Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 grudnia 2015

Naczynia stołowe, góry i ziarnka piasku (a także o tym komu tak naprawdę robimy dobrze)

Mam taką swoją teorię, że nie ma czegoś takiego jak bezinteresowne działanie. I bynajmniej nie twierdzę tak powodowana rozgoryczeniem czy cynizmem.
Po prostu uważam, że każde dobro, które wyrządzamy innym, przynosi i nam jakąś korzyść. I nie chodzi mi o rzeczy na tak wysokim poziomie abstrakcji jak karma i przepływy kosmicznej energii.
 Każdy dobry uczynek przynosi nam - czy to przyjemność, czy poczucie znaczenia i wpływu, czy w końcu potwierdzenie swojego obrazu jako dobrego człowieka w oczach własnych i cudzych. I nie ma w tym nic złego - wręcz odwrotnie - to cudowne!
Z drugiej strony i analogicznie - każde zrobione innym świństwo odbija się w ten czy inny sposób karmiczną czkawką.
(Podobne opinie w tym temacie znajdziecie tak w buddyzmie jak w chrześcijaństwie Nowego Testamentu).

 Czemu o tym piszę? Bo chciałam trochę o wdzięczności. A jakoś tak (mam wrażenie) się u nas utarło, że jak mówimy "wdzięczność", to główny myślowy wektor obiera przede wszystkim zwrot na "komu"?
Takie zaś pojmowanie wdzięczności kojarzy mi się z rodzajem długu, koniecznością (przymusem) podziękowań na ozdobnym blankiecie i czymś raczej obciążającym niż miłym.

Zaś dla mnie wdzięczność - spontaniczna, nie zawsze ukierunkowana, lub właśnie zmierzająca we wszystkie strony na raz - jest uczuciem niezwykle radosnym, lekkim - po prostu wspaniałym.
 I naprawdę - nawet, kiedy trudno powiedzieć, czy tą wdzięczność winnam sobie, ludziom wokół mnie czy losowi, który pozwolił mi ich spotkać - jest to stan bezcenny i myślę że warto szukać sobie do niego powodów i okazji.

Możesz to duchowo-psychologiczne ćwiczenie nazwać jak zechcesz: "liczenie błogosławieństw", "słoik szczęścia", "kropla miodu", "praktykowanie wdzięczności". Możesz to, co sprawia że Twoje życie - choć na moment - staje się piękne i dobre zapisać, namalować, wykrzyczeć albo tylko sobie wyobrazić. Ale w tym czasie podsumowań, na granicy, gdzie stare przechodzi w nowe, kiedy dzień pokonuje noc - zachęcam i namawiam, żebyś spróbował znaleźć w sobie powody do wdzięczności - sobie, ludziom, Bogu, przypadkowi - bez znaczenia.

Ja tych powodów mam niezmiernie wiele. Wszystkich wymienić nie zdołam. Są ogromne, jak góra i maleńkie jak ziarnko piasku. Są w mojej przeszłości i teraźniejszości, a niektóre nawet w czasie przed moim narodzeniem, tuż obok i po drugiej stronie globu.
Dwa najważniejsze właśnie pochrapują obok mnie.

Mam taki plan, żeby z (względną) regularnością zapisywać to, co napełnia śpiewem moje serce i uskrzydla moje stopy.

Dziś tylko dwie z rzeczy wielu i - jak napisałam - jedna góra i jedno ziarnko.

Góra to moja Wioska przez wielkie W. Powstała wbrew moim obawom i wątpliwościom. Ciągle powodująca moje zadziwienie i bezbrzeżną radość. Dziesięć rodzin tworzących Miejsce. Kilkadziesiąt osób, o odmiennych często poglądach, temperamentach i wizjach, ale połączonych wspólnym celem i zmienną, żywą i z dnia na dzień gęstszą siecią relacji. Odważnych, twórczych i nie bojących się zmian (a w każdym razie gotowych na nie).

Ziarnko to zapach żywicy i piernika w moim domu. Taki drobiazg, a taaaaaaka radość.

Poświątecznie (jak zawsze spóźniona) i noworocznie życzę Wam wszystkim wielu powodów do wdzięczności. Nie ważne komu.

Kielich przeobfity, szklanka bardziej niż w połowie pełna :)
Pin It Now!

piątek, 1 czerwca 2012

Kochanie

Światełko, Ździebełko, Muszelko, Szkandelko, Misiatko, Uszatko, Kozico-łobuzico, Brykadlątko, Kruszątko, Szlafmyczko, Dydłoniu, Dudlaku, Chochoniu, Tygrysiczko, Stokrotko, Patataju, Tymotko, Córko-jaszczurko, Słoninko (że mała słoniczka znaczy - mądra i silna), Bambetlu i Koniczynko:


Wszystkiego szczęśliwego z okazji Twojego Pierwszego Dnia Dziecka 
(po tej stronie Mamy)
Życzą
Mama i Tata
:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*

I wszystkim innym dzieciom małym i dużym takoż :)
Pin It Now!

piątek, 11 maja 2012

Blogowe przerzucanki

Dwie mnie namierzyły. Czemu nie :)
Zostałam zaproszona do zabawy "5 rzeczy, bez których nie wychodzisz z domu". Trzeba:

  1. Wymienić osobę, która nas zaprosiła -  AliSwiat
  2. Wymienić 5 kosmetyków, bez których nie wychodzimy z domu.
  3. Zaprosić 5 kolejnych blogerek do wspólnej zabawy.
Ostatnio nie wychodzę z domu bez:

  •  kremu przeciwsłonecznego BabyDream
  • chusteczek dopupnych Pampers Sensitive (to kosmetyk? uznajmy, że tak)
  • prasowanego pudru Joko
  • butelki mineralnej, niegazowanej (Saguaro najczęściej)
  • bezbarwnej pomadki Melisy
 A do zabawy zapraszam Kaszydło, Gusla1, Agrafkę, Idyjotkę i Igłę, która to Igła zaprosiła mnie do tagowania.

Zasady:
  • Odpowiadasz na 11 pytań przyznanych przez "Tagger" na swoim blogu.
  •  Wybierasz 11 nowych osób do tagu i wymieniasz je w swoim poście.
  •  Tworzysz 11 nowych pytań dla osób oznaczonych w TAGu i piszesz je w swoim TAGowym poście.
Wybaczcie, nie będę wymieniała 11 blogerek, ale jeśli ktoś zechce wziąć udział - zapraszam :D Częstujcie się moimi pytaniami.

Moje odpowiedzi na niemoje pytania:

1. Jaka była najpiękniejsza chwila w Twoim życiu?

Przychodzą mi do głowy dwie oczywiste, ale myślę, że było w moim życiu dużo więcej małych szczęść,  może nie tak spektakularnych, a cudownych. Zasadniczo wychodzę z założenia, że najpiękniejsze zawsze jest przede mną.

2. Twoim największym marzeniem jest...?

Zawsze być z moimi bliskimi. Zawsze mieć o czym marzyć.

3. Złowiłaś złotą rybkę, która obiecuje spełnić Twoje 3 życzenia. Prosisz ją o...
Zawsze być z moimi bliskimi. Zawsze mieć o czym marzyć. I może, żeby każdy czuł się kochany. Wiecie, tak na dokładkę. Nie, nie startuję w konkursie Miss Czegokolwiek ;)

4. Doba wydłuża się o 1 godzinę. Przeznaczasz ją na...?
Sen.

5. Dowiadujesz się, że koniec świata nastąpi za 24h. Jak wykorzystasz ten czas?
Tak jak planowałam, zanim się dowiedziałam, bo nie uwierzyłam.

6. Jaką książkę chciałabyś przeczytać?
Każdą. No, po za tymi nudnymi i głupimi.

7. Najbardziej szaloną rzeczą jaką zrobiłaś było...
Urodzenie się.

8. Twoim ulubionym kwiatem jest...?
Konwalia.

9. Piosenka, która wywołuje u Ciebie największe emocje to...? Odpowiedź uzasadnij.
Muzyka generalnie mocno na mnie działa, ale nie mam ulubionej piosenki. Z powodów sentymentalnych sympatią darzę "Wiara, nadzieja, miłość" Kasprzyckiego i "Bonny Portmore" Loreeny McKennitt, ale nie mogłabym powiedzieć, że to akurat one.

