Niespodzianka!
Nigdy nie robiłam testów porównawczych kosmetyków. Z reguły jak już znajdę markę, która mi odpowiada to się jej trzymam. Jestem też dość składowo wybredna że się tak wyrażę, więc pula marek do porównywania byłaby raczej ograniczona.
Jednak jest kilka takich specyfików, w testowaniu których mam pewne doświadczenie. Co więcej, wśród których znalezienie produktu, który by mnie usatysfakcjonował kosztowało mnie nieco wysiłku. W związku z czym postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami.
(Od razu zaznaczam, że - niestety - nikt mi za tę notkę nie płaci - piszę ją na potrzeby osób poszukujących czegoś zdrowego i skutecznego do paszczy ;) )
Niestety od kilku lat alergicznie reaguję na kontakt z pastami popularnych marek. Kierowana uczuleniem i rosnącą gwałtownie po dochowaniu się Progenitury świadomością wszechobecności chemicznego paskudztwa, zapragnęłam przerzucić się na zdrowszy (z naciskiem na niezawieranie fluoru, o którego szkodliwości i nieskuteczności nie będę tu pisać bo z łatwością sobie to wygooglacie) środek do czyszczenia uzębienia.
Zdaję sobie sprawę, że jest kilka rozwiązań super-ultra naturalnych (soda, woda utleniona, sól, i podobne) , jednak nie do końca mam do nich zaufanie i cierpliwość. Ze specyfików DIY testowałam jedynie NIERAFINOWANY OLEJ KOKOSOWY. Stosuje się go jak zwykłą pastę. Wrażenia organoleptyczne po pierwszym szoku są całkiem znośne. Faktycznie działa i ma właściwości przeciwpróchnicze. U Ory stosowałam go dość długo z dobrymi rezultatami. Jeżeli komuś brakuje efektu odświeżenia oddechu - można dodać nieco esencji miętowej. Dla mnie wadą tego rozwiązanie jest brak poczucia "doczyszczenia" zębów. Nie do końca potrafię to zwerbalizować, ale chyba domyślicie się o co mi chodzi.
Z past gotowych miałam okazję przetestować trzy marki zanim trafiłam na TĘ, która jest dla mnie niemal idealna i przy której na razie zostanę.
Na początek poszła Lavera. Firma, którą bardzo sobie cenię za fantastyczne składy i skuteczność produktów. Orka ma teraz zęby myte pastą z wyciągiem z malin Lavery, ja przepadam za szamponem różanym tej marki.
PASTA DO ZĘBÓW BEZ FLUORU LAVERY
Składniki: wodny wyciąg z echinacei, sorbitol, krzem mineralny, kreda,
ksylit, sól morska, ksantan, substancja myjąca z kokosa, nalewka z
mirry, ekstrakt z krwawnika*, ekstrakt z propolisu*, ekstrakt z arniki*,
naturalny aromat
*składniki pochodzące z upraw ekologicznych
ph 7,0-7,5
cena: 10,90
pojemność 75ml
Skład jak widać byłby bardzo przyjemny, gdyby nie sorbitol i ksantan. Dobrze myje zęby, dba o dziąsła, smak ma - dla mnie - dość łagodny. Konsystencja bardzo lekka, delikatna. Kilka świetnie wpływających na dziąsła składników. Atutem, może nie kluczowym, ale na który zwracam uwagę, zwłaszcza jeśli chodzi o eko-produkty, jest brak zbędnych kartoników i innych nadmiarowych śmieci. Niestety - znowu brak mi było efektu "doszorowania".
Szukałam więc dalej. I tak trafiłam na URTEKRAM PASTĘ DO ZĘBÓW ALOESOWĄ
Składniki: kreda, woda, gliceryna roślinna*, aloes*, karagen, organiczny ekstrakt olejku z mandarynek*, mirra
cena: 19,90
pojemność: 75ml
W składzie znów ksantan i - dużo bardziej zniechęcający - karagen.. Lekka, "łatworozprowadzalna" konsystencja. Po za tym wrażenia bardzo podobne do poprzedniczki - skuteczna, delikatna, baz zbędnych opakowań. Niewielki efekt wybielający. Niestety znów brak dotykowego efektu doczyszczenia. Dodatkowo czułam się jakbym myła zęby pastą dla dzieci - smak jest jak dla mnie stanowczo aż nazbyt subtelny - efektu doczyszczenia i odświeżenia oddechu bardzo mi brakowało.
Eksperymentując dalej sięgnęłam po WELEDĘ PASTĘ DO ZĘBÓW Z NAGIETKIEM (właściwie kupiłam ją przez pomyłkę, kiedy przez chwilę Ora używała Weledy dla dzieci).
Skład: woda, węglanu wapnia, gliceryna, tlenek glinu, alkohol, wyciąg z
nagietka (Calendula) wyciąg z mirry, olejek koprowy, guma ksantanowa,
sól amonowa kwasu lukrecjowego.
cena: 18.99
pojemność: 75ml
Pasta kompletnie inna od poprzednich. Z podejrzanych substancji w składzie ksantan i tlenek glinu (alkohol mi nie przeszkadza ;) ). Konsystencja szalenie gęsta, to pasta która w ogóle się nie pieni i trzeba popracować, żeby dobrze ją rozprowadzić. Działa fantastycznie i dobrze doczyszcza zęby. Nie ma posmaku miętowego, mimo to doskonale odświeża jamę ustną olejkiem z kopru włoskiego. Mnie ta zamiana zupełnie nie przeszkadzała, a efekt odświeżenia bardzo odpowiadał, niestety dla osób nie przepadających za anyżkowymi aromatami ta moc może być trudna do zniesienia. No i to pudełko ;)
To była najlepsza z dotychczasowych opcji, jednak smolista konsystencja nie całkiem spełniała moje oczekiwania. Szperałam więc i w końcu trafiłam na coś, co niemal zupełnie mi odpowiada.
