Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Czwarta część czystego mleka :)

Zapraszam do lektury kolejnego numeru Kwartalnika Laktacyjnego!

W środku mnóstwo ciekawych tematów.
A z mojej strony:
- Odporność? Naturalnie! - na życzenie niektórych z Was przegląd naturalnych sposobów wspierania odporności.
- A właśnie, że się da. Rodzicielstwo bez kółek - czyli o chustach raz jeszcze.
- Wywiad ze mną :D
- Zabawki wszech czasów - patyk
- I mój własny, doskonalony przez lata przepis na wigilijny barszcz :D

Bierzcie, czytajcie :D
http://bit.ly/4numerkwartalnikaLakt


Pin It Now!

czwartek, 11 września 2014

Śniadaniowe życzenie

- (Ora): Mamo, daj mi do płatków  siemianie.
- (Ja): Co mam Ci dać słonko?
- Siemijanie!
- Nie rozumiem. Pokażesz mi o co chodzi?
...
...
...
...
...
...
Siemię.
Lniane.
:D
Pin It Now!

wtorek, 17 czerwca 2014

Obdarowywanie

Długo nosiłam  się z tą notką. W naszej kulturze jest mnóstwo okazji, które wiążą się z wzajemnym obdarowywaniem. Zwłaszcza, jeśli mowa o dzieciach. Urodziny, święta, uroczystości - a każde dobrym powodem do obsypania podarkami.

(Na marginesie: nie sądzicie, że "obdarowywanie" brzmi dużo ładniej, godniej i ma głębsze znaczenie niż "dawanie prezentów"? No i źródłosłów rodzimy :D)

Dar z założenia ma obdarowywanemu sprawiać radość.
Z tym, przynajmniej w przypadku dzieci, a w każdym razie mojej Córki, nie ma raczej problemu.

Sam fakt otrzymywania,  niespodzianki, nowości, interakcji - to wszystko szalenie Ją cieszy. W ostatnie święta Bożego Narodzenia oczyma jak spodki śledziła każdą, wyfruwającą spod choinki paczkę i możliwość odbierania i rozpakowywania kolejnych sprawiała Jej większą frajdę, niż zawartość.

Co innego rodzice :D Jesteśmy stanowczo bardziej wybredni w odniesieniu do prezentów dawanych naszemu Dziecku. Tak jak dbamy, żeby to co sami dajemy Orze było zdrowe, rozwijające, estetyczne i bezpieczne, tak chcielibyśmy żeby czynili to inni. Problem pojawia się w momencie, kiedy te określenia dla każdego znaczą co innego.

Uważam jednak, że jako rodzice mamy prawo oczekiwać od rodziny i przyjaciół szacunku, dla naszych rodzicielskich decyzji.

Ale wracając do meritum.
Oto krótki poradnik jak wybrać dar idealny.

Zakładam, że prezent ma nieść ze sobą radość. Dobrze jeśli w pakiecie jest też pożytek.

Pomijam kategorię "grzebień dla łysego" (choć uwierzcie mi, że zdarzają się i takie prezenty nad którymi człowiek serio się zastanawia, czy darczyńca: a) upadł na głowę, b) bardzo obdarowywanego nie lubi, czy c) sugeruje zakup peruki).

Najczęściej chyba spotykanym typem prezentów są opcje "masowego rażenia" z mamonią kopertą w pierwszej kolejności. Skłamałabym mówiąc, że nigdy po taki nie sięgnęłam.

Co w nich fajnego?
Jeśli kompletnie nie znamy obdarowywanego, lub (znam takie przypadki - zdrówka Brat!) mimo znajomości od poczęcia - KOMPLETNIE nie mamy pojęcia co chciałby dostać - to jest to wytrych, pozwalający uniknąć wypadku, gdy prezent staje się "przechodnim", albo zalega kurząc się na półce, ew. zostaje sprytnie ukryty w... koszu.
Środki finansowe zawsze można przeznaczyć na coś miłego. I pewnie zawsze przyda się w domu kolejna para ciepłych skarpet.
Choć, z drugiej strony takie podejście doprowadziło u nas do sytuacji, gdzie będąc parą niskoprocentową, z mocniejszych trunków uznającą miód i wino - dysponowaliśmy półką pełną wódek różnych gatunków.

Minusem takiego wyboru jest brak tego szczególnego wzruszenia, że obdarowujący poświęcił myśl, czas i trud, żeby wybrać coś, co sprawi nam przyjemność, radosnej niespodzianki.

Drugą grupą, popularną wśród tych, co obdarowują dzieci są słodycze. Niektórzy uważają, że z nimi nie sposób nie trafić.

No cóż, pozwolimy sobie być innego zdania.
Po pierwsze i najważniejsze - po co i dlaczego dawać komuś coś, co szkodzi jego zdrowiu? Naprawdę takie fajne są dziurawe zęby, bolący brzuszek, niska odporność i problemy z koncentracją?
Każdemu, kto zacznie bredzić, że od słodyczy jeszcze nikt nie umarł polecam statystyki dotyczące cukrzycy, otyłości, wieńcówki itp.
Tym, co zaczną  śpiewkę o "smaku dzieciństwa" i konieczności poznania słodkiego - polecam jabłko, albo domowe ciasto.
Serio, ludzie!
Chcecie sprawić dziecku radość z szamania - proszę bardzo:
  • ususzcie w suszarce do grzybów, albo kupcie gotowe (byle nie siarkowane i bez cukru): ananasa, kiwi, mango, jabłka, gruszki, śliwki, banany - landrynki się chowają!
  • skomponujcie ładny i kolorowy kosz owoców
  • sprezentujcie mieszankę owoców i bakalii
  • upieczcie sami (lub kupcie) ciastka bez cukru, słodzone daktylami lub bananem
  • w ostateczności kupcie DOBRĄ, gorzką czekoladę
 Zaręczam, że dzieci (a moje na pewno) będą zadowolone.
Da się? Się da!
Dodam jeszcze tylko, że nie każdy lubi to samo. My na przykład nie lubimy galaretek, a ja połączenie czekolady z miętą uważam za herezję.

