Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inko Gni To. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inko Gni To. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 maja 2012

Chabazioexpress

  • Bujać się na czworakach jest fajnie i fajniej.
  • Lewa, górna dwójka w natarciu (tak nam się zdaje) hektolitry śliny i czasem (rzadko) obudzenie z płaczem w środku nocy.
  • Wielki spęd kangurowy na Błoniach i sesja zdjęciowa - efekty - jak tylko dostanę. Spotkaliśmy starych znajomych i nowych. Było zacnie :)
  • Inko zasypane zleceniami.
  • Robię zaproszenia na Chrzest.
  • Butelka z wodą najlepszą zabawką na świecie.
  • Platany już tuż. Będziemy podwójnie - kangurowo i wikińsko.
  • Dziecko chyba zaczyna trawić coś więcej niż mleko. I nawet nie pytajcie skąd te przypuszczenia.
  • MOTAM NA PLECACH!!! Bosssssko!
  • Leżenie gołym brzuszkiem na trawie (no bo z maty trzeba było spełznąć obowiązkowo!) zakończyło się jakąś wysypką. Ale już zniknęła.
  • Opinie różnych ciotek: - (ciotka I) "Jaka ona słodka, drobniutka, szczuplutka taka, delikatna!" - (ciotka II) "Jaka ona fajna, pulpaśna, jakie ma pyzate policzki!". Taaaaaaaa...
  • Guziki są fascynujące. Muszę zrobić parę zabawek w stylu Montessori :D
Doklejka:
mleczyk - mniam!


Pin It Now!

wtorek, 15 maja 2012

Pijąca imprezowiczka

Imprezowało się w łikend. Było się na urodzinach ciotecznego Ory Brata i imieninach ciotecznej Siostry w jednym. Radośnie, radośnie :)
Jest to fakt godny upamiętnienia również dlatego, że z tej podwójnej okazji Misiatka została odziana (przepięknie) w irlandzką kiecunię od Ciotki Małgośki, do której w końcu dorosła. Zdjęcia opublikujemy jak Ciocia Marlena się podzieli (bo sami, łosie, nie zrobiliśmy).

Tego samego dnia postanowiliśmy  ramach eksperymentu zapoznać Córkę naszą z trzystusześdziesieciostopniowym kubasem. Wygląda ustrojstwo następująco:
(jak mu przekręcić do góry trzymadełka, to wygląda jak wiking w wersji wagnerowskiej ;) )

Dostali byliśmy takowy na brzuszkowe (na własne zamówienie).
Dziewczę zmierzyło machinę bystrym spojrzeniem. Najpierw usiłowało brzeg złapać dziobem otwartym, jak do piersi, ale załapawszy, że tak, to "seneda" - przyssało się do brzegu i dotąd ciągnie jak smok (wodę oczywiście i tylko wodę, niskozmineralizowaną, niegazowaną, bez nadmiaru sodu, a co :D).

Dodatkowo spuchliśmy z dumy (no w każdym razie ja spuchłam), bo tego samego dnia była u nas mężowa Kuzynka (ciotka wujeczna :D), która ma rocznego synka i synek ów z kubkami z dzióbkami nie radzi sobie jeszcze, i w szoku była, jak Dydłonia naszego w akcji ujrzała. Niskie to, niskie, ja wiem, ale co na to mogę, hę?

A dziś skłuć daliśmy Tobołka maleńkiego drugą serią szczepionek. Zastrajkowałam i uświadomiłam Męża, że bez niego, to ja nie idę, mowy nie ma, a decyzja ma (jak większość) okazała się jedynie słuszna. Bambetlątko w rękach Tatki, kłute bezlitośnie w udka, trochę wprawdzie pochlipało, ale krótko i nieintensywnie. Dzielne było ogromnie, a ja nie zeszłam na zawał. Pani Pielęgniarka pod silnym była wrażeniem (Ojca i dziecięcia. Spoko, noszę w plecaku składaną maczugę na wszelki wypadek - drżyjcie wrażliwe pielęgniarki innej profesji amatorki tego co wrrrrMOJE).

Pani Doktor (zacna niewiasta) zapytała, czy wciąż chustujemy (no ba!), gładko przełknęła informację o stosowanym przez nas BLW, zważyła (6,800 kg żywej Orki :D), zmierzyła, wyraziła zachwyt należyty i tyla. Za 6 tygodni kolejne spotkanie.

A dziś o północy wybieramy się pod budynek Starej Chemii, gdzie Inko Gni To swoim występem uświetnia rozpoczęcie szczecińskich Juwenaliów. Ja będę niańczyć, a Przemko ogniem zionie i iskrami sypnie, bo ognisty On ci jest, że strach. Ach!