CMD NATURKOSMETIK PASTA DO ZĘBÓW Z OLEJKIEM DRZEWA HERBACIANEGO
Skład: Woda, krzemionki, kreda, ksylitol (utrzymujący wilgotność), sól morska,
olejek z drzewa herbacianego *, guma ksantanowa, kokosowe kwasy
tłuszczowe glutaminianu, CO2 wyciąg arniki w oleju słonecznikowym,
olej z kopru *, olej myrty, mięta, chlorofil (kolor zielony liści), witamina E (GMO wolna), sorbinian potasu (* surowce z kontrolowanych upraw ekologicznych)
cena: 17,69
pojemność: 75ml
Jeśli chodzi o działanie - pasta - dla mnie - absolutnie genialna. Doczyszczająca stanowczo, acz delikatnie, dająca świeżość w buzi gładkość zęba pod językiem. Delikatnie wybielająca. Smak dla niektórych może być średni (połączenie olejku herbacianego i soli), ale dla mnie jest całkiem w porządku. Konsystencja w sam raz - nie za gęsta i nie za rzadka. Brak pudełka :D Dużo przyjemnych składników roślinnych o dobroczynnym dla paszczy i zębów działaniu.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten nieszczęsny sorbinian :/
Poszukiwania trwają. Jeśli traficie na jakąś rewelację w temacie - dajcie znać!
Pin It Now!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 15 września 2015
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Argument przeciw chustom, dwie głowy, głęboki PRL i wystrzały
Dużo się działo.
Zające przykicały obficie. Przyniosły cudne ptaszki od kochającej Geeka,
zestaw podarków standardowych, wygraną w Candy ArtMamowania
(czekamy na listonosza), a nieco później dostałam od Padme bańki chińskie, które już dawno chodziły mi po głowie :D
A propo's baniek - puszczamy ostatnio! Tzn. ja albo Przemko puszczamy, a Młoda robi za automat do precyzyjnej likwidacji. Jest absolutną perfekcjonistką :D
Na froncie chustowym dość intensywnie: szykujemy flash-mobba. Oprócz tego ostatnio, kiedy szłyśmy na spacer, minęła nas jakaś blondi z wściekle różowymi szponami, po czym cofnęła się z miną porażonej prądem i stwierdziła: "O Boże! Ja myślałam, że Pani ma dwie głowy!!!" - no !!!
W dodatku znalazłam w końcu dowód na to, że chustowanie szkodzi dzieciom. Mijał nas raz kilkulatek z mamą, i tak się na nas zagapił, że wpadł na nadchodzącą z naprzeciwka kobietę (co nie przeszkodziło mu w dalszym gapieniu) :D:D:D
StwOrka namiętnie próbuje siadać. Kiedy jemy obiad - rozkładamy jej na stole matę i układamy tam, żeby sobie na nas patrzyła. Gdybyśmy nie odsuwali talerzy, to bylibyśmy regularnie pozbawiani posiłku. Największa radocha jest wtedy, jak ktoś da dziecięciu pociamkać skórkę z chleba. Przyszło też krzesełko (z eko-wymianki) i szósty miech się zbliża, więc: BLW - nadchodzimy!
W piątek trzynastego (imieniny Przemka :*)
poszłam sobie usunąć znamię (tzw. "pieprzyk") z dekoltu. Trochę mnie niepokoił, a chciałam się go pozbyć na tyle wcześnie, żeby specjalnie nie mieć problemów z opalaniem.
Ranyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. Jakbym trafiła do głębokiego PRL'u. Najpierw pielęgniarka wymalowana jak radziecka prostytutka robi wielkie problemy, żeby udzielić podstawowych informacji. Potem jeszcze lepsza akcja:
Mam dużo znamion. Kilka już usunęłam. NFZ refunduje jedno miesięcznie. Na każde potrzebne jest skierowanie od skórologa. Ale po ostatniej wizycie tylko po skierowanie, mój skórolog powiedział, że mogę sobie je (skierowania) brać od lekarza rodzinnego.
Więc wzięłam. Z zapisem, że znamiona mnogie (jak poprzednio), bo i moja rodzinna, i dermatolog wyszli z założenia, że onkolog lepiej oceni co ciachać najpierw.
Na oddział rejestruje się z wyprzedzeniem osobiście, żeby onkolog ocenił znamię. Mnie oglądała babka z rejestracji i jej diagnoza brzmiała: "plecy albo dekolt - zobaczy się". Widziała też moje skierowanie.
A teraz, po przyjściu już do cięcia kolejna babka mówi mi, że "jak ja nie wiem które, to ona nie wie jak mi się kazać rozebrać" i strzeliwszy focha z tym mnie zostawia. O nieeeeeee! Już bulgotałam.
Na chirurgii jednego dnia jest tak, że w zależności od lokalizacji pieprza, rozbiera się - w szatni - albo od dołu do majtek, albo od góry do stanika, na to narzuca upiorne, zielone, drapiące, niezapinalne i przezroczyste jak firanka wdzianko, i idzie do poczekalni.
Poczekalnie są dwie - męska i damska. Drzwi do obydwu rozwalone na oścież. Po korytarzy łażą ludzie i bez żenady zaglądają do poczekalni, a jeszcze w damskiej siedzi jakiś starszy jegomość (bo przyszedł z córką, która się nim opiekuje).
Pomyślałam, że chrzanię, a jak ktoś się przyczepi, to rozsmaruję na ścianie, i poszłam w zielonościach narzuconych na bluzkę i spodnie.