Kolejną kategorią będą książki.
Nie jestem aż taką literacką ekstremistką, żeby twierdzić że to prezent idealny dla każdego.
Są (choć trudno mi w to uwierzyć) ludzie, którzy nie czytają i... nie będą. Uszczęśliwianie ich na siłę nie ma sensu, a może jeszcze obrazić.

Nie mniej są jednostki trwale spaczone, co których zalicza się obok mnie i Przemka również Aurora - które szeleszczące, pachnące świeżą farbą drukarską, albo i antykwarycznym kurzem podarki cenią sobie wyżej od drogich kamieni :D
Oczywiście książka książce nierówna. Gdyby ktoś podarował mi Poradnik "Megaopiekunki" to zapewne szlak by mnie trafił. Nie mniej na rynku jest taki wybór cudowności, że NAPRAWDĘ  dla każdego miłośnika słowa drukowanego (albo elektronicznego, czemu nie) można coś znaleźć.

Dla naszej Córki książki są prezentem preferowanym i ukochanym. To właśnie nimi "bawi się" najdłużej, w przeciwieństwie do zalegających w kącie pluszaków.

Zwierzęta
Tej kategorii w ogóle nie rozważamy. Zwierzę TO NIE JEST PREZENT. I, uważam, być nie powinien. Tyle w temacie.

Ubrania
Moim skromnym zdaniem trudno o prezent wyższego ryzyka. Nawet znając dobrze styl i rozmiarówkę obdarowywanego łatwo o wpadkę. W przypadku dzieci dochodzi też możliwość, że - hmmmm... Nie wzbudzimy oczekiwanego entuzjazmu ;) Choć moje lubiące przebieranki Dziewczę i nowej kiecuszce nie powie nie ;) (prędzej ja, jak będzie różowa i/albo sztuczna :D :D :D)

Podobnie kłopotliwa kwestia, przynajmniej dla mnie, to zabawki. Mnóstwo tego wszędzie i w tym właśnie tkwi problem. Są zabawki wartościowe, zabawki nieszkodliwe i morderczy szajs. A różnice niekiedy łatwo przekroczyć, zwłaszcza że każdy ma własne poglądy co do tego, gdzie ona przebiega. Druga sprawa, że nasze dzieci zasypywane po czubek głowy wszystkim co "gra i buczy" coraz bardziej tracą na wyobraźni, inwencji, odpowiedzialności za to, co "moje".

M.in. z tego powodu uważamy listy prezentowe za naprawdę dobry pomysł. Wychodzę z założenia, że najlepiej znamy siebie (i swoje dziecko) i najlepiej wiemy, czego nam do szczęścia potrzeba. Więc czemu by nie przygotować małej ściągawki. Lepsze chyba to, niż coś co wyląduje później na jakiejś odmianie tablicy.pl ;)
Inna sprawa, że mam wrażenie iż część rodziny czuje się chyba istnieniem naszej listy urażona. Pojęcia nie mam czemu.

Od wujka Słodowego, czyli prezenty DIY
Ha!
Są niewątpliwie nośnikami większego ładunku emocjonalnego. Wiecie, ktoś się starał, ścibolił, kleił czy pichcił, gwoździe wbijał, a wszystko dla mojej radości.
Z drugiej strony nie każdego ucieszy kolejna haftowana pocztówka, albo dziergany otulacz na termofor, nijak nie pasujący do wystroju mieszkania.

Niemniej osobiście jestem ogromną fanką własnoręcznie szykowanych prezentów, jak również ich dostarczycielką. Nawet, jeśli nie znamy upodobań estetycznych darobiorcy, zawsze można coś pysznego upichcić :D

Dodatkowo, ku mojej niezmiernej radości Dziecię moje podziela moją w tej kwestii opinię. Jednymi z Jej najukochańszych podarków są zrobione przeze mnie prosię oraz teatrzyk kukiełkowo-łyżkowy. Lubi także szyte przeze mnie torebki.

A prezenty kulinarne na  Boże Narodzenie szykowałyśmy wspólnie, zaś na Wielkanoc moja (słuchająca ściem o Mikołaju, więc nie czująca sprawstwa w dostarczaniu radości ;D ) Córka sama wpadła na pomysł obdarowania swojej koleżanki. A na Dzień Matki przygotowywałyśmy razem kwiatki doniczkowo-kubeczkowe dla znajomych mam. I mam wrażenie, że obdarowywanie cieszy Orę tak samo, jak bycie obdarowywaną.

Jest jeszcze jeden, mało popularny rodzaj prezentów. To kategoria "Talon na balon".
To mogą być bilety do kina, karnet na ciekawe zajęcia, albo... zaproszenie na wspólny piknik. Albo do zmontowanego  na prędce teatrzyku kukiełkowego. Na warsztaty kulinarne z Ciocią-Mistrzynią-Patelni. Bileciki na "przejażdżkę na barana", "bujanie na kolanie", "huśtanie w kocu", "turlanie po trawie".

Bo prezenty, które naprawdę kocha moja Córka, i które pamięta najdłużej to te, które łączą się z poświęconym Jej czasem i uwagą, wspólną zabawą, spotkaniem. To one są nie do przecenienia.