Tak, jak widać po używanym przeze mnie słownictwie wiosna i laktacja pospołu dobrały mi się do mózgu. Nie poradzę nic.

Pin It Now!

poniedziałek, 7 maja 2012

(Nie)Leży i pachnie oraz kuchnia i plan działań najbliższych

Aurora ma swoje pierwsze pachnidło :D

Nie, nie zwariowałam jeszcze, żeby niemowlęciu kupować perfumy. Uważam, że dzieci najpiękniej pachną same z siebie, a gadżety w stylu lakierów do paznokci i cieni dla małych dziewczynek wywołują u mnie chęć natychmiastowej ucieczki.

Poprostu szukałam bezpiecznego środka antykomarowego. A że nie mogłam znaleźć informacji na ten temat - zdecydowałam się na olejki eteryczne. A konkretnie herbaciany i goździkowy. I dziecko pachnie teraz jak grzaniec z zieloną herbatą ;) Mrrrrrrrrrrr...

Z maleńkiego Tobołka, który tylko leżał i od czasu do czasu zamajtał kończynami, wyrosło całkiem pokaźne Bambetlątko (7 kilo z hakiem), które nie tylko potrafi stylem turlaczym pokonać całą połać materaca lub pół pokoju, nie tylko kręci się na brzuchu jak chce, ale zaczyna pełzać do tyłu, a nawet (!!!) zaszokowała ostatnio Macierz swoją przyjmując pozycję "na czworaka". Nieustanny progres! O tiritondze, którą je Gżdacz możecie przeczytać w Wiedźmieniu. Dodajemy coraz to nowe conieca do menu. A one są pożerane.

Napotkaliśmy już pierwsze protesty otoczenia wobec naszej koncepcji żywienia Dziecia. Jedna babcia chciała Orkę karmić słodkim herbatnikiem, dziadek - wafelkiem w czekoladzie, a od drugiej babci dowiedzieliśmy się, że nie podając dziecku cukru (do roku conajmniej) robimy mu krzywdę. Taaaaaa... Prababcię zaszokowaliśmy informacją, że Dzidzioł nie będzie pił soków, tylko wodę. Jednak póki co, to właśnie ona (Prababcia) wydaje się najbardziej reformowalna.

Już w sobotę robimy flashmoba chustowo-tanecznego. 13.00, główny hol "Galaxy" - zapraszamy!

Trening ;)

Hird i Kangury wybierają się na Platany. W perspektywie jest Wolin i "Dziady", i nowy spektakl Inko Gni To. Inko wystąpi na Szczecińskich Juwenaliach. Kupa roboty, a w domu zaczynamy kolejną odsłonę remontu. Tym razem kuchniowo-łazienkową. Horror! A, żeby jeszcze coś się działo - obsiewamy działkę. Chrzciny za pasem :D.
Uwielbiam!

Aha! Zaliczyliśmy już pierwszy epizod ksztuszenia z odruchem. Daliśmy radę :D
Pin It Now!

poniedziałek, 13 lutego 2012

Notka nienapisana

To jest notka o zawiedzionym zaufaniu. O czymś co było, a już nie ma. O czymś co być mogło i już się nie stanie. O braku szczerości, a więc obłudzie. O cynizmie, który przenika dzisiejszą rzeczywistość i klei się do ludzi jak smar. I do tych, którzy się o nich otrą. To jest notka o pozorach i tym, co pod nimi.

Jest to notka bardzo śmieszna, ironiczna, ale zostawiająca na koniec posmak smutku w ustach.

Ale jest  to też notka o lojalności takiej, że powala na kolana. O zaufaniu absolutnym. O wartościach nieprzemijalnych i niezniszczalnych. Które czasem wypróbowywane są w ogniu (ależ mi się na patos zebrało!).

To jest notka bez faktów, bo niezorientowanym one i tak niewiele powiedzą, a zamieszanych w sprawę nie usatysfakcjonuje przedstawienie ich "po mojemu". To jest notka bez dyskusji. To jest notka o uczuciach, więc nie do dyskutowania. Więc bez sensu.

Jest to też notka o tym jak bardzo kocham i podziwiam swojego Męża.

I jest to na  koniec taka notka, której nie napiszę, bo ostatecznie nie ma po co...
Pin It Now!

piątek, 10 lutego 2012

NSaS - Jest Tata i jest MAM ;)

Czasem bywa, że mama wybywa. Rzadko, ale bywa. Np. na próbę Teatru Ognia. I wtedy Tatko zostaje z Gżdaczem sam na sam.