Po chwili przyszła szpitalna jejmość, z informacją, że z szatni należy zabrać komórki, dokumenty, pieniądze i inne cenne rzeczy. Więc wzięłam cały plecak wręcz modląc się, żeby ktoś mi zwrócił jakąś uwagę i żebym mogła go z czystym sumieniem zamordować.
W końcu przyszła moja kolejka. Chirurg (całkiem miły skąd inąd i sensowny) najpierw wydziwia nad skierowaniem, że nie od dermatologa.
- To dlaczego nikt w rejestracji mi o tym nie powiedział?
- ...
- Ale gdzie to znamię jest, bo tu nie napisane?
Więc tłumacze jak krowie na rowie, że i lekarz, i rejestratorka stwierdzili, że to on ma ocenić.
- Ale ja tak nie mogę! Tu powinno być wpisane które to znamię.
Zapytałam go, czy w takim razie nic mi dziś nie wytnie? Pytałam spokojnie (wiecie, zimna furia, te sprawy), ale chyba zobaczył swoją śmierć w moich oczach, bo szybciutko zapytał, które znamię niepokoi mnie najbardziej i wychlastał co trzeba.
Przed zabiegiem pytam, czy znieczulenie nie przeniknie do mleka. Anestezjolożka chyba bezdzietna, bo zrobiła oczy jak spodki i wyglądało, jakby zastanawiała się jak miałoby się znaleźć znieczulenie w kartonie UHTego, dopóki nie wyjaśniłam, że karmię.
Tu nastąpił zestaw pytań standardowych: syn, czy córka, ile ma, jak na imię?
- (Ja) Aurora.
- (chirurg) O! To wystrzałowo!
:D:D:D Me Gusta!
I łażę sobie teraz radośnie z trzema szwami na wierzchu, bo moje obecne główne zajęcie (dawanie jeść) wymaga łatwego i szybkiego dostępu do baru mlecznego ;D
Mam materiału jeszcze na trzy posty, ale nie wszystko na raz. Nawarstwiło się. Pin It Now!
| Pięć pokoleń (a moja siostra nie zawsze ma taką minę ;) ) |
| Z Babcią Iwoną |
zestaw podarków standardowych, wygraną w Candy ArtMamowania
(czekamy na listonosza), a nieco później dostałam od Padme bańki chińskie, które już dawno chodziły mi po głowie :D
A propo's baniek - puszczamy ostatnio! Tzn. ja albo Przemko puszczamy, a Młoda robi za automat do precyzyjnej likwidacji. Jest absolutną perfekcjonistką :D
Na froncie chustowym dość intensywnie: szykujemy flash-mobba. Oprócz tego ostatnio, kiedy szłyśmy na spacer, minęła nas jakaś blondi z wściekle różowymi szponami, po czym cofnęła się z miną porażonej prądem i stwierdziła: "O Boże! Ja myślałam, że Pani ma dwie głowy!!!" - no !!!
W dodatku znalazłam w końcu dowód na to, że chustowanie szkodzi dzieciom. Mijał nas raz kilkulatek z mamą, i tak się na nas zagapił, że wpadł na nadchodzącą z naprzeciwka kobietę (co nie przeszkodziło mu w dalszym gapieniu) :D:D:D
StwOrka namiętnie próbuje siadać. Kiedy jemy obiad - rozkładamy jej na stole matę i układamy tam, żeby sobie na nas patrzyła. Gdybyśmy nie odsuwali talerzy, to bylibyśmy regularnie pozbawiani posiłku. Największa radocha jest wtedy, jak ktoś da dziecięciu pociamkać skórkę z chleba. Przyszło też krzesełko (z eko-wymianki) i szósty miech się zbliża, więc: BLW - nadchodzimy!
W piątek trzynastego (imieniny Przemka :*)
poszłam sobie usunąć znamię (tzw. "pieprzyk") z dekoltu. Trochę mnie niepokoił, a chciałam się go pozbyć na tyle wcześnie, żeby specjalnie nie mieć problemów z opalaniem.
Ranyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. Jakbym trafiła do głębokiego PRL'u. Najpierw pielęgniarka wymalowana jak radziecka prostytutka robi wielkie problemy, żeby udzielić podstawowych informacji. Potem jeszcze lepsza akcja:
Mam dużo znamion. Kilka już usunęłam. NFZ refunduje jedno miesięcznie. Na każde potrzebne jest skierowanie od skórologa. Ale po ostatniej wizycie tylko po skierowanie, mój skórolog powiedział, że mogę sobie je (skierowania) brać od lekarza rodzinnego.
Więc wzięłam. Z zapisem, że znamiona mnogie (jak poprzednio), bo i moja rodzinna, i dermatolog wyszli z założenia, że onkolog lepiej oceni co ciachać najpierw.
Na oddział rejestruje się z wyprzedzeniem osobiście, żeby onkolog ocenił znamię. Mnie oglądała babka z rejestracji i jej diagnoza brzmiała: "plecy albo dekolt - zobaczy się". Widziała też moje skierowanie.
A teraz, po przyjściu już do cięcia kolejna babka mówi mi, że "jak ja nie wiem które, to ona nie wie jak mi się kazać rozebrać" i strzeliwszy focha z tym mnie zostawia. O nieeeeeee! Już bulgotałam.
Na chirurgii jednego dnia jest tak, że w zależności od lokalizacji pieprza, rozbiera się - w szatni - albo od dołu do majtek, albo od góry do stanika, na to narzuca upiorne, zielone, drapiące, niezapinalne i przezroczyste jak firanka wdzianko, i idzie do poczekalni.