Ora jest istotą  niezmiernie uczuciową (dzieci w ogóle to stworzenia emocjonalne) i dar bycia z kimś, wspólnie przeżywanej radości jest tym, co dla Niej najcenniejsze.

Na koniec jeszcze napiszę, że ta notka jest natchniona. Natchnęły mnie do niej: słoik lipowego miodu i zbiór ukraińskich legend, cudna, ażurowa chusteczka wełniano-jedwabna, w przepięknych fioletach, ognisko nad Świdwiem,  kolaż ze zdjęć, drewniany wózek dla lal, memorka z ludowymi motywami, zbiór dzikiego szczypioru, wylewanie wody z basenu na działce, byczenie pod namiotem z chusty animacyjnej, talon na żółwie, bukiecik konwalii, Bromba i inni, słoiczek buraczków z curry, kwiatki, chmury i krzaczory, półka pełna cudownych książek i książeczek oraz czas i zaangażowanie, jakie w zabawę z Orką poświęcają Jej Chrzestni.



Pin It Now!

piątek, 5 lipca 2013

Brawooo! Sławaaa!


 Noc Kupały na Zamku w Szczecinie

Takiej Kupalnocki jeszcze nie było! TŁUMY! Świetna atmosfera. Wściekły upał. I Una Igulsdóttir Wzbudzająca powszechny zachwyt (jaknajbardziej słuszny!) i zainteresowanie, oraz rozkręcająca dziką imprezkę taneczną.
Ale po kolei :D

Gimlea to ród (a nie grupa bojowa). Kładziemy więc nacisk nie tylko na odtwarzanie walk i uzbrojenia, ale elementy życia codziennego. Prawo gościnności było sprawą niezmiernie istotną tak dla Słowian, jak i Ludzi Północy. By więc należycie ugościć "stonkę turystyczną" przygotowałam (tradycyjnie już) orzeźwiający napój "Oddech Frei" (ojjj, przydał się), kołacz kupalny, na gryczanym miodzie, z twarogiem i suszonymi morelami, i chleb z kozieradką, wędzoną słoniną, czarnuszką i lubczykiem (przepis wkrótce).

Kołacz zniknął, zanim impreza na dobre się rozpoczęła.  Drugiego dnia upiekłam więc kolejny. Nie doczekał południa :D:D:D Zresztą chleb też długo nie poleżał :D

Tylko "szczurów" nie chciało mi się smażyć. Za to Soma (Kaszydło) przywiozła czereśnie z naszej działki, które jak się okazuje, stają się powoli naszym kupalnym znakiem rozpoznawczym.

Do wczesnego popołudnia upał był morderczy. Chroniliśmy się w cieniu. Jednak potem wojowie musieli ruszyć do bitwy.
Jarl Igul
Poległy
Kobiety w obozie plotły sznurki, bawiły (się z) Dziecko i ugaszczały gości. A jedna rzucała runy.
Osobiście zawsze raczej z pobłażliwością podchodziłam do rozmaitych wróżek. Zajmując się runami widziałam w nich bardziej pewien uniwersalny zestaw znaków, niż narzędzie magii dowolnego koloru. Lubię symbole, szyfry, znaki, lubię zabawę znaczeniami.
Stąd za każdym razem od nowa zadziwia mnie fakt nie tyle samego zainteresowania runami, co bardzo poważne ich traktowanie przez odwiedzających nasz obóz. Za każdym razem muszę tłumaczyć, że to odtworzenie pewnego elementu kultury, i że kawałki drewna NAPRAWDĘ nie wiedzą nic o przyszłości. Mimo to ustawiają się kolejki do wróżenia.
Lubię kontakt z ludźmi, a runy (jak każdy zestaw symboli) bardzo "nakręcają" komunikację. Ale czasami zastanawiam się, czy niektórzy naprawdę nie traktują tego zbyt serio. I czasami odmawiam, jeśli widzę, że dana osoba widzi we mnie "wieszczkę" a nie odtwórcę.
Patrząc w runy tak naprawdę patrzysz do środka własnej głowy. Nie ma w nich nic więcej, niż jest w tobie. To ty sam tłumaczysz sobie symbole i dopasowujesz do swojej rzeczywistości. To twoja podświadomość przez nie mówi. I nic po za tym. Równie dobrze możesz patrzeć w niebo :)
Z drugiej strony...
Na poprzednim Wolinie zjawił się w naszym obozie młody człowiek, któremu wróżyłam rok wcześniej. Podobno powiedziałam mu (sama nie pamiętam), że w jego runach widzę szczęście i zachętę do działania. Oświadczył się i jest szczęśliwym tatą. Znajomy rekonstruktor "rzucił" na moją płachetkę samodyscyplinę i konieczność wzięcia się do pracy. W trzy tygodnie skończył pisać pracę (nie pamiętam mgr? inż?) i obronił z powodzeniem. Znaczy chyba, że nie jest źle :D
Jakiś troll za mną łaził ;)
Ora, wystrojona w lny, paciorki, krajkę z dzwoneczkiem i ozdobione dzwonkami buciki (Wykonane Tatoręcznie. Śliczne!) była cudna. Wszystko Ją interesowało. Nie bała się tłumów, hałasu, w ogóle niczego i nikogo. Zamek był Jej. Zamkowy personel założył Jej regularny fanklub. Pan Konferansjer, który obchodził stoiska i zagadywał odtwórców, naszedł nas był akurat, kiedy Młoda pochłaniała obiadek. Najpierw zamierzał zagadnąć mnie (a jakże) o runy, ale jak zobaczył Unę Igulsdóttir drewnianą łyżką (jak stwierdził "większą od Niej") wpylającą, z apetytem i satysfakcją, jaglankę z wędzonką, czosnkiem, koprem i grzybami (no dobra, aromatem grzybów, bo same grzyby Jej wybrałam) zaniemówiłbył na moment, po czym  jął wypytywać o zawartość drewnianej miski oraz fakty z życia Małoletniej, a także widocznie zapłonął uczuciem wielkim do Tejże (W końcu jak Kupała, to Kupała. W razie czego Igul ma topór w gotowości ;) ).
Znużona upałem
Wbrew pozorom nasza niewolnica tę konkretną pracę wykonuje na użytek własny oraz z własnej, nieprzymuszonej woli. Ona zawsze tak wygląda ;)
Drugiego dnia pokusiłam się o rekonstrukcję fryzury z figurki walkirii. Tej konkretnie:

I jak?
Teraz szukam kogoś, kto uczesze mnie na Wolin :D
To nie lakterroryzm, ani ostentacja. Tak karmili wikingowie :D
Czy wasze dzieci też próbują podnosić brukowce, żeby dostać się do piasku w celu lepienia babek?
Po południu na scenie grały różne zespoły muzyki dawnej. Orka była wniebowzięta. Na zmianę, po kolei chodziliśmy z Nią pod scenę, żeby mogła podrygiwać, bujać się na naszych rękach, skakać, wspinać się na współtańczącego, śpiewać, pokrzykiwać, tupać i klaskać. Nie chciała stamtąd iść, a zabrana "naręcznie" w momencie postawienia na własnych nóżkach robiła w tył zwrot i gnała w stronę dźwięku.
W końcu Igul posadził Ją na scenie. Posiedziała chwilkę, po czym wstała i poszła w tany.
ALE JAK!!!
To nie był zwykłe podrygiwanie pupą. Tupała, skakała, pląsała, robiła kółeczka, wymachiwała rączkami. Za Nią na scenę wtargnęły inne dzieci (wszystkie starsze na oko sądząc), a Ona tańczyła. Bite dwie godziny. Szalała. Była iskrą, ogniem, była samym wcielonym Życiem. Idun i Nanną. Po każdej piosence klaskała, wołała "Bawoooo! Sawaaa!", potem krzyczała "Jesce, jesce! Musikaaa!" i tańczyła dalej. Nie dawała się zabrać. Parę razy zmęczona położyła się (na scenie, a jakże) na przyniesionej ze sobą króliczej skórce (zaprzyjaźniły się na imprezie) i udawała, że chrapie. Po czym znów tańczyła. Zespół przestał być ważny, bo wszyscy patrzyli na Nią i Ją oklaskiwali. Została niekwestionowana gwiazdą imprezy, duchem Nocy Kupały :)
To udało mi się zarejestrować pod koniec Jej szaleństw.

Jadąc na noc (póóóźno) do domu wciąż pokrzykiwała: "Musikaaa! Jesce!" Po czym padła jak kawka.
A następnego dnia było tak samo.
Pestki dla Mamy. Jeśli dzieci istotnie dzielą się na czyste i szczęśliwe, to tego dnia Una kwalifikowała się zdecydowanie do tej drugiej grupy :D
Cieżki jest los niewolnicy ;) Zwłaszcza z taką miną :D

Igul i Una Igulsdóttir

To NAPRAWDĘ była tylko mięta z jałowcem!
Trzeba uczyć młódki.
Żywia :)


Zdjęcia pochodzą od krewnych i znajomych oraz nieznajomych królika, którym wszystkim z tego miejsca serdecznie dziękuję, oraz z naszej własnej produkcji :D
Pin It Now!

wtorek, 15 maja 2012

Pijąca imprezowiczka

Imprezowało się w łikend. Było się na urodzinach ciotecznego Ory Brata i imieninach ciotecznej Siostry w jednym. Radośnie, radośnie :)
Jest to fakt godny upamiętnienia również dlatego, że z tej podwójnej okazji Misiatka została odziana (przepięknie) w irlandzką kiecunię od Ciotki Małgośki, do której w końcu dorosła. Zdjęcia opublikujemy jak Ciocia Marlena się podzieli (bo sami, łosie, nie zrobiliśmy).

Tego samego dnia postanowiliśmy  ramach eksperymentu zapoznać Córkę naszą z trzystusześdziesieciostopniowym kubasem. Wygląda ustrojstwo następująco:
(jak mu przekręcić do góry trzymadełka, to wygląda jak wiking w wersji wagnerowskiej ;) )

Dostali byliśmy takowy na brzuszkowe (na własne zamówienie).
Dziewczę zmierzyło machinę bystrym spojrzeniem. Najpierw usiłowało brzeg złapać dziobem otwartym, jak do piersi, ale załapawszy, że tak, to "seneda" - przyssało się do brzegu i dotąd ciągnie jak smok (wodę oczywiście i tylko wodę, niskozmineralizowaną, niegazowaną, bez nadmiaru sodu, a co :D).

Dodatkowo spuchliśmy z dumy (no w każdym razie ja spuchłam), bo tego samego dnia była u nas mężowa Kuzynka (ciotka wujeczna :D), która ma rocznego synka i synek ów z kubkami z dzióbkami nie radzi sobie jeszcze, i w szoku była, jak Dydłonia naszego w akcji ujrzała. Niskie to, niskie, ja wiem, ale co na to mogę, hę?

