie :)
Jest to fakt godny upamiętnienia również dlatego, że z tej podwójnej okazji Misiatka została odziana (przepięknie) w irlandzką kiecunię od Ciotki Małgośki, do której w końcu dorosła. Zdjęcia opublikujemy jak Ciocia Marlena się podzieli (bo sami, łosie, nie zrobiliśmy).

Tego samego dnia postanowiliśmy  ramach eksperymentu zapoznać Córkę naszą z trzystusześdziesieciostopniowym kubasem. Wygląda ustrojstwo następująco:
(jak mu przekręcić do góry trzymadełka, to wygląda jak wiking w wersji wagnerowskiej ;) )

Dostali byliśmy takowy na brzuszkowe (na własne zamówienie).
Dziewczę zmierzyło machinę bystrym spojrzeniem. Najpierw usiłowało brzeg złapać dziobem otwartym, jak do piersi, ale załapawszy, że tak, to "seneda" - przyssało się do brzegu i dotąd ciągnie jak smok (wodę oczywiście i tylko wodę, niskozmineralizowaną, niegazowaną, bez nadmiaru sodu, a co :D).

Dodatkowo spuchliśmy z dumy (no w każdym razie ja spuchłam), bo tego samego dnia była u nas mężowa Kuzynka (ciotka wujeczna :D), która ma rocznego synka i synek ów z kubkami z dzióbkami nie radzi sobie jeszcze, i w szoku była, jak Dydłonia naszego w akcji ujrzała. Niskie to, niskie, ja wiem, ale co na to mogę, hę?

A dziś skłuć daliśmy Tobołka maleńkiego drugą serią szczepionek. Zastrajkowałam i uświadomiłam Męża, że bez niego, to ja nie idę, mowy nie ma, a decyzja ma (jak większość) okazała się jedynie słuszna. Bambetlątko w rękach Tatki, kłute bezlitośnie w udka, trochę wprawdzie pochlipało, ale krótko i nieintensywnie. Dzielne było ogromnie, a ja nie zeszłam na zawał. Pani Pielęgniarka pod silnym była wrażeniem (Ojca i dziecięcia. Spoko, noszę w plecaku składaną maczugę na wszelki wypadek - drżyjcie wrażliwe pielęgniarki innej profesji amatorki tego co wrrrrMOJE).

Pani Doktor (zacna niewiasta) zapytała, czy wciąż chustujemy (no ba!), gładko przełknęła informację o stosowanym przez nas BLW, zważyła (6,800 kg żywej Orki :D), zmierzyła, wyraziła zachwyt należyty i tyla. Za 6 tygodni kolejne spotkanie.

A dziś o północy wybieramy się pod budynek Starej Chemii, gdzie Inko Gni To swoim występem uświetnia rozpoczęcie szczecińskich Juwenaliów. Ja będę niańczyć, a Przemko ogniem zionie i iskrami sypnie, bo ognisty On ci jest, że strach. Ach!

Tak, jak widać po używanym przeze mnie słownictwie wiosna i laktacja pospołu dobrały mi się do mózgu. Nie poradzę nic.

Pin It Now!

poniedziałek, 7 maja 2012

(Nie)Leży i pachnie oraz kuchnia i plan działań najbliższych

Aurora ma swoje pierwsze pachnidło :D

Nie, nie zwariowałam jeszcze, żeby niemowlęciu kupować perfumy. Uważam, że dzieci najpiękniej pachną same z siebie, a gadżety w stylu lakierów do paznokci i cieni dla małych dziewczynek wywołują u mnie chęć natychmiastowej ucieczki.

Poprostu szukałam bezpiecznego środka antykomarowego. A że nie mogłam znaleźć informacji na ten temat - zdecydowałam się na olejki eteryczne. A konkretnie herbaciany i goździkowy. I dziecko pachnie teraz jak grzaniec z zieloną herbatą ;) Mrrrrrrrrrrr...