Poczekalnie są dwie - męska i damska. Drzwi do obydwu rozwalone na oścież. Po korytarzy łażą ludzie i bez żenady zaglądają do poczekalni, a jeszcze w damskiej siedzi jakiś starszy jegomość (bo przyszedł z córką, która się nim opiekuje).
Pomyślałam, że chrzanię, a jak ktoś się przyczepi, to rozsmaruję na ścianie, i poszłam w zielonościach narzuconych na bluzkę i spodnie.
Po chwili przyszła szpitalna jejmość, z informacją, że z szatni należy zabrać komórki, dokumenty, pieniądze i inne cenne rzeczy. Więc wzięłam cały plecak wręcz modląc się, żeby ktoś mi zwrócił jakąś uwagę i żebym mogła go z czystym sumieniem zamordować.
W końcu przyszła moja kolejka. Chirurg (całkiem miły skąd inąd i sensowny) najpierw wydziwia nad skierowaniem, że nie od dermatologa.
- To dlaczego nikt w rejestracji mi o tym nie powiedział?
- ...
- Ale gdzie to znamię jest, bo tu nie napisane?
Więc tłumacze jak krowie na rowie, że i lekarz, i rejestratorka stwierdzili, że to on ma ocenić.
- Ale ja tak nie mogę! Tu powinno być wpisane które to znamię.
Zapytałam go, czy w takim razie nic mi dziś nie wytnie? Pytałam spokojnie (wiecie, zimna furia, te sprawy), ale chyba zobaczył swoją śmierć w moich oczach, bo szybciutko zapytał, które znamię niepokoi mnie najbardziej i wychlastał co trzeba.
Przed zabiegiem pytam, czy znieczulenie nie przeniknie do mleka. Anestezjolożka chyba bezdzietna, bo zrobiła oczy jak spodki i wyglądało, jakby zastanawiała się jak miałoby się znaleźć znieczulenie w kartonie UHTego, dopóki nie wyjaśniłam, że karmię.
Tu nastąpił zestaw pytań standardowych: syn, czy córka, ile ma, jak na imię?
- (Ja) Aurora.
- (chirurg) O! To wystrzałowo!
:D:D:D Me Gusta!
I łażę sobie teraz radośnie z trzema szwami na wierzchu, bo moje obecne główne zajęcie (dawanie jeść) wymaga łatwego i szybkiego dostępu do baru mlecznego ;D
Mam materiału jeszcze na trzy posty, ale nie wszystko na raz. Nawarstwiło się. Pin It Now!
czwartek, 5 kwietnia 2012
Królewna na przewijaku, i cmokanie lokomotywy
Wczoraj wypuściłyżeśmy się były w miasto, a konkretnie rzecz ujmując - do Multi Baby Kina.
Ochotę na to burżujstwo miałam od dłuższego czasu, ale jakoś nie grali nic, co bym naprawdę chciała obejrzeć (ja jakąś kinomaniaczką nie jestem niestety). Ale wczoraj grali to:
Naprawdę, ale to NAPRAWDĘ udana produkcja. Nie przecukrzona, zabawna (nie w stylu bąki i beknięcia), ładna i ciepła. Z naciskiem na nieprzecukrzona ;) Nie przemknął niezauważony przeze mnie fakt, że Książę nie ma pięciu lat. Ani nawet piętnastu. Grający go aktor na całkiem, ale to całkiem dorosłego wyglądał, co w moim szacownym wieku się docenia ;) Ani ten (fakt), że tytułowa Królewna ma perkaty nos, jest płaska jak deska i ani źdźbło nie jest anorektyczna. Docenia się bez względu na wiek :D Julia oczywiście fenomenalna jak zwykle, a krasnoludki wymiatają! Zwłaszcza na szczudłach.
Bilet za 15zł uważam za nad wyraz udaną inwestycję (zwłaszcza, że 5 dostałam z powrotem w formie vouchera). Sala kinowa docieplona (żeby nie powiedzieć - z lekka przegrzana), przytłumione światło, przewijak z pieluszkami (niestety tylko jeden rozmiar - 2, ale i tak miałyśmy swoje), mokrymi chusteczkami, wkładkami laktacyjnymi (sic!), dwiema matami edukacyjnymi i dwoma samochodowymi fotelikami. Ilość może nie wydaje się oszałamiająca, ale biorąc pod uwagę, że oprócz nas na sali były dwie starsze panie z siedmiolatką i jedna dziewczyna z - na oko - rocznym dziewczęciem - wystarczało w zupełności.
Mogliby jeszcze troszeczkę przyciszyć fonię i byłoby idealnie.
Jej Wcale-Nie-Taka-Maleńkość najpierw zasnęła, ale wybudzona jakimś głośniejszym dźwiękiem, skorzystała po kolei ze wszystkich atrakcji (za każdym razem jak korzystałyśmy z przewijaka siedmiolatka, zaliczająca rundki wokoło całego kina, miała akurat coś bardzo pilnego do załatwienia przy koszu na śmieci tuż obok;) ), zjadła, pogapiła się na Julię i znów zasnęła.
A po wyjściu z kina znów spotkał nas (przyspieszony jakoś w tym roku) zając, tym razem ciotkowo-gośkowy. Czego rezultatem są poniższe obrazki :D
Zającowi baardzo dziękujemy. A książeczki są boskie. "Lokomotywa" to podróż sentymentalna i w wykonaniu Tatki jest bezkonkurencyjna, a "Całuski i buziaczki" z genialnymi obrazkami trzeba chronić przed pożarciem. Są naturalnie o cmokaniu i są cudowne, i rymowane, co ostatnio podnosi w uszach Młodocianej wartość każdej książeczki o jakieś milion procent. :D
Ze świątecznych nowalijek: kiełki kiełkują, rzeżucha rośnie, papierowe jaja in progres, a szyna się pekluje. I i tak nie zdążę! Pin It Now!