A dziś skłuć daliśmy Tobołka maleńkiego drugą serią szczepionek. Zastrajkowałam i uświadomiłam Męża, że bez niego, to ja nie idę, mowy nie ma, a decyzja ma (jak większość) okazała się jedynie słuszna. Bambetlątko w rękach Tatki, kłute bezlitośnie w udka, trochę wprawdzie pochlipało, ale krótko i nieintensywnie. Dzielne było ogromnie, a ja nie zeszłam na zawał. Pani Pielęgniarka pod silnym była wrażeniem (Ojca i dziecięcia. Spoko, noszę w plecaku składaną maczugę na wszelki wypadek - drżyjcie wrażliwe pielęgniarki innej profesji amatorki tego co wrrrrMOJE).

Pani Doktor (zacna niewiasta) zapytała, czy wciąż chustujemy (no ba!), gładko przełknęła informację o stosowanym przez nas BLW, zważyła (6,800 kg żywej Orki :D), zmierzyła, wyraziła zachwyt należyty i tyla. Za 6 tygodni kolejne spotkanie.

A dziś o północy wybieramy się pod budynek Starej Chemii, gdzie Inko Gni To swoim występem uświetnia rozpoczęcie szczecińskich Juwenaliów. Ja będę niańczyć, a Przemko ogniem zionie i iskrami sypnie, bo ognisty On ci jest, że strach. Ach!

Tak, jak widać po używanym przeze mnie słownictwie wiosna i laktacja pospołu dobrały mi się do mózgu. Nie poradzę nic.

Pin It Now!

czwartek, 10 maja 2012

Kanapka z Dzieckiem, jedzenie na mieście i jaszczurcze dekonstrukcje

Dziś będzie kulinarnie!
Jak zrobić kanapkę z Dzieckiem?
Bierzemy jednego średnio śpiącego Męża, jedno głodne Dziecko i jedną Matkę karmiącą.
Układamy Męża na boczku (jego własnym, czasem podwędzanym, może kiedyś sparzonym). Dziecko też na boczku (tym samym, parę razy muśniętym dymem), pleckami do Tatki. Paszczę rozwartą Dziecięcia faszerujemy matczyną piersią (Matka ułożona także na boczku przeciwległym do boczków Męża i Dziecia).
Voila!
Kanapka taka być może nie nasyci Waszych żołądków (no, z wyjątkiem dziecięcego), ale dusze upasie jak nieboskie stworzenia i radości dostarczy ogromnej.
Bon apetit!

Aurora zaliczyła ostatnio pierwsze (niemleczne) jedzenie na mieście.
Nie jesteśmy ekologiczni. Mamy trochę eko-zwyczajów, ale bez ortodoksji. I choć śmiecioburgery wszelkiej maści mamy w pogardzie, nie nęcą nas parówy w bułce, to tak, PRZYZNAJEMY, że Przemka ciągnie czasem do smażonego drobiu w panierze, i wtrząchniemy niekiedy kebeba.
Ostatnio skusił nas podczas zakupów taki berliński.
Jako, że obecnie jedzenie czegoś przy Córze i niepodzielenie się skutkuje wrzaskiem wściekłości - poprosiłam Uprzejmą Panią Ekspedientkę o ogórka w słupkach. Którego otrzymałam. I tak ja pożerałam sobie baraninkę z zieleninką, oliwkami i fetą w tortilli, Przemko w bułce, a Córka wcinała ogórka, zadowolona jak niewiem. I ku radosze gawiedzi :D Miło i kulturalnie, i nie nabrudziliśmy nawet :D Uwielbiam BLW!

Córka-jaszczurka pełza już do tyłu całkiem sprawnie, a jej ulubioną rozrywką stało się machanie językiem jaszczurczą modą. Ma spiczasty taki i zabawny niezmiernie. Oprócz tego dziką radość sprawia Orce-dekonstruktorce dekonstruowanie wszystkiego. Wywracanie, rwanie na strzępy, rozsypywanie - rewelka :D

Przemkowy urlop w pełni, więc nieco się byczymy, a w sobotę zapraszamy do Galaxy na flashmoba.
Pin It Now!

poniedziałek, 7 maja 2012

(Nie)Leży i pachnie oraz kuchnia i plan działań najbliższych

Aurora ma swoje pierwsze pachnidło :D

Nie, nie zwariowałam jeszcze, żeby niemowlęciu kupować perfumy. Uważam, że dzieci najpiękniej pachną same z siebie, a gadżety w stylu lakierów do paznokci i cieni dla małych dziewczynek wywołują u mnie chęć natychmiastowej ucieczki.

Poprostu szukałam bezpiecznego środka antykomarowego. A że nie mogłam znaleźć informacji na ten temat - zdecydowałam się na olejki eteryczne. A konkretnie herbaciany i goździkowy. I dziecko pachnie teraz jak grzaniec z zieloną herbatą ;) Mrrrrrrrrrrr...

Z maleńkiego Tobołka, który tylko leżał i od czasu do czasu zamajtał kończynami, wyrosło całkiem pokaźne Bambetlątko (7 kilo z hakiem), które nie tylko potrafi stylem turlaczym pokonać całą połać materaca lub pół pokoju, nie tylko kręci się na brzuchu jak chce, ale zaczyna pełzać do tyłu, a nawet (!!!) zaszokowała ostatnio Macierz swoją przyjmując pozycję "na czworaka". Nieustanny progres! O tiritondze, którą je Gżdacz możecie przeczytać w Wiedźmieniu. Dodajemy coraz to nowe conieca do menu. A one są pożerane.