10. Najbardziej lubisz...?
Życie, Przemka i Aurorę, nie koniecznie w tej kolejności.

11. Ulubiona pora roku to...? Dlaczego?
Kiedyś powiedziałbym, że wszystkie, teraz - lato. Bo jest ciepło i nie trzeba nosić tylu ciuchów.

Moje pytania na Wasze odpowiedzi:
  1. Czemu trawa po deszczu tak pachnie, że nie wiem? 
  2. Jak gwiazdy wchodzą do snów? I czy, kiedy topią się w winie/miodzie, to się rozpuszczają, czy opadają na dno?
  3. Po co są słowa? (Tylko własnymi słowami proszę).
  4. Czym się różni krokodyl i dlaczego ogórek nie śpiewa?
  5. Gdzie się podziały Wasze daktyle?
  6. Dokąd tupta nocą jeż?
  7. Czy kiedykolwiek udało Ci się zmienić coś w sobie? Ale nie ściemniaj.
  8. Dlaczego blogujesz (:D)
  9. Czy jesteś szczęśliwa?
  10. Pasja poruszająca Twoje serce i wyzwalająca kreatywność to:...
  11. Czemu jestem cudowna?
Pin It Now!

środa, 2 maja 2012

Bierz Lub Wyrzuć! i odurzenie

Tatki nie było, a Dziecko tęskniło.
Na basenie z Mamcią rozglądało się za Nim i popłakiwało. W nocy chlipało przez sen, póki Mama poduszki Tatą pachnącej nie zapodała. Wtedy nos wtuliło i już spało spokojnie.
Rzec by się chciało: "Tatko nie wraca ranki, wieczory,
we łzach go czekam i trwodze..." (Kto wie skąd to i czyje? Jam po dziadku skażona dziedzicznie, nie mogę nie wiedzieć.)

Ale w końcu wrócił był. No i był bal!

Gdyż albowiem Dzidzioł wkroczył w poważny wiek sześciu miesięcy. Pół roku - uwierzycie? Wyjątkowo długie i intensywne pół roku Matki Skromnym Zdaniem. I cudowne absolutnie, nie da się ukryć :D.

Z tej okazji Orka GłodomOrka została po raz pierwszy zaproszona do stołu nie w charakterze biernego obserwatora, a jaknajbardziej aktywnego pożeracza. Dokonało się to na kolanach Tatki, pod czujnym okiem Mamci i w asyście CiotKaszydła.


W karcie znajdowały się: kaszka jaglana z wody oraz jabłunio, marchewka, cukinka i buraczek na parze.
Wykwintne owo danie zostało potraktowane należycie, a mianowicie - obejrzane, pomacane, pomemłane, pociamkane i częściowo wyplute i rozsmarowane, a częściowo (widzieliśmy dowody niezbite nazajutrz) - połknięte.

Drugi obiadek to zdekonstruowany barszczyk (paluchowate kawałki indyka, buraka, ziemniaka, pietruszki i fasolka szparagowa wyłowione z zupy, oraz łyżeczka płynu zapodana przez Mamę).

Dziś na śniadanko było jabło, grucha i chlebek z masełkiem. A na obiad brokuł i fasolka.

Szalejemy!

Było mniej bałaganiarsko, niż sądziłam. Wprawdzie brokuł był nawet na czole, kawałki pietruszki znalazły się na maminej twarzy, a cukinia okazała się świetnym pociskiem balistycznym stół-podłoga, ale po za tym - pełna kultura :D

Co do akcesoriów. Śliniaki z rękawami i jeden z rynienką (znanej marki, za grosze nówka z drugoręczniaka) nabyliśmy już dawno, ale tuż przed pierwszym obżarstwem przypomnieliśmy sobie, że nie kupiliśmy tacki. Następnego dnia odbyliśmy więc pielgrzymkę do jaskini występku (sklep wielkopowierzchniowy) celem posiąścia ówtej. Jednaowoż okazało się, że dostępne wzornictwo nie do końca odpowiada naszym gustom. Już mieliśmy podążyć do kasy z wyrobem nie całkiem nas satysfakcjonującym, kiedy w oko wpadł nam twór wspaniały, z naturalnego tworzywa (drewno), z obrzeżem z trzech stron, utrudniającym rozrzucanie, jedną stroną otwartą umożliwiającą łatwy dostęp do zawartości i zagiętym rantem utrudniającym (że uniemożliwiającym, to się nie łudzimy) wywalenie wszystkiego do góry nogami.

Jak się na pewno domyślacie była to... stolnica! Polecam naprawdę. Jest stworzona do BLW.

W ogóle BLW to mój kolejny ulubiony nurt rodzicielski. Łatwe, przyjemne, bezstresowe dla obu stron i dostarczające kupę radości. Tzn. z tym bezstresowym, to podobno akcje z krztuszeniem niektórych wykańczają. Aurora parę razy krztusiła się własną śliną, ale jej to nie zaszkodziło, więc mam nadzieję, że przetrwamy. Na razie, jako się rzekło, żuła ładnie i łykała nawet, co podobno na początku nie zawsze się zdarza.

A dziś na działce Dzieć spojrzał z daleka na Tatkę i rzucił od niechcenia "Etatata" i wrócił do swoich zajęć.
A Tatko tego nie słyszał, bo kosił trawę.

A teraz jest burza i zapach powietrza wpadającego przez otwarte okno odurza totalnie. I przepięknie na blaszanym dachu, na którym w dzień wygrzewał się kot, bębni ulewa i grzmot. I dwa sny się snują tuż obok mojego odurzenia, mniejszy jeden, a większy drugi. A w dzień czekoladą pachniała dzielnica i przypomniało mi się jak świetnie, jak kapitalnie w Tym Mieście mieszkać. I wdzięczność za rzeczy wiele mnie przepełnia, a żal, który był (a był) wypalił się białym ogniem do cna, że nawet popiołów. I słucham deszczu i snów dwóch, co się śnią pięknie tak. I splatają tak z deszczem, i w powietrzu snują, że prawie, że niemal dotknąć możesz, prawie zobaczyć, kruche jak wiosenna zieleń bukowych listków i lipowych serc.

A dobranoc i Wam :)
Pin It Now!

sobota, 28 kwietnia 2012

Łyżka dziegciu

Miało być odrabianie zaległości codziennych, ale nie będzie. Będzie o mendzeniu.

Lubię ludzi, którzy mają poglądy od moich odmienne.
Nawet tych, z którymi się o te poglądy kłócę.
To mi nie przeszkadza nadal ich szanować i darzyć sympatią.

Ale małych mend nie cierpię serdecznie i pierwsza podpisałabym się pod nakazem natychmiastowej ich eksmisji np. na Marsa (biedni Marsjanie). Nie cierpię podwójnie: z przyczyn zasadniczych i jako choleryczka, która konflikty woli wysadzać w powietrze natychmiast, tu i teraz metodą konfrontacji bezpośredniej, a nie kisić je, i wysyłać zatrute liściki pocztą.

Zdarza mi się wrzeszczeć na i obrażać ludzi, których lubię i cenię. I przypuszczam, że potrafiłabym udawać sympatię do kogoś kogo nie cierpię. Ale jak dotąd nie znalazłam wystarczająco dobrego powodu do podejmowania się podobnie obmierzłej czynności.

Wolę wygarnąć prosto w oczy co mi leży na wątrobie.
Do niedawna (wybacz mi płci moja) byłam skłonna przyznawać, że małe mendy to raczej wyrodki żeńskiej natury, ale ostatnio w moim bliskim otoczeniu zaczęły pojawiać się małe mendy męskiego typu - nie mniej obleśne od poprzednich (a myślałam, że faceci w najgorszym wypadku dadzą sobie ordynarnie, acz uczciwie po mordach, i mają z głowy).