Ochotę na to burżujstwo miałam od dłuższego czasu, ale jakoś nie grali nic, co bym naprawdę chciała obejrzeć (ja jakąś kinomaniaczką nie jestem niestety). Ale wczoraj grali to:
Naprawdę, ale to NAPRAWDĘ udana produkcja. Nie przecukrzona, zabawna (nie w stylu bąki i beknięcia), ładna i ciepła. Z naciskiem na nieprzecukrzona ;) Nie przemknął niezauważony przeze mnie fakt, że Książę nie ma pięciu lat. Ani nawet piętnastu. Grający go aktor na całkiem, ale to całkiem dorosłego wyglądał, co w moim szacownym wieku się docenia ;) Ani ten (fakt), że tytułowa Królewna ma perkaty nos, jest płaska jak deska i ani źdźbło nie jest anorektyczna. Docenia się bez względu na wiek :D Julia oczywiście fenomenalna jak zwykle, a krasnoludki wymiatają! Zwłaszcza na szczudłach.
Bilet za 15zł uważam za nad wyraz udaną inwestycję (zwłaszcza, że 5 dostałam z powrotem w formie vouchera). Sala kinowa docieplona (żeby nie powiedzieć - z lekka przegrzana), przytłumione światło, przewijak z pieluszkami (niestety tylko jeden rozmiar - 2, ale i tak miałyśmy swoje), mokrymi chusteczkami, wkładkami laktacyjnymi (sic!), dwiema matami edukacyjnymi i dwoma samochodowymi fotelikami. Ilość może nie wydaje się oszałamiająca, ale biorąc pod uwagę, że oprócz nas na sali były dwie starsze panie z siedmiolatką i jedna dziewczyna z - na oko - rocznym dziewczęciem - wystarczało w zupełności.
Mogliby jeszcze troszeczkę przyciszyć fonię i byłoby idealnie.
Jej Wcale-Nie-Taka-Maleńkość najpierw zasnęła, ale wybudzona jakimś głośniejszym dźwiękiem, skorzystała po kolei ze wszystkich atrakcji (za każdym razem jak korzystałyśmy z przewijaka siedmiolatka, zaliczająca rundki wokoło całego kina, miała akurat coś bardzo pilnego do załatwienia przy koszu na śmieci tuż obok;) ), zjadła, pogapiła się na Julię i znów zasnęła.
A po wyjściu z kina znów spotkał nas (przyspieszony jakoś w tym roku) zając, tym razem ciotkowo-gośkowy. Czego rezultatem są poniższe obrazki :D
![]() |
| Uderzające podobieństwo - nie sądzicie? |
![]() |
| Bo Ona poprostu pochłanie lektury ;) |
Zającowi baardzo dziękujemy. A książeczki są boskie. "Lokomotywa" to podróż sentymentalna i w wykonaniu Tatki jest bezkonkurencyjna, a "Całuski i buziaczki" z genialnymi obrazkami trzeba chronić przed pożarciem. Są naturalnie o cmokaniu i są cudowne, i rymowane, co ostatnio podnosi w uszach Młodocianej wartość każdej książeczki o jakieś milion procent. :D
Ze świątecznych nowalijek: kiełki kiełkują, rzeżucha rośnie, papierowe jaja in progres, a szyna się pekluje. I i tak nie zdążę! Pin It Now!
niedziela, 1 kwietnia 2012
Rodzinna tradycja, rozgwiazda, zając i nocne latawce
Dawno temu. Mała dziewczynka, na basenie z mamą...
| (para po lewej) |
Dzisiaj. Inna mała dziewczynka z mamą. Na tym samym basenie.
Aurora po obojgu rodzicach jest stworzeniem wodnolubnym. Trochę obawiałam się, jak nasza prysznicowa Córka, która wanienkę widziała kilka razy od środka, a dużej wanny w ogóle, zareaguje na taką wieeeelką wodę.
Jak się okazało - zupełnie bezpodstawnie.
Dziecko-zen zaszokowało Panią Instruktorkę, która kilkakrotnie dopytywała się, czy napewno jesteśmy pierwszy raz na basenie.
- Weszłyśmy do wody, zanurzyłam Orkę (nomen-omen - wodnego stwora) - luzik i czilałt.
- Zanurzanie aż do brody - spoko-maroko.
- Polewanie z konewki, kubka, chlapanie ręką - pomrugała i nadal zachowywała spokój stoicki.
Pod koniec zajęć dzieci "nurkowały" czyli były zanurzane pod wodę razem z głową. Pani Trener:
- Chce Pani, tak za pierwszym razem? - No ba!
Dziecko zanurkowało. Dziecko pozostało niewzruszone. Niewstrząśnięte, niezmieszane. Zero wrażenia poprostu.