Napotkaliśmy już pierwsze protesty otoczenia wobec naszej koncepcji żywienia Dziecia. Jedna babcia chciała Orkę karmić słodkim herbatnikiem, dziadek - wafelkiem w czekoladzie, a od drugiej babci dowiedzieliśmy się, że nie podając dziecku cukru (do roku conajmniej) robimy mu krzywdę. Taaaaaa... Prababcię zaszokowaliśmy informacją, że Dzidzioł nie będzie pił soków, tylko wodę. Jednak póki co, to właśnie ona (Prababcia) wydaje się najbardziej reformowalna.

Już w sobotę robimy flashmoba chustowo-tanecznego. 13.00, główny hol "Galaxy" - zapraszamy!

Trening ;)

Hird i Kangury wybierają się na Platany. W perspektywie jest Wolin i "Dziady", i nowy spektakl Inko Gni To. Inko wystąpi na Szczecińskich Juwenaliach. Kupa roboty, a w domu zaczynamy kolejną odsłonę remontu. Tym razem kuchniowo-łazienkową. Horror! A, żeby jeszcze coś się działo - obsiewamy działkę. Chrzciny za pasem :D.
Uwielbiam!

Aha! Zaliczyliśmy już pierwszy epizod ksztuszenia z odruchem. Daliśmy radę :D
Pin It Now!

piątek, 4 maja 2012

Wampirka bez zębów

Lecimy dalej: pieczony ziemniaczek (z tymiankiem i oliwą i skórką, żeby utrzymać było łatwiej - hicior bezapelacyjny!), zielony ogóras, wieprzowinka, kaszka z bananem, avokado - proszę bardzo ;)

A dwa dni temu byłyśmy sobie na placu zabaw. Zabrałam jabło w celu jego konsumpcji tamże. (sądziłam - o święta naiwności - że Dziecię moje usatysfakcjonuje standardowa, mleczna przekąska). Nadgryzłam i w przypływie szaleństwa zaproponowałam kawałek Progeniturze, podsuwając pod nos. Progenitura wykonała koncertowy chaps a'la niedźwiedziczka i wpiła się bezzębnymi dziąsłami swemi. Zassała. Zaciamkała. I dalej dziamkolić na całego. Wszelkie próby odsunięcia jabła od małej japki skutkowały pomrukami, a następnie krzykami oburzenia i protestu. W związku z czym Matka przez dobrych dziesięć minut spacerowała po parku, trzymając w łapie nadgryzione jabło tak, by zachustowana jabłczana wampirka miała je w zasięgu paszczy.
Po wyssaniu z ofiary wszystkich soków i wszelkiego smaku dziecię uprzejmie podziękowało za jabło i kulturalnie poprosiło o przekąskę standardową.

Ale to jeszcze nie koniec.

Dziś w ramach obchodów konstytucyjnych wybrali byliśmy się na działkę. Grill odpalony został przez ojca rodziny (sport narodowy, nowy podobno). Same pyszności i przysmaki. Upiekło się, co miało się upiec, więc jemy. Dziecię szamie zielonego ogóra (żadne tam łał, ale żuje). Tatko i Mamcia wcinają grzanki z serem (kozi pleśniak łamany przez żółty) - wrzask protestu. Dziewczę też chce! Ser z mleka jest i sól ma, więc podzielić się nie można. Tatko proponuje kawałeczek wieprzka z grila. Dziewczę przyswoiło, podumało w skupieniu nad nowym smakiem i teksturą. I podziękowało za więcej. Avokado? Memłało się fajnie, ale nie za długo. I krzyk. Chlebek nie, ogór nie ale jeść woła (i to nie o mleko). Aż Mama popędziła do koszyka i wydobyła jabło. Dziecię wpiło się radośnie i wysysało do upojenia.

Jabłkoholiczka!

Wczoraj w nocy mieliśmy za to pierwszą sesję bolesnego ząbkowania. Spłakało się Dziecię ogromnie, dotknąć w paszczę nie dało, ani ssać nie mogło, ani ciamkać schłodzonego gryzaka (ani jabłunia), ani na masaż rumiankiem zezwolić nie chciało. Kiedy już rozważałam wysłanie Przemka po środki przeciwbólowe - dało mu się ululać i przespało resztę nocy, a rankiem było znów radosne i kwitnącę.

A Przemkowi zaczyna się dłuuuuugaśny urlop, tralalalalala :D:D:D
Pin It Now!

środa, 2 maja 2012

Bierz Lub Wyrzuć! i odurzenie

Tatki nie było, a Dziecko tęskniło.
Na basenie z Mamcią rozglądało się za Nim i popłakiwało. W nocy chlipało przez sen, póki Mama poduszki Tatą pachnącej nie zapodała. Wtedy nos wtuliło i już spało spokojnie.
Rzec by się chciało: "Tatko nie wraca ranki, wieczory,
we łzach go czekam i trwodze..." (Kto wie skąd to i czyje? Jam po dziadku skażona dziedzicznie, nie mogę nie wiedzieć.)

Ale w końcu wrócił był. No i był bal!

Gdyż albowiem Dzidzioł wkroczył w poważny wiek sześciu miesięcy. Pół roku - uwierzycie? Wyjątkowo długie i intensywne pół roku Matki Skromnym Zdaniem. I cudowne absolutnie, nie da się ukryć :D.

Z tej okazji Orka GłodomOrka została po raz pierwszy zaproszona do stołu nie w charakterze biernego obserwatora, a jaknajbardziej aktywnego pożeracza. Dokonało się to na kolanach Tatki, pod czujnym okiem Mamci i w asyście CiotKaszydła.


W karcie znajdowały się: kaszka jaglana z wody oraz jabłunio, marchewka, cukinka i buraczek na parze.
Wykwintne owo danie zostało potraktowane należycie, a mianowicie - obejrzane, pomacane, pomemłane, pociamkane i częściowo wyplute i rozsmarowane, a częściowo (widzieliśmy dowody niezbite nazajutrz) - połknięte.