Z maleńkiego Tobołka, który tylko leżał i od czasu do czasu zamajtał kończynami, wyrosło całkiem pokaźne Bambetlątko (7 kilo z hakiem), które nie tylko potrafi stylem turlaczym pokonać całą połać materaca lub pół pokoju, nie tylko kręci się na brzuchu jak chce, ale zaczyna pełzać do tyłu, a nawet (!!!) zaszokowała ostatnio Macierz swoją przyjmując pozycję "na czworaka". Nieustanny progres! O tiritondze, którą je Gżdacz możecie przeczytać w Wiedźmieniu. Dodajemy coraz to nowe conieca do menu. A one są pożerane.

Napotkaliśmy już pierwsze protesty otoczenia wobec naszej koncepcji żywienia Dziecia. Jedna babcia chciała Orkę karmić słodkim herbatnikiem, dziadek - wafelkiem w czekoladzie, a od drugiej babci dowiedzieliśmy się, że nie podając dziecku cukru (do roku conajmniej) robimy mu krzywdę. Taaaaaa... Prababcię zaszokowaliśmy informacją, że Dzidzioł nie będzie pił soków, tylko wodę. Jednak póki co, to właśnie ona (Prababcia) wydaje się najbardziej reformowalna.

Już w sobotę robimy flashmoba chustowo-tanecznego. 13.00, główny hol "Galaxy" - zapraszamy!

Trening ;)

Hird i Kangury wybierają się na Platany. W perspektywie jest Wolin i "Dziady", i nowy spektakl Inko Gni To. Inko wystąpi na Szczecińskich Juwenaliach. Kupa roboty, a w domu zaczynamy kolejną odsłonę remontu. Tym razem kuchniowo-łazienkową. Horror! A, żeby jeszcze coś się działo - obsiewamy działkę. Chrzciny za pasem :D.
Uwielbiam!

Aha! Zaliczyliśmy już pierwszy epizod ksztuszenia z odruchem. Daliśmy radę :D
Pin It Now!

środa, 2 maja 2012

Bierz Lub Wyrzuć! i odurzenie

Tatki nie było, a Dziecko tęskniło.
Na basenie z Mamcią rozglądało się za Nim i popłakiwało. W nocy chlipało przez sen, póki Mama poduszki Tatą pachnącej nie zapodała. Wtedy nos wtuliło i już spało spokojnie.
Rzec by się chciało: "Tatko nie wraca ranki, wieczory,
we łzach go czekam i trwodze..." (Kto wie skąd to i czyje? Jam po dziadku skażona dziedzicznie, nie mogę nie wiedzieć.)

Ale w końcu wrócił był. No i był bal!

Gdyż albowiem Dzidzioł wkroczył w poważny wiek sześciu miesięcy. Pół roku - uwierzycie? Wyjątkowo długie i intensywne pół roku Matki Skromnym Zdaniem. I cudowne absolutnie, nie da się ukryć :D.

Z tej okazji Orka GłodomOrka została po raz pierwszy zaproszona do stołu nie w charakterze biernego obserwatora, a jaknajbardziej aktywnego pożeracza. Dokonało się to na kolanach Tatki, pod czujnym okiem Mamci i w asyście CiotKaszydła.


W karcie znajdowały się: kaszka jaglana z wody oraz jabłunio, marchewka, cukinka i buraczek na parze.
Wykwintne owo danie zostało potraktowane należycie, a mianowicie - obejrzane, pomacane, pomemłane, pociamkane i częściowo wyplute i rozsmarowane, a częściowo (widzieliśmy dowody niezbite nazajutrz) - połknięte.

Drugi obiadek to zdekonstruowany barszczyk (paluchowate kawałki indyka, buraka, ziemniaka, pietruszki i fasolka szparagowa wyłowione z zupy, oraz łyżeczka płynu zapodana przez Mamę).

Dziś na śniadanko było jabło, grucha i chlebek z masełkiem. A na obiad brokuł i fasolka.

Szalejemy!