Mała menda po mordzie nikomu nie da (z zasady jest małym tchórzem). Mała menda będzie knuć. To męczydusza. Tu puści plotkę, tam wbije szpile. Przed konfrontacją umknie (miała Bardzo Ważne Sprawy naturalnie) lub się wyłga/wyprze.
Jeśli masz władzę, lub się Ciebie obawia - będzie się z Tobą zgadzać niemal we wszystkim i będzie Twoim wspaniałym kumplem (co nie przeszkodzi jej obrobić Ci zadka za plecami).  Jeśli ma nad Tobą jakąkolwiek formę przewagi - będzie ją podkreślać przy każdej okazji i znęcać się w swoim własnym mendowatym stylu.

Mała menda udaje skromnisia, ale łatwo ją poznać po tym, że za grosz nie ma dystansu do siebie. Ani poczucia humoru na własny temat. Jest małoduszna i drobiazgowa. Mściwa bardziej ode mnie.
Mała menda nie umie grać zespołowo. Kiedy zespół pracuje - jej nie ma (ma oczywiście BWS). Pierwsza wypina pierś do orderów, które zespół zdobywa (MY zdobywamy). Ale kiedy zespół zbiera baty - jest ostatnia do wypięcia tyłka. Jest pierwsza do krytykowania i pouczania, ale ostatnia do realizacji czegokolwiek, włącznie z tym co sama proponuje.

W zespole, w którym mała menda się zalęgła, atmosfera waży się i kiśnie. Tworzą się grupki i podgrupki. Ludzie niepewnie popatrują na siebie zastanawiając się kto z kim trzyma. Ważą słowa swoje i cudze, i szukają w nich drugiego dna. Zaufanie bierze w łeb. Biada takiej grupie, bo z mojego doświadczenia - w 9 na 10 przypadków szlak ją trafia. Bo małe mendy nie działając wprost, a opłotkami - najpierw są trudne do wykrycia, a i potem w zasadzie trudno im coś konkretnego zarzucić. Bo stwierdzenie "psujesz atmosferę w grupie" wydaje się mało poważne. A małej mendy nie da się powstrzymać inaczej, niż przez definitywne pozbycie się jej z otoczenia (albo usunięcie samego siebie z jej pobliża, co bywa łatwiejsze do przeprowadzenia).

Czasami, kiedy mała menda czuje za plecami popleczników - sięga po władzę. Bo mała menda władzę lubi, oj lubi. Ale że we władzy widzi jedynie środek do podbudowania swojego ego (ew. źródło korzyści materialnych i nie tylko), i zależy jej wyłącznie na własnym interesie - to prędzej, czy później coś partoli.

Wtedy najczęściej okazuje się, że ma bardzo ważne sprawy rodzinne/zdrowotne/inne obiektywne okoliczności, które nakazują jej rezygnację z funkcji. Albo menda wyjeżdża. Albo się obraża. Zasadniczo znika za horyzontem.

Małe mendy, to generalnie osoby (z braku innego określenia) mocno zakompleksione, ale próbujące grać herosów, które żyją w wiecznym i śmiertelnym strachu, że ktoś odkryje, jak bardzo są małe i tchórzliwe. I ja nawet bym im współczuła, gdyby nie to, że swoimi knowaniami potrafią roz*%$&^%$%*!#$^^*yć nawet bardzo zgraną i fajną paczkę. I zniweczyć kawał dobrej roboty. Skłócić przyjaciół. Zerwać, albo mocno potargać więzi między ludźmi. Poszarpać nerwy. A nic na tym nie zyskują bo boją się i tak, i wciąż.

Jeśli ktokolwiek przy czytaniu tej notki zastanawiałby się, czy to o nim - NIE. Gdyby to było o Tobie, to już byś wiedział.
Pin It Now!

czwartek, 26 kwietnia 2012

Wstyd, okrzyki rozpaczy i co powinno się konsultować z żonami

Pośpiech, pośpiech, wszystko w biegu, Kangur, Hird, Teatr, zajęcia do szkoły rodzenia, flashmob, zlecenia, między przewijaniem a karmieniem, między gotowaniem a zakupami. A już zaraz platany/chrzciny/Wolin. A ja nieogarnięta taka.

A jeszcze Męża mi firma jego porywa na dni dwa prawie i to w łikend. Czy Wy też uważacie, że firma zatrudniająca ojców rodzin powinna takie plany konsultować z ich żonami? Zwłaszcza, jeśli dzieci tychże ojców przechodzą właśnie skok rozwojowy połączony z lękiem separacyjnym w pełnej krasie??? Noż kurde balans, że się tak oldskulowo wyrażę!

Na domiar wszystkiego ostatnio zostałyśmy z Orą przejechane. Rowerem. I do dziś mi głęboko wstyd z tego powodu. Otóż korzystając z cudnego słonka pogalopowałam radośnie z Dziecięciem do pobliskiego parku. Jest tam sobie w jednym, słonecznym miejscu głaz. "To naprawdę fajny głaz!", żeby zacytować pewnego Osła (W Szczecinie pełno się tego wala. Tzn. głazy mam na myśli, choć osły też się zdarzają, w urzędach i u władzy zwłaszcza.). Zaległam więc na owym głazie, wystawiając do słonka twarz i dziecko, i spozierając leniwie dookoła. Alejką obok jeździły sobie mamy z kółkami i większe dzieci. Na rowerkach. Widząc jedną taką cyklistkę jadącą z naprzeciwka (dziewczę lat na oko siedmiu, z ciemnymi warkoczykami) i wpatrującą się we mnie - nawet nie pomyślałam o ucieczce. No jechała w moją stronę, ale kurna chata, patrzyła na mnie oboma okami! Nawet mi stopa nie drgnęła w kierunku ucieczki. W związku z czym po chwili miałam na dżinsach od stopy do kolana gustowny szlaczek z rowerowego bieżnika.

Słuchajcie, ja nie wiem jaki to hormon zadziałał, ale myśląc, że gdyby rowerek był tak z 20cm wyższy, to jego kierownica nabiłaby potężny siniak mojemu dziecku - byłam gotowa kąsać, dławić i rozszarpywać. I zanim dotarło do mnie, że biedne dziewczę jest bardziej przerażone ode mnie - zdążyłam już wściekłym głosem zapytać je co wyprawia, gdzie są jego rodzice, poinformować, że mogło zrobić krzywdę mojej córce i zagadnąć, czy chce być ofiarą przemocy.
Wstyd mi głęboko wstyd, naprawdę.
Dziewczę wyrzuciło z siebie tak z piętnaście razy "Przepraszam", po czym wskoczyło na rowerek celem natychmiastowej ucieczki z miejsca zdarzenia (piratka!). Jednak, zanim ja zdążyłam ochłonąć, a ona odjechać zabrzmiał okrzyk "Do domu!" (wydany głosem, który osobom z mojego pokolenia niewątpliwie skojarzyłby się z "Emiiiiiiiiiiiiiiiiiiiil! Do drewutni!!!), a za okrzykiem pojawił się chybatato, który wrzeszcząc "Mogłaś się zabić!", "Jak Ty się zachowujesz?" i tym podobne - pognał sprawczynię w nieznane.
Biedna, mała sprawczyni.

A Aurora weszła w okres gaworzenia. Ku mojej dzikiej uciesze i nieskrywanej zazdrości Przemka, nosowe "Mamamamamamama" jest teraz sztandarowym okrzykiem ogólnej rozpaczy (jak "Bida, bida!" czy "Łojzicku!" u Nac Mac Feegów) i ewoluuje w stronę "mama" :D:D:D
Pin It Now!

środa, 7 marca 2012

Tona cegieł w środku nocy

Miłość do mężczyzny, odurzenie jego zapachem, zakochanie w uśmiechu dziecka, wzruszenie na dźwięk jego głosu. To są dyrdymały i pieprzenie kotka za pomocą młotka, dopóki...


Nie trafią właśnie w ciebie. Nie spadną ci na głowę, jak tona cegieł, nie zmiotą jak tsunami, nie rzucą na kolana i nie powalą na łopatki, tak, że nawet nie pomyślisz o oporze. Bo wszelki opór jest daremny.