Drugi obiadek to zdekonstruowany barszczyk (paluchowate kawałki indyka, buraka, ziemniaka, pietruszki i fasolka szparagowa wyłowione z zupy, oraz łyżeczka płynu zapodana przez Mamę).

Dziś na śniadanko było jabło, grucha i chlebek z masełkiem. A na obiad brokuł i fasolka.

Szalejemy!

Było mniej bałaganiarsko, niż sądziłam. Wprawdzie brokuł był nawet na czole, kawałki pietruszki znalazły się na maminej twarzy, a cukinia okazała się świetnym pociskiem balistycznym stół-podłoga, ale po za tym - pełna kultura :D

Co do akcesoriów. Śliniaki z rękawami i jeden z rynienką (znanej marki, za grosze nówka z drugoręczniaka) nabyliśmy już dawno, ale tuż przed pierwszym obżarstwem przypomnieliśmy sobie, że nie kupiliśmy tacki. Następnego dnia odbyliśmy więc pielgrzymkę do jaskini występku (sklep wielkopowierzchniowy) celem posiąścia ówtej. Jednaowoż okazało się, że dostępne wzornictwo nie do końca odpowiada naszym gustom. Już mieliśmy podążyć do kasy z wyrobem nie całkiem nas satysfakcjonującym, kiedy w oko wpadł nam twór wspaniały, z naturalnego tworzywa (drewno), z obrzeżem z trzech stron, utrudniającym rozrzucanie, jedną stroną otwartą umożliwiającą łatwy dostęp do zawartości i zagiętym rantem utrudniającym (że uniemożliwiającym, to się nie łudzimy) wywalenie wszystkiego do góry nogami.

Jak się na pewno domyślacie była to... stolnica! Polecam naprawdę. Jest stworzona do BLW.

W ogóle BLW to mój kolejny ulubiony nurt rodzicielski. Łatwe, przyjemne, bezstresowe dla obu stron i dostarczające kupę radości. Tzn. z tym bezstresowym, to podobno akcje z krztuszeniem niektórych wykańczają. Aurora parę razy krztusiła się własną śliną, ale jej to nie zaszkodziło, więc mam nadzieję, że przetrwamy. Na razie, jako się rzekło, żuła ładnie i łykała nawet, co podobno na początku nie zawsze się zdarza.

A dziś na działce Dzieć spojrzał z daleka na Tatkę i rzucił od niechcenia "Etatata" i wrócił do swoich zajęć.
A Tatko tego nie słyszał, bo kosił trawę.

A teraz jest burza i zapach powietrza wpadającego przez otwarte okno odurza totalnie. I przepięknie na blaszanym dachu, na którym w dzień wygrzewał się kot, bębni ulewa i grzmot. I dwa sny się snują tuż obok mojego odurzenia, mniejszy jeden, a większy drugi. A w dzień czekoladą pachniała dzielnica i przypomniało mi się jak świetnie, jak kapitalnie w Tym Mieście mieszkać. I wdzięczność za rzeczy wiele mnie przepełnia, a żal, który był (a był) wypalił się białym ogniem do cna, że nawet popiołów. I słucham deszczu i snów dwóch, co się śnią pięknie tak. I splatają tak z deszczem, i w powietrzu snują, że prawie, że niemal dotknąć możesz, prawie zobaczyć, kruche jak wiosenna zieleń bukowych listków i lipowych serc.

A dobranoc i Wam :)
Pin It Now!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Wielka kupa...

...roboty. Przepraszam wszystkich, którzy komentują, albo piszą do mnie listy, a ja nie odpisuję. Nie nadążam. Przepraszam. Święta dyszą mi w plecy!
Dziś w przerwach między karmieniami i zabawą z Dzieciem zapeklowałam szynę, posiałam zieleninę, opracowałam jeden maleńki układzik, upiekłam na obiad faszerowanego Ło(so)sia i byłam z siebie całkiem zadowolona, dopóki nie zobaczyłam listy rzeczy do zrobienia. Masakra.

Przemko Wspaniały sprzątał w tym czasie domiszcze.

Czy sądzicie, że napicie się kawy inki z własnym mlekiem, to już kanibalizm byłby?
Mleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeka mi się chce. I sera! Pleśniowego takiego, prawie płynnego, powalającego zapachem.
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
Pin It Now!

poniedziałek, 19 marca 2012

Można? Można!czyli notka, za którą nikt mi nie zapłacił

Ale nie mogłam się powstrzymać. Pisałam już, że ograniczamy z Przemkiem cukier i sól, i że nie piję mleka.
Ale jadam jogurty. Cóż z tego, skoro większość jest wściekle przesłodzona. Dodatkowo nie wiem kto to wymyślił, ale nie da się chyba tak zrobić, żeby do jogurtu wrzucić owoce, ew. nieco cukru i nie spieprzyć tego jakąś chemią, barwnikami i innym szkaradzieństwem.
Idea robienia swojego jest ok, ale kłóci się z ideą szybkiego wrzucenia czegoś na ząb między karmieniem a praniem (;) ).

Ha! A jednak. Otóż Piątnica wypuściła serię kefirów deserowych - dla mnie produkt roku i genialne odkrycie. Gęsty kefir i konfitura owocowa. Lista składników ascetycznie krótka. Zero chemii. Nie są przesłodzone. I jak piszą, że konfitura jest z jabłek i wiśni to w składzie nie ma buraków i hibiskusa! Uwielbiam! Brawo Piątnica!