Zasadniczo pływaniem z dzieckiem jestem zachwycona, chociaż po prawdzie - po za fajnymi zabawkami (Orki oczywiście nie wzruszyły. Jak jej postawiłam kaczkę na kółku, przed samym dziobem - dziecka, nie kaczki - to próbowała ją zjeść.) - zajęcia nie zrobiły na mnie wrażenia. Sorry, Gregory - wierszyk trzylinijkowy czytany z kartki, albo dopytywanie w trakcie zajęć współprowadzącej o to, czy wzięła gęś (nie wzięła) - to dla mnie lekka żenada. Szatnia i jej wyposażenie, oraz organizacja wchodzenia i wychodzenia - pozostawiały sporo do życzenia. Ale wodę kochamy i basta :D
Tatko robił za paparazzi (efekty powyżej), ale następnym razem to on się moczy :D
Ale to nie koniec pełnego wrażeń łikendu. Na samym jego początku dotarła do nas paczka wymiankowo-zającowa od Czarownicy A. Czekolada została pożarta na spółkę z Przemkiem, ale w paczce były jeszcze:
| Broszki |
| Kocio :D |
Zachwycone dziękujemy zajęczej Czarownicy :D
Po za tym podzieliliśmy się z Przemkiem łikendowymi wieczorami. Wczoraj Matka Marnotrawna wybyła w Miasto nakarmiwszy Dziecię i pozostawiwszy flaszkę mleka własnej produkcji (Dziecię pobawiło się z Tatką, pospało, zjadło, znów spało i chyba nie zarejestrowało nieobecności Rodzicielki), a dziś Przemko wybył na nocną imprezę, pozostawiając Mnie i Młodą na łasce swojej na wzajem (wykąpałyśmy się - obie jednocześnie - zjadłyśmy - po kolei, a teraz Jej Już-Wcale-Nie-Taka-Maleńkość śpi, a ja klikam).
Celem Matki był sabat matek karmiących i chustujących,
![]() |
| (o tych :D) |
w Cafe Po Godzinach. Znalazłam niebo matek karmiących. Taki wybór napojów, dań słodkich i konkretnych - odpowiednich dla nas, bezalkoholowych, zdrowych, świeżych i PRZEPYSZNYCH, że łolaboga! Herbata z syropem fiołkowym, lemoniada pietruszkowa i sałatka z pomarańczy, avocado, suszonych pomidorów i oliwek - genialne (sałatkę ledwo zdołałam pożreć w całości - tak była ogromna). Mrrrrrrrrrrrrr, mrrrrrr, mrrrrrrrrrrrrrr...
Tatko wypuścił się do znajomego na "męską imprezę urodzinową". Czy dla Was też brzmi to podejrzanie? ;)
Tyle na razie. A czeka nas jeszcze dzień jutrzejszy :D
Pin It Now!
poniedziałek, 19 marca 2012
Można? Można!czyli notka, za którą nikt mi nie zapłacił
Ale nie mogłam się powstrzymać. Pisałam już, że ograniczamy z Przemkiem cukier i sól, i że nie piję mleka.
Ale jadam jogurty. Cóż z tego, skoro większość jest wściekle przesłodzona. Dodatkowo nie wiem kto to wymyślił, ale nie da się chyba tak zrobić, żeby do jogurtu wrzucić owoce, ew. nieco cukru i nie spieprzyć tego jakąś chemią, barwnikami i innym szkaradzieństwem.
Idea robienia swojego jest ok, ale kłóci się z ideą szybkiego wrzucenia czegoś na ząb między karmieniem a praniem (;) ).
Ha! A jednak. Otóż Piątnica wypuściła serię kefirów deserowych - dla mnie produkt roku i genialne odkrycie. Gęsty kefir i konfitura owocowa. Lista składników ascetycznie krótka. Zero chemii. Nie są przesłodzone. I jak piszą, że konfitura jest z jabłek i wiśni to w składzie nie ma buraków i hibiskusa! Uwielbiam! Brawo Piątnica!
A drugie hurra jest znowu dla Biggi. Pisałam już o swoich kłopotach stanikowych. Natchniona spotkaniem brafitingowym na Grupie Wsparcia Mam Karmiących Piersią oraz faktem, że podczas mlecznego przypływu mój biust stanowczo domaga się miseczki I ruszyłam do kilku polecanych mi sklepów. O cenach nie piszę - ja już rozumiem, że w moim przypadku za wygodę trzeba płacić, często sporo. Spoko. Ale mojego rozmiaru poprostu nie ma. Nigdzie. Mogą zamówić. Ale bez fiszbinów. Bez fiszbinów to się wypchajcie. I jak poprzednio uratował mnie Czar Par i Biggi. I można w Polsce uszyć świetny, ładny i wygodny stanik za nieduże pieniądze? Można jak cholera. No!
Pin It Now!
Ale jadam jogurty. Cóż z tego, skoro większość jest wściekle przesłodzona. Dodatkowo nie wiem kto to wymyślił, ale nie da się chyba tak zrobić, żeby do jogurtu wrzucić owoce, ew. nieco cukru i nie spieprzyć tego jakąś chemią, barwnikami i innym szkaradzieństwem.
Idea robienia swojego jest ok, ale kłóci się z ideą szybkiego wrzucenia czegoś na ząb między karmieniem a praniem (;) ).
Ha! A jednak. Otóż Piątnica wypuściła serię kefirów deserowych - dla mnie produkt roku i genialne odkrycie. Gęsty kefir i konfitura owocowa. Lista składników ascetycznie krótka. Zero chemii. Nie są przesłodzone. I jak piszą, że konfitura jest z jabłek i wiśni to w składzie nie ma buraków i hibiskusa! Uwielbiam! Brawo Piątnica!
A drugie hurra jest znowu dla Biggi. Pisałam już o swoich kłopotach stanikowych. Natchniona spotkaniem brafitingowym na Grupie Wsparcia Mam Karmiących Piersią oraz faktem, że podczas mlecznego przypływu mój biust stanowczo domaga się miseczki I ruszyłam do kilku polecanych mi sklepów. O cenach nie piszę - ja już rozumiem, że w moim przypadku za wygodę trzeba płacić, często sporo. Spoko. Ale mojego rozmiaru poprostu nie ma. Nigdzie. Mogą zamówić. Ale bez fiszbinów. Bez fiszbinów to się wypchajcie. I jak poprzednio uratował mnie Czar Par i Biggi. I można w Polsce uszyć świetny, ładny i wygodny stanik za nieduże pieniądze? Można jak cholera. No!