"Ach, jaka słodka przemoc"
Frank Herbert

Ora właśnie popłakiwała przez sen, zaczęła się wybudzać i trzeć oczy. Kiedy je otworzyła i mnie zobaczyła - uśmiechnęła się cała (tak, wiecie - ustami, oczyma i w ogóle), uspokoiła i znów usnęła.

A Przemek to przespał :)

Nieustająco zapraszam na cukierasa:
Pin It Now!

poniedziałek, 20 lutego 2012

Dziecko kooperujące, aaaaa-psik, notka zniechęcająca i znowu w szkole

Pewna firma słoiczkowa chciała nas namówić na korzystanie z jej produktów. W tym celu wysłała nam tonę broszurek (w tym jedna o mleku modyfikowanym), słoiczek zmiksowanej marchewki z ryżem i próbkę herbatki.

Marchewka nawet niezła. Herbatka (w granulkach) składa się głównie z cukru.

Tylko w związku z tym, że planujemy BLW, to z żadnych tam przecieranych papek korzystać nie będziemy, a kalendarium rozszerzania diety od 4 miesiąca, to ja mogę spalić obrzędowo razem z bazgrołami Tracy Hogg.

Wcześniej od innej firmy dostaliśmy śliniak i próbkę mleka.

W związku z powyższym zniechęcam niniejszym firmy mlekowo-słoikowe do pisania do nas i namawiania na dowolną formę współpracy. Nie piszemy się. Ani na konkursy. Ani na nic. Dzięki.

A w piątek byliśmy znowu we trójkę w szkole rodzenia. Innej tym razem. Mówić o chustach.

Byliśmy z Martą,
która lideruje szczecińskiemu Klubowi Kangura i robiliśmy za bezwózkowych ekstremistów. Dodatkowo Przemko wzbudzał zaufanie panów, zapewniając, że to żadne babskie fanaberie.
Było bardzo pozytywnie, trzech tatów spróbowało się zamotać, prowadząca szkołę zachwycona. A Aurora i jej starsza chustowa koleżanka Hania debiutowały w roli modelek-demonstratorek. Demonstrowały jak spokojne jest dziecko w chuście. Albo jak śpi. Albo jak je. Wzbudzały (w pełni należyty) podziw i uznanie, oraz ochy i achy :D ("Ale tam jest żywe dziecko???").







Po za tym przygarnęliśmy zwierzątko. Podejrzewam, że jest wirusem (coby znaczyło, że nie jest zwierzątkiem, ale mniejsza) i najpierw miał je kolega Przemka z pracy. Przemko przygarnął i do domu przytaszczył. A teraz ja hoduję. Kicham, siąkam, boli mnie głowa, mam temperaturę, wszystko mnie wczoraj bolało i kaszlę. Przemka trzymało dni trzy. Zobaczymy, co będzie jutro. Mam tylko nadzieję, że Młoda nie nawiąże bliższych kontaktów ze zwierzem.

Jej Maleńkość ostatnio zadziwia nas podejmowanymi próbami kooperacji. Kiedy Ją przewijamy, to najpierw robi świecę wystawiając pupę do zabiegów higienicznych, a potem opiera pięty na przewijaku i podnosi tyłeczek w górę, kiedy wyciągamy pieluchę. Genialne :D A kiedy mówię "Aaaaaaaaaaa", podając jej witaminy najpierw wyszczerza się przeuroczo (Czy można się szczerzyć bez zębów? No, w każdym razie - Ona się szczerzy.) prezentując dołeczek w lewym poliku, a potem rozdziewa paszczę i grzecznie łyka. Ha!

(po krótkiej przerwie na karmienie)

Przy posiłkach Maleńka Cesarzowa ceni ostatnio konwersację. Dwa łyki - "LeeEeee" (modulacji nie sposób oddać na piśmie), pięć łyków - "AchGeeeEe", osiem łyków - "AaaaeEeeeuOoooooouu", łyk - "aguuUu".
Oprócz tego głowa jej lata jak na śrubkach. Przy karmieniu, w chuście, w koszu. W chuście zwłaszcza. Jeszcze trochę i trzeba będzie na plecy wrzucać!!!
Pin It Now!

wtorek, 14 lutego 2012

Jednak wcale nie ślepa

Jako odtwórczyni historii powinnam z założenia tępić walentynki. Bo nie rodzime! Bo Kupała! Bo Słowianie!

A figa.

Walentynki swoje za uszami mają. Nie rodzime - fakt. Skomercjalizowane do mdłości. Zinfantylizowane i kiczowate.

Ale.

Gdyby zwolennicy rodzimości zrobili Kupale taką reklamę jaką mają walentynki - nie byłoby o czym gadać. I o ile nie cierpię Halloween, bo odbywa się w czasie, który u nas tradycyjnie obchodzony jest zupełnie inaczej, o tyle walentynki nie przeszkadzają mi w obchodach Kupalnocki.

Dlatego:

P.S. A historia patrona tego dnia przeczy, jakoby miłość istotnie oślepiała. Wręcz odwrotnie ;)
Pin It Now!

poniedziałek, 13 lutego 2012

Notka nienapisana

To jest notka o zawiedzionym zaufaniu. O czymś co było, a już nie ma. O czymś co być mogło i już się nie stanie. O braku szczerości, a więc obłudzie. O cynizmie, który przenika dzisiejszą rzeczywistość i klei się do ludzi jak smar. I do tych, którzy się o nich otrą. To jest notka o pozorach i tym, co pod nimi.

Jest to notka bardzo śmieszna, ironiczna, ale zostawiająca na koniec posmak smutku w ustach.

Ale jest  to też notka o lojalności takiej, że powala na kolana. O zaufaniu absolutnym. O wartościach nieprzemijalnych i niezniszczalnych. Które czasem wypróbowywane są w ogniu (ależ mi się na patos zebrało!).

To jest notka bez faktów, bo niezorientowanym one i tak niewiele powiedzą, a zamieszanych w sprawę nie usatysfakcjonuje przedstawienie ich "po mojemu". To jest notka bez dyskusji. To jest notka o uczuciach, więc nie do dyskutowania. Więc bez sensu.

Jest to też notka o tym jak bardzo kocham i podziwiam swojego Męża.

I jest to na  koniec taka notka, której nie napiszę, bo ostatecznie nie ma po co...
Pin It Now!

środa, 8 lutego 2012

Ekstremalne zmienianie świata

Na jednym z kursów, jakieś dziesięć lat temu prowadzący zapytał mnie, czemu chcę być wychowawcą.

Stwierdziłam że większość młodych ludzi (przynajmniej z mojego pokolenia - dzisiejsze nastolatki są jakieś wybrakowane ;) ) chce zmieniać świat. A ja uważam, że wychowanie jest na to najlepszą/jedyną i właściwą metodą.

Niedawno na jakimś blogu (naprawdę nie pamiętam jakim) rozpisano konkurs "Co jest fajnego w byciu mamą?".

To (oprócz związku z drugim człowiekiem) najfajniejszy sport ekstremalny, jaki znam. Nieprzewidywalne zwroty akcji, wyzwania o jakich Ci się nie śniło, wszystko po raz pierwszy, a potem po raz setny, wszystko nowe i jedyne, nic Cię na to nie przygotuje - nie łudź się! Niespodzianka goni zaskoczenie. Stany maniakalno-depresyjne i rollercoaster to przy tym pikuś. Totalna ekstrema. Przygoda życia. Pełen odlot.

No i cholera - zmieniam świat :D

Pin It Now!

czwartek, 19 stycznia 2012

Azjatycka Komedia prawieRomantyczna i lew ukochany dziko memłany, a także słowa, słowa, słowa...

Czytam.
Chociaż ostatnio miejscami w których znajduję na to czas bywają:
a) komunikacja miejska
b) ławka w parku, jak przysiądę na spacerze
c) łazienka (tak, ja z tych jestem)
d) miejsce w którym akurat jem posiłek
Bo gdzie- , a zwłaszcza KIEDYindziej nie mam czasu.

Ale ostatnio pochłonęłam w tempie ekspresowym całą serię (pożyczoną od Kefiry) Claude Didierjean-Jouveau (oprócz "Nosimy nasze dziecko").