A drugie hurra jest znowu dla Biggi. Pisałam już o swoich kłopotach stanikowych. Natchniona spotkaniem brafitingowym na Grupie Wsparcia Mam Karmiących Piersią oraz faktem, że podczas mlecznego przypływu mój biust stanowczo domaga się miseczki I ruszyłam do kilku polecanych mi sklepów. O cenach nie piszę - ja już rozumiem, że w moim przypadku za wygodę trzeba płacić, często sporo. Spoko. Ale mojego rozmiaru poprostu nie ma. Nigdzie. Mogą zamówić. Ale bez fiszbinów. Bez fiszbinów to się wypchajcie. I jak poprzednio uratował mnie Czar Par i Biggi. I można w Polsce uszyć świetny, ładny i wygodny stanik za nieduże pieniądze? Można jak cholera. No!
Pin It Now!

piątek, 16 marca 2012

Oficjalne przeprosiny i Herkules

Oficjalnie przepraszam Mojego Męża za oszczercze rysunki zamieszczone w poprzedniej notce (muszę, bo chodzi teraz po domu mamrocząc pod nosem "kalumnie", "oszczerstwa" i "Chociażbyś jak śnieg była czysta, jak lód nieskalana - i tak nie ujdziesz kalumnii"). Oświadczam, że Mąż mój nie przykrywa głowy poduszką, kiedy słyszy płacz Córki, za to cudownie się nią zajmuje, dzięki czemu jej Matka może spokojnie i komfortowo wziąć prysznic. Rysunki były fantazją autorki zawierającą jedynie niektóre rzeczywiste wydarzenia.

Wiecie, z niemowlęciem tak bywa, że nadmiaru czasu nie bywa. Z tej przyczyny w kuchni rosła od niejakiego czasu szklano-metalowa i niezbyt czysta góra, umiejscowiona w zlewie (że życie rozwijające się niewątpliwie na jej zboczach nie wymyśliło jeszcze koła to jakiś niewyjaśniony ewenement).
Co na bieżąco pomyłam, to na bieżąco zużyłam, bilans wychodził na zero. I zarastałaby tak dalej kuchnia Augiaszy, ale przyszedł mój boski (jak sama nazwa wskazuje) Herkules i pozmywał. :*:*:*
Pin It Now!

poniedziałek, 5 marca 2012

Cukier z solą, dzieko-zen, familia i przedwiośnie

Od kiedy z Przemkiem ograniczamy sól i cukier - mamy problem. Bo czego byśmy nie kupili: jogurt, lody, sok, wędlina - wszystko albo przesłodzone, albo  przesolone. Masakra! Jeść się nie da. Za to dużo intensywniej odbieramy "własne" smaki warzyw, owoców itp. Np. dziś zrobiłam frytki i stwierdziliśmy, że są słodkie.
Całe szczęście są takie jogurty jak frutica, a do własnych przetworów owocowych przestałam dodawać cukier i są świetne. A co fajniejsze - Jej Maleńkość też będzie mogła wsuwać :D

Ostatnio kilka osób stwierdziło, że mamy dziecko-zen. Spokojne, grzecznie śpiące. Ba! Pewnie, że tak. Bo jak z nim wychodzę to w chuście jest. A w chuście Dzieć jest zen. Tylko trzeba byłoby zobaczyć Dzidziołkę, jak zgłodnieje :D Piekło i szatani to pikuś. Od wczoraj mamy albo idące zębiszcza (międli dziąsła i się ślini, ale rozpulchnione nie są), albo skok rozwojowy, bo wieczorami są sesje marudne. Właśnie teraz Tatko chodzi i lula w chuście.

Przemko od jutra jest na urlopie, więc może w końcu nadrobię trochę blogowych zaległości.
Na razie Poodwiedzaliśmy familię.
Ząb to, czy nie ząb - oto jest pytanie!


Tata ma wolne - taaaaaaaaaaaaka będzie imprezka :D

Z Wujem Darem u Prababci Marysi

U Praprababci Tereski


Ja byłam uprzywilejowana prababcią i pradziadkiem (rodzice mamy Mamy), znałam też całą czwórkę dziadków, Przemko miał gorzej, choć nie tragicznie: jedna prababcia, dwóch dziadków, jedna babcia. Ale nasza Córka wymiata! Znacie kogoś, kto znałby swoją praprababcię? To jest coś :D

Moja prababcia ma irytujący zwyczaj składania nietaktownych życzeń. Kiedy pozostawałam w liczbie pojedynczej - nagminnie życzyła mi zamążpójścia, kiedy zamieszkaliśmy z Przemkiem razem - dopytywała się o datę ślubu i życzyła powiększenia rodziny. Kiedyś, na kolejne pytanie o to, kiedy doczeka się praprawnuczęcia, "na odczepnego" odpowiedziałam jej, że na setne urodziny. No i słowa dotrzymałam. Prawie. Na setkę Prababci byliśmy już w zaawansowanej ciąży :D

Z powodu obłędnej ostatnio pogody, po raz pierwszy po zimie pojechaliśmy na działkę.
Nasze przebiśniegi

Nasze żonkile
Wiosenne strzyżenie

Nasz pigwiacz

Nasze porzeczki

Nasz ogień w beczce

Nasze przebiśniegi z kawałkiem orzecha (naszego)

NASZ widok na BAGNO!!! :D

W końcu trzeba się było posilić, no nie?

Nasze zaplecze

Nasza kwitnąca leszczyna


 A ja ostatnio stałam się łowczynią słodkości (patrz w prawo). Czego i Wam życzę zapraszając na naszego ukelka:


Pin It Now!