Pin It Now!
wtorek, 13 marca 2012
Dizajn pożerany
Z przykrością pożegnaliśmy Przemkowy urlop. Na finisz poszliśmy sobie przedwczoraj do 13 muz na "Kids love designe".
Wybraliśmy się dosyć późno, więc ominęło nas stoisko "Zakamarków" (czego niezmiernie żałuję). Było naprawdę fajnie. Młoda oglądała kolorowe obrazki. Miałam szczerą ochotę przetestować "niezniszczalną" kanapę, ale Przemko mnie powstrzymał. Wystawa prac nagrodzonych w konkursie Ikei inspirująca. Wilko-puf podobał mi się szalenie. Wystawy naprawdę nieźle przygotowane, aż żałowałam, że Misiatka jest za młoda, żeby docenić. Ale... No właśnie. Spodziewałam się jednak czegoś większego, niż dwie małe salki i wnęka w korytarzu. Trochę szkoda.
A potem poszliśmy na spacer po Mieście i po wieczorze.
Młoda od dwóch dni markotna (albo zęby, albo skok, albo chorość się kluje). W ramach profilaktyki zapodajemy wit. C w kropelkach, które nazywamy lemoniadą :D Młoda uwielbia! Śmieje się na widok strzykawki (podajemy strzykawką dopaszczowo), chwyta ją łapkami, robi ładnie aaaaa i sama pakuje sobie ją do dzioba :D
Jakiś czas temu czytałyśmy sobie świetną książeczkę:
Ta pozostałość z mojego dzieciństwa zawiera wierszyki wymyślone przez dzieci w wieku 3-7 lat oraz ilustracje stylizowane na dziecięce obrazki.
I właśnie do takiego obrazka Ora chichrała się dobre pół godziny. Aż zadzwoniłam do Tatki do pracy, żeby posłuchał. Chichotała nieprzytomnie. Pochichrajcie się i Wy :D.
Jak widać po prawej zostałam łowcą cukierków. Ciekawe, czy choć raz uda się wygrać :D.
Nabyliśmy dla Jej Maleńkości nowy środek transportu. Maleńka Cesarzowa będzie podróżowała turkusową karocą z bambusa. W rzeczywistości jest bardziej turkusowa niż na zdjęciu.
A to z dzisiejszego bladego świtu:
Wybraliśmy się dosyć późno, więc ominęło nas stoisko "Zakamarków" (czego niezmiernie żałuję). Było naprawdę fajnie. Młoda oglądała kolorowe obrazki. Miałam szczerą ochotę przetestować "niezniszczalną" kanapę, ale Przemko mnie powstrzymał. Wystawa prac nagrodzonych w konkursie Ikei inspirująca. Wilko-puf podobał mi się szalenie. Wystawy naprawdę nieźle przygotowane, aż żałowałam, że Misiatka jest za młoda, żeby docenić. Ale... No właśnie. Spodziewałam się jednak czegoś większego, niż dwie małe salki i wnęka w korytarzu. Trochę szkoda.
A potem poszliśmy na spacer po Mieście i po wieczorze.
Młoda od dwóch dni markotna (albo zęby, albo skok, albo chorość się kluje). W ramach profilaktyki zapodajemy wit. C w kropelkach, które nazywamy lemoniadą :D Młoda uwielbia! Śmieje się na widok strzykawki (podajemy strzykawką dopaszczowo), chwyta ją łapkami, robi ładnie aaaaa i sama pakuje sobie ją do dzioba :D
Jakiś czas temu czytałyśmy sobie świetną książeczkę:
Ta pozostałość z mojego dzieciństwa zawiera wierszyki wymyślone przez dzieci w wieku 3-7 lat oraz ilustracje stylizowane na dziecięce obrazki.
I właśnie do takiego obrazka Ora chichrała się dobre pół godziny. Aż zadzwoniłam do Tatki do pracy, żeby posłuchał. Chichotała nieprzytomnie. Pochichrajcie się i Wy :D.
Jak widać po prawej zostałam łowcą cukierków. Ciekawe, czy choć raz uda się wygrać :D.
Nabyliśmy dla Jej Maleńkości nowy środek transportu. Maleńka Cesarzowa będzie podróżowała turkusową karocą z bambusa. W rzeczywistości jest bardziej turkusowa niż na zdjęciu.
![]() | ||||||
| (w Klubie Kangura naturalnie) |
P.S. Znów dostaliśmy próbki od firmy słoiczkowej. Jeszcze, żeby nam kosmetyki przysłała (bo dobre robi) to rozumiem, ale słoiczki! Książki, zabawki, gadżety - wszystko chętnie przetestuję ale słoiczkom i mlekom mówimy SERDECZNIE DZIĘKUJĘ. Serio, no!
Po prawej zapraszam do akcji blogowej (i nie tylko) i na cukierasa.
Pin It Now!
piątek, 10 lutego 2012
NSaS - Jest Tata i jest MAM ;)
Czasem bywa, że mama wybywa. Rzadko, ale bywa. Np. na próbę Teatru Ognia. I wtedy Tatko zostaje z Gżdaczem sam na sam.
Generalnie problem to to nie jest. Tatko zdolny jest i obsługę Jej Maleńkości ma opanowaną. Z jednym wyjątkiem. Otóż wśród tatkowych talentów brak jednego: Mleka produkcji!