Rewelacja! Zaczytałam się. Napisane sensownym językiem i nafaszerowane faktami jak gęś kaszą. Piękne. Czytając o porodach nieco się rozkleiłam, myśląc o tym, czego nas pozbawiono (mimo, że mój poród nie był jakimś strasznym koszmarem, a jednak). Musiałam przestać czytać, bo to w parku akurat było i głupio się tak mazać na ławce. Szlak mnie trafia, jak czytam o faktach potwierdzonych badaniami, kompletnie lekceważonych przez (między innymi) polską służbę zdrowia. Żałuje, że nie przeczytałam tej serii przed porodem, bo może byłabym bardziej pewna niektórych swoich decyzji, może bardziej zdecydowanie obstawałabym przy swoim (naszym). Ale cieszę się, że przeczytałam je teraz. Bo są wspaniałe.
Polecam i zwolennikom rodzicielstwa bliskości i sceptykom i tym, co nie wiedzą o co kamon.

Nadgryzam teraz (też pożyczony od Kefiry) "Poradnik dla zielonych rodziców".

Przemogłam się, mimo że słodka Reni działa mi nieco na nerwy. Głównie za sprawą wyżej wymienionej właścicielki, bo jest to dziewczę, którego zdanie szanuję i cenię (a takich słów z ust moich za często nie usłyszycie).

I trochę poużalałam się nad sobą czytając o połogu. Bo koło mnie (po powrocie do domu) nikt specjalnie nie skakał (mąż trochę, ale głównie oboje byliśmy zaaferowani Młodą), nikt się wprowadzać nie chciał, obiadków gotowych nie dowoził, do mycia okien się nie rwał.

Nie to, żebym chciała, żeby ktoś naprawdę to robił. Czułam się nieźle, żeby nie powiedzieć rewelacyjnie, a szlak by mnie trafiał, jakby ktoś inny chciał Aurorę znów Nam zabierać, albo po kuchni mi się kręcił.

Ale zaoferować by się mogli. Wykazać zainteresowania trochę. A tu nic, a nic. Czysta bezczelność, chlip i wzdech...

Aha, z tego miejsca dziękuję Tłarosiowi, która jako jedyna złożyła ofertę pomocy technicznej, dała się wykorzystać zakupowo, a jak przyjechała, to sama sobie herbatę robiła. :D


Aurora nadal odkrywa łapki. Obserwuje nieufnie, jak jej wejdą w pole widzenia. Mlekopodajnik miętoli usilnie. Dodatkowo ruszyły dziewczęciu ślinianki i płynie rzeeeeka śliny. I wszystko jest dobre do pociamkania. Łapki, palec Taty, łapki, Leonidas, łapki, kocyk (wpakowany oburącz do paszczy!), łapki, ucho Onufrego i łapki.

Jutro jedziemy na pierwszą wizytę u okologa. Od oka, żeby nie było. Okulisty znaczy. A książeczka zdrowia ukradziona przez pielęgniarkę od ortopedy się znalazła. Odniósł tata następnego pacjenta, do którego torby pielęgniarka ją wpakowała. Tylko, kurka wodna czemu po 2 tygodniach dopiero?!?!?!

 Z innych inności - szykujemy z Inko Gni To Azjatycką Komedię nie-całkiem-Romantyczną na szczeciński konwent japonofilów "Shi: Bishoku". Jak ktoś będzie w okolicy, to zapraszam - my szykując ją turlamy się ze śmiechu.


A ja szyję namiętnie. Jak uszyję, to pokażę.

I pamiętajcie głosować - 
i na chabazie (ostatni dzwonek!)
:D
Pin It Now!

środa, 28 grudnia 2011

Blask

Narażę się wszystkim nowoczesnym Paniom domu, narażę solidnie.
Ja wiem, że można Święta spędzić w dresie i jedząc kupne pierogi, za to bez stresu i w świętym spokoju. Ja nawet jestem w stanie dostrzec w takiej modle spędzania Bożego Narodzenia nieco zalet. Ale to nie moje Święta byłyby. Ja - wybaczcie mi wszystkie dbające o siebie, feministyczne i wyzwolone - ja wolę nie dospać, nie napisać notki na blogu, wnerwić się pięćset razy, paść z wyczerpania na pysk i naderwać kręgosłup.

Nie dlatego, że "tradycja", że "wypada", czy żeby kogokolwiek zadowalać. Ja to wole uczynić dla własnej ekstazy. Na widok doskonale eklektycznej choinki, na której są wysmakowane bombki, ozdoby czynione ręcznie przez trzy pokolenia kobiet, cukierki, ciasteczka, pierniki, orzechy, frywolitki, szyszki, światełka i akurat-w-sam-raz dobrana (przez Przemka) ilość włosów anielskich (lawety, jak stwierdził znajomy dzieć). Dla dzikiej satysfakcji, jakiej doznaję na widok pięknie ubranego i jęczącego pod przysmakami stołu. Euforii, w jaką wprawiają mnie świąteczne zapachy. Ja to mogę okupić nawet przedświątecznym powarkiwaniem na Męża. On z kolei zdecyduje się na podobne wyrzeczenia dla wysprzątanego na błysk mieszkania :D (wcale nie na błysk, no co ty, po wierzchu przejechane). Może to i powierzchowne. Prawie na pewno.



Ale to moje zmęczenie i moja euforia, więc po za Mężem - nic nikomu do tego. Ja tak chcę i tyle :D Raz na jakiś czas mogę pocierpieć w imię piękna :D

Inna sprawa, że w tym roku pojechaliśmy po bandzie. Menu naszej imprezy nieco nas przerosło. Po za barszczem, który tradycyjnie już kisze na lewobrzeżną (Żukowską&ską) Wigilię (jako pierwsza po prababci, której się to udało - mama i babcia zrezygnowały po pierwszej próbie, a ja wymiatam :D) mieliśmy do przygotowania całą imprezę pierwszo-dniowo-świąteczną (na 14 osób licząc Aurorę), na której menu złożyły się (a tak, chwalę się, bom z nas dziko dumna :D):
  1. pierogi z makiem
  2. pierogi z kapustą i grzybami (przy współudziale Kaszydła)
  3. kapusta z grochem w wersji postnej i sytnej
  4. jajka z kawiorem
  5. śledzie w oliwie 
  6. śledzie w jogurcie
  7. sałatka jarzynowa
  8. ucha (zupa rybna)
  9. gęś marynowana w winie, faszerowana kaszą gryczaną
  10. piernik piwny w dwu wersjach
  11. orzechowiec
  12. pieczone jabłka
(krajobraz po bitwie ;) - przed nie zdążyłam z aparatem)
Ha! Dodam jeszcze, ze po za numerami 2, 4, 5, 6 i 7 - są to potrawy w naszych rodzinach dotąd nie podawane :D I po za śledziami wszystko wyszło przednio, smacznie, niebiańsko i pachnąco :D:D:D (śledzie nie bardzo, bo okazały się nie pierwszej świeżości niestety - sprzedawcy już więcej nie zobaczycie i nie pytajcie, gdzie został zakopany - wiecie tuż obok nas jest plac budowy ;) ).

Wigilia była rodzinna, ciepła, jak zawsze spóźniona i lekko zabiegana aż do momentu zasiądnięcia za stołem (najpierw jednym, potem drugim), obfita w prezenty i życzenia.

Impreza nasza była nerwowa jak mysz w klatce z 12 kotami, ale ostatecznie satysfakcjonująca, kolędująca i tłoczna :D

Drugi dzień - tradycyjnie rozpoczęty w lesie Rajdem Herbacianym, na którym z roku na rok coraz liczniej prezentowane jest pokolenie Aurorowe. Potem (też tradycyjnie) obiad u Mamy.
Popełnione przez Męża i Tatę


A potem był w końcu wieczór taki, jak być powinien. Cichy i błogi, w mroku rozświetlonym lampkami choinki, przy lampce wina/soku porzeczkowego i świecach, w cieple i bliskości, ze śmiechem Dziecka.
I wiecie, są takie uśmiechy, jest taki wilgotny blask oczu, których nie da się opisać i uwiecznić na zdjęciu. Których piękno jest ulotne jak zapach jodłowych gałązek i kruche jak opłatek, miękkie jak włoski na małej główce, i niezapomniane jak Miłość.