Było mniej bałaganiarsko, niż sądziłam. Wprawdzie brokuł był nawet na czole, kawałki pietruszki znalazły się na maminej twarzy, a cukinia okazała się świetnym pociskiem balistycznym stół-podłoga, ale po za tym - pełna kultura :D

Co do akcesoriów. Śliniaki z rękawami i jeden z rynienką (znanej marki, za grosze nówka z drugoręczniaka) nabyliśmy już dawno, ale tuż przed pierwszym obżarstwem przypomnieliśmy sobie, że nie kupiliśmy tacki. Następnego dnia odbyliśmy więc pielgrzymkę do jaskini występku (sklep wielkopowierzchniowy) celem posiąścia ówtej. Jednaowoż okazało się, że dostępne wzornictwo nie do końca odpowiada naszym gustom. Już mieliśmy podążyć do kasy z wyrobem nie całkiem nas satysfakcjonującym, kiedy w oko wpadł nam twór wspaniały, z naturalnego tworzywa (drewno), z obrzeżem z trzech stron, utrudniającym rozrzucanie, jedną stroną otwartą umożliwiającą łatwy dostęp do zawartości i zagiętym rantem utrudniającym (że uniemożliwiającym, to się nie łudzimy) wywalenie wszystkiego do góry nogami.

Jak się na pewno domyślacie była to... stolnica! Polecam naprawdę. Jest stworzona do BLW.

W ogóle BLW to mój kolejny ulubiony nurt rodzicielski. Łatwe, przyjemne, bezstresowe dla obu stron i dostarczające kupę radości. Tzn. z tym bezstresowym, to podobno akcje z krztuszeniem niektórych wykańczają. Aurora parę razy krztusiła się własną śliną, ale jej to nie zaszkodziło, więc mam nadzieję, że przetrwamy. Na razie, jako się rzekło, żuła ładnie i łykała nawet, co podobno na początku nie zawsze się zdarza.

A dziś na działce Dzieć spojrzał z daleka na Tatkę i rzucił od niechcenia "Etatata" i wrócił do swoich zajęć.
A Tatko tego nie słyszał, bo kosił trawę.

A teraz jest burza i zapach powietrza wpadającego przez otwarte okno odurza totalnie. I przepięknie na blaszanym dachu, na którym w dzień wygrzewał się kot, bębni ulewa i grzmot. I dwa sny się snują tuż obok mojego odurzenia, mniejszy jeden, a większy drugi. A w dzień czekoladą pachniała dzielnica i przypomniało mi się jak świetnie, jak kapitalnie w Tym Mieście mieszkać. I wdzięczność za rzeczy wiele mnie przepełnia, a żal, który był (a był) wypalił się białym ogniem do cna, że nawet popiołów. I słucham deszczu i snów dwóch, co się śnią pięknie tak. I splatają tak z deszczem, i w powietrzu snują, że prawie, że niemal dotknąć możesz, prawie zobaczyć, kruche jak wiosenna zieleń bukowych listków i lipowych serc.

A dobranoc i Wam :)
Pin It Now!

środa, 18 kwietnia 2012

Wielkie umysły myślą podobnie, czyli brawo siostra ;)

Jakiś czas temu rozmawialiśmy z Przemkiem, że o takich sprawach, jak karmienie piersią, dbanie o zdrowie w ciąży i PRZED, czy np. rodzicielstwie bliskości powinno się mówić w szkołach, w ramach przygotowania do życia w rodzinie (to dziecko niby w czym żyje wcześniej?), czy innej tam godziny wychowawczej (w ogóle mamy rozbudowane poglądy w co jeszcze wzbogacić, a z czego okroić program szkolny, poczynając od nauki uczenia się).

A dziś Kaszydło pyta mnie, czy pożyczę jej chustę do szkoły, bo chce na godzinie wychowawczej pokazać jak się chustuje i o tym opowiedzieć. Ha!

Pewnie, że pożyczę. Kaszydło chustować umie, bo była z nami na warsztatach Lenny Lamba i indywidualnych korepetycjach Kefirowych.
CiotKaszydło

Brawo Siostra!
Pin It Now!