Mleko Mamcia może odciągnąć i Tatce pozostawić. Ale jak je zapodać do otwartego dzioba? W wężyki plastikowe Tatki oplatać nie chcieliśmy, więc w ruch poszła przesłana nam przez MAM butla. Taka o:
Co mogę napisać? To jak dotąd jedyny (pozaszpitalny) kontakt Aurory z butelką. Nie mamy więc materiału porównawczego. Z relacji Taty (który kategorycznie odmówił opisywania swoich przeżyć samodzielnie) mleko zostało pochłonięta błyskawicznie (Mama sprawdziła - faktycznie płyn z butli wypływa dość szybko). Kolki nie stwierdzono, ale Dzieć nasz (odpukać itp...) jak dotąd kolki nie doświadczył. Ze ssaniem piersi po powrocie Matki marnotrawnej problemów też nie było.
Zdecydowanymi plusami tej flaszeczki są:
- wygląd :D
- łatwość mycia - rozkręca się jak widać:
i można wszystko dokładnie domyć bez problemu.
- Jest samosterylizująca, więc gotować jej nie trzeba (co mi wisi akurat, bo i tak poprzestałabym na przelaniu wrzątkiem).
- Nie zawiera BPA (Można? Można!).
- Smoczek wykonany z "jedwabistego silikonu" ma być w dotyku zbliżony do maminej piersi. Chyba działa. W każdym razie Smoczyca wyglądała na zadowoloną (patrz wyżej).
- No i umożliwia Tatce i Córce wejście na nowy poziom porozumienia. A Matce wypady na miasto ;D
P.S. A moje światłe opinie MAM chce zamieścić przy swoich produktach. Ha!
Autor:
Wiewi00ra
o
13:42
4 komentarze:
klucze:
Aurora,
Dom,
dzieci,
Inko Gni To,
małżeństwo,
Mąż,
metki,
My,
Przemek,
Teatr Ognia,
zdjęcia
wtorek, 7 lutego 2012
NSaS* - Dziecko Syna Jana: plus-minus
Jonson's Baby sponsoruje nadal kąpiele Maleńkiej Cesarzowej. Albo to przypadek, albo wyjątkowo czujni są, bo po notce o tym, że Aurora to niskokosmetykowa jest i większości kosmetyków użyliśmy raz lub dwa - następna paczuszka od firmy zawierała... Drugą butelkę tego:
Czego akurat używamy codziennie. Mimo to nie skończyliśmy jeszcze (!!! przez 3 miesiące) pierwszej butli. Lepszej reklamy wydajności specyfiku chyba nie trzeba :D Uwielbiamy i dziękujemy :)
Niestety, zawartość poprzedniej paczki:
Czego akurat używamy codziennie. Mimo to nie skończyliśmy jeszcze (!!! przez 3 miesiące) pierwszej butli. Lepszej reklamy wydajności specyfiku chyba nie trzeba :D Uwielbiamy i dziękujemy :)
Niestety, zawartość poprzedniej paczki:
to jedyny produkt Jonsona, z którego nie jesteśmy zadowoleni. Coś z tym mleczkiem jest nie tak (może jakiś wybrakowany egzemplarz nam się trafił?).
Pachnie ładnie i skóra się nie uczula, i ładna jest i w ogóle, ale się "kula". Od czasu do czasu przy wyciskaniu z buteleczki, na jednorodnym bladoróżowym tle pojawiają się niteczki czegoś ciemnoróżowego (jakiś wytrącony barwnik?), a czasami (bo nie przy każdym użyciu) na skórze przy wsmarowywaniu robią się takie wałeczki, farfocle, no nie wiem.
Noworodkowe zdecydowanie było o nieeeeeeeeeeeeeeeebo lepsze.
A pisałam już, że płyn do kąpania naprawdę nie szczypie w oczy? Nie szczypie.
*NSaS - Notka Sponsorowana acz Szczera (przypisy autorki)
Pin It Now!
sobota, 28 stycznia 2012
Wkopana przez Srokę
Wkopana przez Srokę zostałam. Wkopana w zabawę w wymienianie seriali. Które oglądam.
No i klops! Bo nie oglądam. No dobra. Jeden oglądam. W moim serialowym wszechświecie niepodzielnie i nieodwołalnie króluje:
Wielbię! Haus moim guru! Tworzę nową religię. Boski i niedościgniony wzór i ideał. Gdybym nie poznała swojego Męża, to... Absolutnie nie chciałabym wyjść za Hausa, ale i tak bym Go uwielbiała. Och...
Dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugo nic...
Lubię Kusego. Uwielbiam Michałową. Babka wymiata. Ale wszyscy mogą się schować przy Solejukowej. Genialna postać i genialna rola. Postać głęboko ludzka i piękna. Rola zagrana wirtuozersko, z olbrzymim dystansem do siebie i cudownie wiarygodnie.
A reszta to prehistoria. Kiedyś oglądałam. Czterech pancernych.
Robin Hooda
(Jak byłam mała. Michael Praed to jedyny aktor, w którym naprawdę się kochałam. Marion była świetna i cudownie ruda, a Ray Winstone zauroczył mnie dużo później. Enyę uwielbiam po dziś dzień.).
Twin Peaks. Bo cała familia oglądała. Bałam się tego serialu, a rozpoczynająca melodia wpędzała mnie w depresję, ale oglądałam.
Pewnie dużo jeszcze, ale te akurat pamiętam najlepiej :D.
Do zabawy zapraszam:
Kogla-Magla
Mamę Tygryska
Agrafkę
Fionnę_apple
Zasady:
1/ dodaj obrazek - logo
2/ napisz, kto Cię wkopał :)
3/ wymień kilka swoich ulubionych seriali wraz z krótkim opisem
4/ zaproś do zabawy co najmniej 5 innych blogerek
P.S. Zapomniałam dodać, że Hous'a lubię jeszcze dlatego, że charakterologicznie Przemko ma sporo z Chase'a :D:D:D
Pin It Now!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