I takiego piękna Wam życzę dalecy znajomi i bliscy nieznani, przyjaciele oraz krewni królika, stali bywalcy i przypadkowi przechodnie i Tobie, która sama nie wiesz, co tu robisz.
Z okazji Świąt, co już minęły,  a przecież trwają w tej jednej małej chwili. Z całego, przepełnionego wdzięcznością serca.

Wiewi00ra
Pin It Now!

czwartek, 22 grudnia 2011

Ja pierniczę, dawanie w kość i wzruszenia

Ja pierniczę! I nie zamierzam na razie przestawać ;)

Po raz pierwszy zapraszamy do siebie Familię w pierwszy dzień Świąt (Wigilię tradycyjnie dzielimy pomiędzy lewo i prawobrzeżną imprezę). W związku z tym wzięłam się (nie bez satysfakcji) za kucharzenie (przepisy naturalnie, sukcesywnie dorzucać będę do Wiedźmienia). Zaczęłam od kiszenia barszczu oraz wypiekania piernika, z przyczyn technicznych, a także, żeby wprawić się w nastrój sztachając boskim aromatem :)

Skok rozwojowy daje Nam nieco w kość. Krzyżową konkretnie. Bo w momentach marudności Maleńka Cesarzowa nie uznaje innych opcji niż noszenie w jedynej słusznej (w tym momencie i przez nią wybranej) pozycji. Odwoływanie się do zdrowego rozsądku, uczuć wyższych, groźby i obietnice nie skutkują. Chwała chuście :D:D:D To jedyna obecnie znana metoda poskramiania PotwOrki.

Dostałam (via Internet) dwa listy.
Pierwszy od Koleżanki z przedszkola. Spotkanej potem w liceum (2 lata w jednej klasie), od tamtej pory nie widzianej (acz zachowanej we wdzięcznej pamięci). Z listy obserwujących wiedziałam, że czytuje Chabazie. A teraz dostałam od niej cudowny list, pełen ciepłych i przemiłych słów o moim pisaniu. To jest właśnie dla mnie kwintesencja Świątecznego Obdarowywania. Bo przecież swoje podobanie mogła zachować dla siebie. Mogło jej się nie chcieć przelewać "podobania" na monitor. Ale jej się chciało. I przelała. I wprawiła mnie w zawstydzenie, i wzruszenie przyjemne bardzo :)
Dziękuję.

Drugi od Przyjaciela. Dawno nie widzianego, bo nasze ścieżki rozeszły się w różne strony. Intymny i mówiący o tym, co ważne. O przyjaźni i dobrych myślach, dobrych życzeniach. Piękny w formie. :)
Dziękuję.

Listy to przepiękna rzecz jest. Niezwykłe zjawisko. Lubię pisać i lubię dostawać. To taka forma, nad którą trzeba pomyśleć. Nie można (nie należy) wrzucać w nie byle jak i byle czego. To jak z dobrą potrawą :)

I tą zręczną kulinarną klamrą, nawiązującą do początku mojej notatki, zamykam temat i wyruszam z Dzieciem moim do ortopedy. Myślicie, że zmiesza mnie z pośniegowym błotem w związku z chustą?

P.S. Na deser Lew Leon(idas) kocim zwyczajem lubiący wygrzewać się w ciepłych miejscach. Zwłaszcza po dobrym pranku ;)
Pin It Now!

środa, 14 grudnia 2011

Trzy obrazki z mamami

Ale najpierw jeden z Nami:

Trochę niedospani, trochę zgonieni. Czas prywatny nieco się skurczył. Ale wystarcza. Na wspólne bycie. Na spacer. Na zagapienie się na Księżyc. Na zapatrzenie w Naszą Córkę. Na zachłyśnięcie sobą.
Na co komu sen? ;)

Doszłam do wniosku, że Wszechświat uknuł spisek w celu przyprawienia mnie o pomieszanie zmysłów. Ktoś po nocach (między karmieniami) filcuje mi śpiochy i pajace. Zamienia czapeczki na rozmiar niżej. Mąż prawdopodobnie co noc przeplata kosz na nowo, tak, żeby był mniejszy.
Przecież moja Kruszynka, moje Maleństwo wcale, a wcale nie urosło! No serio!

Jej Maleńkość miała być dziś szczepiona, ale trafiła nam się Pani Pediatrka (równa babka), która stwierdziła, że ona woli, jak dziecko do kłucia większe jest. Ogólnie taka pronaturalna raczej :D.
Nazachwycała się nad Aurorą (zupełnie słusznie), że taka śliczna (po Tatusiu), taka wesoła i pogodna (po Mamusi), taka mądra (No Ba! Ale po kim, to pojęcia nie mam.) bo wodzi już oczkami, silna taka, tak tułów prosto trzyma, tak się rozgląda, śmieszka taka, takie ma śliczne imię (Ha!) i w ogóle.
O sobie dowiedziałam się, że jak ktoś takie śliczne dzieci rodzi, to powinien to robić zawodowo (:D:D:D) i że widać, że macierzyństwo mnie nie przerasta (???).
O Młodej, że zadbana, zdrowiutka, a wagę ma podręcznikową (4 i pół kilo).



Jakby co - to nie moja klata ;)

Bo najlepiej się śpi na Tatce. mam jest zbyt pagórkowata ;)


I.
W ramach spacerów robimy rundki po pobliskim parku. Czasami macham kończynami na podchmurkowej, parkowej siłowni (mamy taką - serio - super sprawa!), czasami siadam na ławeczce na placu zabaw i czytam/rozwiązuję sudoku.

Niestety z placu zabaw będę chyba musiała zrezygnować. Bo mnie nosi. Otóż:

Jakiś czas temu przyszła na plac zabaw babcia. Leciwa babcia, acz sprawna raczej. Z kilkulatkiem. Dziecię było rezolutne, komunikatywne i żywe. Fajny młody człowiek. Naturalnie oczy zaświeciły mu się na widok zjeżdżalni.
- Nie idź tam, spadniesz.

Zobaczył wieżyczkę z linowym mostem.
- No co ty myślisz, ja Cię tam nie dam rady wsadzić.

Huśtawka!
- Uderzysz się. Bądź grzeczny, albo zaraz stąd pójdziemy!

Ścianka do wspinania.
- Chodź tam! (ciągnięcie za rękę w stronę dwuosobowego bujaka).

Noż durna babo, po co dziecko brałaś na plac zabaw! Trzeba mu jeszcze było cukierka przez szybkę pokazać.

Rezolutny młodzian powiedział babci "Pa, pa!" i zwiał z placu zabaw dokładnie zamykając za sobą bramkę (serio!).  Babcia goniła go czas jakiś po parkowych alejkach (wreszcie jakaś rozrywka). Po czym małolat sądząc widać, że ją zgubił wrócił na plac zabaw (znów zamykając bramkę). Podszedł do mam (cudzych) stojących przy wieżyczce i wymownie pokazał paluchem. Mamy niestety były zajęte obgadywaniem jakiejś córki koleżanki, ale bezczelnie włączyłam się w akcję i zrobiłam za tłumacza (sama z Młodą w chuście nie bardzo mogłam go wrzucić). Mały (cały szczęśliwy) wylądował na wieżyczce, pogalopował wiszącym mostkiem i zaczął się przyglądać zjeżdżalni (kulturalnie przepuszczając inne dzieci).

Na ten widok przykłusowała babcia, czająca się dotąd w krzakach i obserwująca (sprawdzałam gdzie jest), z nadzieją chyba, że młody zatęskni i ryknie (figa!). I zaczęła go ponaglać, żeby natychmiast zjechał (pod jej kontrolą naturalnie) i zrobił miejsce innym dzieciom, po czym stwierdziła, że jest niegrzeczny, i że muszą już iść.

Kilka dni później. Kilka mam "na wysoki połysk" - tleniona koafiura, szpony, szpilki, kusa spódniczka itp. (nie żebym miała coś przeciw, ale może nie w grudniu na spacerze w parku z dzieckiem) z grupą 7-8-latków.

- Tu nie, bo się pobrudzisz.
- Nie masz spodni, żeby się wspinać.
- Jak się pobrudzicie, to nigdzie nie pójdziemy.
- Nie biegaj (!!!).
- Nie dasz przecież sama rady, a ja Cię nie mam zamiaru wciągać.

Na litość!!!!!!!!!!!!!! Noż cholera (*&%^%#%(_^^%$##$@!!!!!!!
Szlag mnie trafia, krew zalewa i ogólnie mnie telepie. Mamroczę pod nosem, żeby się rozładować, albo dzwonię do Męża i głośno (i sarkastycznie) relacjonuję. To powinno być karalne!
"Żeby ty na górce stał, a słonka nie widział!"

II.
W sobotę (Jako, że Przemko był uziemiony w pracy) poszłyśmy (w nowej, cudownej kurtce do chustowania - chwalę się, a co :D) z CiotKaszydłem na spacer w okolice Arkonki. Spacer towarzyski, z babeczkami z forum chustowego. Nigdy jakoś specjalnie nie gustowałam w forach i różnego rodzaju sztucznie tworzonych "grupach towarzyskich", ale było naprawdę fajnie. Czyżbym łapała bakcyla? Macierzyństwo zmienia wiewi00ry?

Zaczekajcie!
I tak was w końcu złapię!!!


III.
Zwróciliście uwagę na dziedziczenie języka? Zwrotów, intonacji, akcentowania. To temat, który często plątał mi się po czaszce w odniesieniu do innych, ale teraz, kiedy gadam do mojego dziecięcia zaczęłam intensywnie przerabiać go pod kątem własnej osoby. 
Bo łapię się non stop na tym, że mówię do Młodej tak, jak moja Mama mówiła - do mnie pewnie też, ale przede wszystkim - do mojego Brata i Siostry. Ten sam ton, te same powiedzonka, zwroty, te same nieartykułowane wyrazy czułości. Niektóre nawet od Babci zapożyczam.
A równolegle tworzę własne powiedzenia, nazwania. Własne neologizmy tego matczyno-córczynego języka.
Hopsium-dyrdum
Hoplum-peplum
Hops-hops-Cheops!
Lalcia
Lelkem

A druga rzecz to śpiewanie. Nie pamiętam, żeby Mama mi śpiewała. Babcia tak. Mama za to czytała. Czytamy. A ja śpiewam Młodej. I żeby nie zgubić gdzieś tego śpiewania - zakładam śpiewnik familijny. Ale o tym inną razą :)


A w ogóle idą Święta, a o tym, że spadł pierwszy śnieg dowiedziałam się z fejsbuka. Masakra!
Pin It Now!

czwartek, 8 grudnia 2011

KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE czyli Antycyponek oraz prezenty

Na początek będzie literacko:
"Wy nie wiecie, a ja wiem
jak rozmawiać trzeba z lwem!"



Maleńka Cesarzowa gada jak nakręcona, a kiedy się śmieje (a ostatnio raczy to czynić na okrągło niemal) ma absolutnie doskonały dołeczek w lewym poliku!!! :D:D:D A wielkostopy Lew Leon po okresie obojętności został spacyfikowany przez: skopanie w koszu, potraktowanie prawym prostym z przewijaka i wymizianie podczas zabawy z Tatą (który Leona zmuszał do dziwnych podrygów i machania ogonem).

Nawiedziła nas Tłaroś. I nie dość, że dała się niecnie wykorzystać robiąc za nianię podczas zakupów, kiedym namiętnie przymierzała stosy odzienia (nowy rozmiar trzeba oblekać w coś w miarę znośnego wizualnie i KONIECZNIE z łatwym dostępem do bufetu ;) ), ale w dodatku przywiozła mikołajkowe podarki :D. 

Dostaliśmy Płytkę z Twórczością Macieja Wojtyszki, którego pasjami uwielbiam. Mój namiętny romans z jego działalnością literacką rozpoczął się w II klasie szkoły podstawowej (niezreformowanej), od książeczki (wypożyczonej z klasowej biblioteczki) z serii "Poczytaj mi mamo" o Antycyponku:


"Antycyponek to takie zwierzę
Które powstaje, gdy na papierze 
Namalujemy kredką lub tuszem
Z początku tylko ogromne uszy."

Był to początek fascynującej przygody trwającej do dziś, w ramach której od jakiegoś czasu poszukuję intensywnie tego dzieła. Stąd mój apel:
KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE!!! 
 Nabędę, wymienię, pożyczę, ukradnę lub wejdę w posiadanie dowolnym nielegalnym sposobem. Bo nie znalazłam nigdzie. Ani (o zgrozo!) w googlach, ani w bibliotece, ani u znajomych, ani w księgarniach, ani w żadnym znanym miejscu. Pomuuuuuuużcie. Bo pragnę bardzo. 


Dostaliśmy też wykonany (prawie) jak Ćwierczakiewiczowa przykazała specjał, a mianowicie serki jabłkowe. 
Przepis znałam, ale jakoś nigdy nie starczyło mi samozaparcia, bo nieco czasochłonny jest, a skutek nie wiedziałam jaki będzie.


Luuudzie! Delicje! Pychota i mniamności. Wyborne. Nie mam w sobie nic z Brzechwowego robaczka, co to wiecie "Entliczek-pentliczek...", jabłka w ogóle mogę tonami, a te serki - mrrrrrrrrrrrrrrrr...


I na tym tle pojawiła mi się refleksja okołoprezentowa. W mojej familii często jako prezenty daje się kopertę. Również dzieciom. Po za familią często dostawałam też tzw. prezenty masowego rażenia. Czyli "zawsze się przyda, a jak nie to podaj dalej".


A dla mnie najlepsze prezenty to te, które świadczą o tym, że ofiarodawca poświęcił chwilę, żeby pomyśleć o tym, co sprawi mi radość. Że coś o mnie wie, że dzielimy jakiś rodzaj wspólnoty i intymności. Że poświęcił odrobinę czasu/zachodu/wysiłku intelektualnego dla sprawienia mi przyjemności.


Nie to, żebym nie cieszyła się z podbudowania osobistego budżetu, a prezent taki jest o niebo lepszy niż prezent nietrafiony. Ale emocja już jednak nie ta. A o emocje tu chyba chodzi. Szelest odwijanego/zdzieranego przemocą papieru (zdzieranie uważam za dowód niepohamowania, trwonienie chwili i barbarzyństwo, jednak niekiedy praktykuję), chwila oczekiwania i zaskoczenie, błysk w oczach :D. Ech...
Pin It Now!

środa, 26 października 2011

Z nosem w jesieni

Zaczęło się jakoś we wrześniu. Pogoda wciąż jeszcze (bardziej niż w sierpniu) przypominała lato, ale idąc ulicą poczułam JĄ. Unosiła się w powietrzu z zapachem suchych, lipowych liści. Ten zapach pamiętam z dzieciństwa, kiedy wracając z przedszkola z upodobaniem (i ku głębokiemu niezadowoleniu Macierzy: "Będziesz miała całe nogi czarne!") rozkopywałam nogami zmiecione na brzeg chodnika zaspy.

Kolejne dni i tygodnie przynosiły fale kolejnych olfaktorycznych uniesień. Powidła śliwkowe z cynamonem. Grzyby i jesiennie wilgotny las. Nabierające słodyczy gruszki. Prażone orzechy. Zimowe, schnące w cieple jabłka. Z niczym nieporównywalny trawiasto-cytrusowo-zielony aromat pigwy (jeśli jakaś firma wypuści takie perfumy - będzie we mnie miała stałą i wierną klientkę). Mało romantyczny, ale jakże wybitnie jesienny zapach pieczonej brukwi.

Suszę, piekę, smażę, gotuję, pakuję w słoiki, żeby przechować te cudowności długie zimowe i wiosenne miesiące.

Żadna pora roku tak nie pachnie. Żadnej innej z taką rozkoszą nie spędza się w okolicach kuchennych. I to jest opinia, której będę się trzymać aż do Świąt :D
Pin It Now!

niedziela, 16 października 2011

maleńki jaskiniowiec

zamieszkał w grocie mojego brzucha

niedawno odkrytym uchem wsłuchuje się
w moje mroczne tętna
perfekcyjnie niewprawną dłonią
cudownie chaotyczną stopą
kreśli swoje skalne malowidła
wprost na moim sercu

oboje czekamy
aż zbierze dość sił i odwagi
by wyjść z mojej ciemności
na światło dzienne
Pin It Now!

piątek, 7 października 2011

Moja metoda na metody i salonik literacki

Jak poznać, czy dana metoda wychowawcza (system/nurt/koncepcja/idea) jest słuszna i sensowna, a przede wszystkim wyjdzie dziecku i światu na dobre?
Cholera wie!
Ja wiem, że warunkami koniecznymi, żebym jakąś zaakceptowała, uznała, poparła i chciała wcielić w życie są:
  • Po pierwsze to, że musi być sensowna. Niekoniecznie w świetle logiki matematycznej, a emocjonalnej. Np. Zamknięcie dziecka w kojcu, żeby się nie obijało o ściany jest może logiczne (no bo się nie obije, tak?), ale emocjonalnie i zdrowo-chłopsko-rozsądkowo - nie wyjdzie mu na dobre, ani nie nauczy go, że na ściany lepiej nie wpadać niż wpadać. Nieprawdaż?
  • Po drugie - musi się pokrywać, a co najmniej nie stać w sprzeczności z moimi doświadczeniami życiowymi. Tzn, jak ktoś mi mówi, że bez kar nie da się wychowywać dziecka/pracować z nim i osiągnąć dyscypliny, a ja wiem, że przez ok 5 lat pracy z wczesnoszkolniakami stosowałam jedynie brak nagrody lub naprawienie szkód i moja ekipa była bardziej zdyscyplinowana, niż inne, w których system kar był szczegółowo rozbudowany - no to raczej teorii jego nie kupię.
  • Po trzecie ("Omne trinum perfectum") - Muszę czuć tę teorię intuicyjnie. Nawet najlogiczniejsza, najbardziej sensowna i zbieżna z doświadczeniem teoria, której nie poczuję w sobie, której nie odpowie moje "wewnętrzne TAK" - nie zda się mi na nic.
 Dodatkowe bonusy, to jak teoria taka jest łatwa w zastosowaniu i ekonomiczna.
Uwaga: fakt, że nie w stu procentach zgadzam się z KAŻDĄ tezą zawartą w danej teorii/koncepcji/konwencji/etc... (nie mówimy o kluczowych naturalnie), lub że nie kupuję WSZYSTKICH poglądów autora/opisywacza - wcale jej nie przekreśla.
 
Dlatego jestem wyznawczynią Kamińskiego i Korczaka, dlatego "kupuję" pedagogikę waldorfską, dlatego admiruję skautowy/harcerski system wychowawczy.

Za to śmiech mnie ogarnia, jak ktoś twierdzi, że prezentowanie przy dziecku własnych poglądów to już przemoc i indoktrynacja, albo najpierw wciska, jak to nie wolno ograniczać wolności osobistej małolata, ani stosować ABSOLUTNIE ŻADNEJ formy przymusu fizycznego, a potem wymienia szereg odstępstw "chyba że..." (jest na jezdni, pcha palce do kontaktu, chce wyskoczyć przez okno). To się kupy nie trzyma, więc nie kupię.

Literaturę traktującą o wychowaniu czytuję i kolekcjonuję od... hmmm... No ludzie podobno tak długo nie żyją ;). Bo to moja pasja i mój konik. A w trakcie ciąży mój zbiorek poszerzył się o kilka nowych pozycji (kupionych przez siebie, dostanych na zamówienie i dostanych spontanicznie).

Większość z nich orbituje bliżej lub dalej tematu rodzicielstwa bliskości. Wbrew dość popularnej opinii nie ma to nic wspólnego z tzw. "wychowaniem bezstresowym" i "rozpuszczaniem bachorów do granic możliwości". Co więcej, koncepcja ta spełnia wszystkie warunki niezbędne i bonusowe wypisane przeze mnie wcześniej. Toteż i zawłaszczam w całej rozciągłości!

O
pisałam już tutaj.

Ostatnio dostałam i przeczytałam (a teraz podsunęłam Macierzy - w ramach teorii mojej nieocenionej Pani Profesor, że "Wychowanie człowieka należy zacząć od jego babki")

Jak to pedagog, Juul najpierw musiał zredefiniować podstawowe pojęcia jak wychowanie, wiara w siebie czy poczucie własnej wartości. Z reguły takie zabiegi mnie irytują, bo powodują, że mamy tyle definicji ilu autorów, co prowadzi krótką drogą do obłędu, bo jak można porównać ich poglądy, skoro piszą w sumie o różnych rzeczach, mimo iż używają tych samych słów? Paradoks nauk humanistycznych ;) Po za tym nigdy nie lubiłam rozbudowywania żargonu, w miejscu, gdzie najlepiej sprawdzają się proste słowa.

Jednak w przypadku "Twojego kompetentnego.." jest to zabieg w 100 procentach uzasadniony i potrzebny do zrozumienia punktu widzenia Autora.
Książka jest świetna, choć może niełatwa. Potwierdza moje doświadczenia i wewnętrzne przekonania. Z drugiej strony - kontrowersyjna, bo zaprzecza wielu "ogólnie-przyjętym-i-stosowanym" ideom i praktykom. U rodziców z (pojęcie z książki ;) ) niską samooceną może powodować (i powoduje) wyrzuty sumienia, albo wyparcie, czy agresywne nastawienie do pomysłu. Dlatego uważam, że kluczową sprawą jest próba przeczytania jej z pozycji dziecka - i ocenienie jej najpierw - właśnie z tego punktu widzenia.

A o czym mówi? W dużym uproszczeniu - jak będąc szczęśliwym człowiekiem wychować szczęśliwego człowieka. Wolnego, rozumnego i spełnionego. Jak być szczerym i prawdziwym w relacji z nim i jak budować prawdziwą, dobrą relację. Że dziecko to nie jest "fajny początek człowieka", tylko człowiek, że
 "Nie ma dzieci – są ludzie; ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć. Pamiętaj, że my ich nie znamy."
i
"Powiadacie:
– Nuży nas obcowanie z dziećmi.
Macie słuszność.
Mówicie:
– Bo musimy się zniżać do ich pojęć. Zniżać, pochylać, naginać, kurczyć.
Mylicie się. Nie to nas męczy. Ale – że musimy się wspinać do ich uczuć. Wspinać, wyciągać, na palcach stawać, sięgać. Żeby nie urazić." (Korczak oba).

A przy okazji, jak się nie zamęczyć nawzajem ;)
Polecam jak diabli!


Ja pożarłam, Przemko nadgryza:
Rzecz o Baby-Led-Weaning. Przemek mówi, że napisane językiem Amwey'a, jakby komuś bardzo zleżało na sprzedaniu produktu. Widocznie żem podatna, bo podobało mi się szalenie. Rzetelne przedstawienie teorii plus mnóstwo wskazówek praktycznych. Słowem świetny poradnik. Przemkowi nie podobały się opowiastki z życia rodziców stosujących metodę (jako niepotwierdzone ubarwienia), ja tam lubię takie historie.

Po naradzie z Mężem - rzecz postanowiona: Aurora papek jeść nie będzie :)


Też już opisywałam - tutaj. Nadal jesteśmy pod urokiem, filmiki świetne :)

I na koniec:  



Typowy poradnik ciążowo-dzieciowy. Sympatyczny. Część informacji nieco przedawnionych, albo nie odpowiadających polskim realiom, ale całość znośna. Pisany raczej z myślą o tych kompletnie zielonych rodzicach. Sporo przydatnych informacji, ale raczej w wersji "podstawowego minimum" - taki basic ;)
Pin It Now!