Generalnie problem to to nie jest. Tatko zdolny jest i obsługę Jej Maleńkości ma opanowaną. Z jednym wyjątkiem. Otóż wśród tatkowych talentów brak jednego: Mleka produkcji! 

Mleko Mamcia może odciągnąć i Tatce pozostawić. Ale jak je zapodać do otwartego dzioba? W wężyki plastikowe Tatki oplatać nie chcieliśmy, więc w ruch poszła przesłana nam przez MAM butla. Taka o:


Co mogę napisać? To jak dotąd jedyny (pozaszpitalny) kontakt Aurory z butelką. Nie mamy więc materiału porównawczego. Z relacji Taty (który kategorycznie odmówił opisywania swoich przeżyć samodzielnie) mleko zostało pochłonięta błyskawicznie (Mama sprawdziła - faktycznie płyn z butli wypływa dość szybko). Kolki nie stwierdzono, ale Dzieć nasz (odpukać itp...) jak dotąd kolki nie doświadczył. Ze ssaniem piersi po powrocie Matki marnotrawnej problemów też nie było. 

Zdecydowanymi plusami tej flaszeczki są: 
  • wygląd :D
  • łatwość mycia - rozkręca się jak widać:

i można wszystko dokładnie domyć bez problemu. 
  • Jest samosterylizująca, więc gotować jej nie trzeba (co mi wisi akurat, bo i tak poprzestałabym na przelaniu wrzątkiem). 
  • Nie zawiera BPA (Można? Można!).
  • Smoczek wykonany z "jedwabistego silikonu" ma być w dotyku zbliżony do maminej piersi. Chyba działa. W każdym razie Smoczyca wyglądała na zadowoloną (patrz wyżej).
  • No i umożliwia Tatce i Córce wejście na nowy poziom porozumienia. A Matce wypady na miasto ;D
Bo:
P.S. A moje światłe opinie MAM chce zamieścić przy swoich produktach. Ha!
Pin It Now!

czwartek, 19 stycznia 2012

Azjatycka Komedia prawieRomantyczna i lew ukochany dziko memłany, a także słowa, słowa, słowa...

Czytam.
Chociaż ostatnio miejscami w których znajduję na to czas bywają:
a) komunikacja miejska
b) ławka w parku, jak przysiądę na spacerze
c) łazienka (tak, ja z tych jestem)
d) miejsce w którym akurat jem posiłek
Bo gdzie- , a zwłaszcza KIEDYindziej nie mam czasu.

Ale ostatnio pochłonęłam w tempie ekspresowym całą serię (pożyczoną od Kefiry) Claude Didierjean-Jouveau (oprócz "Nosimy nasze dziecko").




Rewelacja! Zaczytałam się. Napisane sensownym językiem i nafaszerowane faktami jak gęś kaszą. Piękne. Czytając o porodach nieco się rozkleiłam, myśląc o tym, czego nas pozbawiono (mimo, że mój poród nie był jakimś strasznym koszmarem, a jednak). Musiałam przestać czytać, bo to w parku akurat było i głupio się tak mazać na ławce. Szlak mnie trafia, jak czytam o faktach potwierdzonych badaniami, kompletnie lekceważonych przez (między innymi) polską służbę zdrowia. Żałuje, że nie przeczytałam tej serii przed porodem, bo może byłabym bardziej pewna niektórych swoich decyzji, może bardziej zdecydowanie obstawałabym przy swoim (naszym). Ale cieszę się, że przeczytałam je teraz. Bo są wspaniałe.
Polecam i zwolennikom rodzicielstwa bliskości i sceptykom i tym, co nie wiedzą o co kamon.

Nadgryzam teraz (też pożyczony od Kefiry) "Poradnik dla zielonych rodziców".

Przemogłam się, mimo że słodka Reni działa mi nieco na nerwy. Głównie za sprawą wyżej wymienionej właścicielki, bo jest to dziewczę, którego zdanie szanuję i cenię (a takich słów z ust moich za często nie usłyszycie).

I trochę poużalałam się nad sobą czytając o połogu. Bo koło mnie (po powrocie do domu) nikt specjalnie nie skakał (mąż trochę, ale głównie oboje byliśmy zaaferowani Młodą), nikt się wprowadzać nie chciał, obiadków gotowych nie dowoził, do mycia okien się nie rwał.

Nie to, żebym chciała, żeby ktoś naprawdę to robił. Czułam się nieźle, żeby nie powiedzieć rewelacyjnie, a szlak by mnie trafiał, jakby ktoś inny chciał Aurorę znów Nam zabierać, albo po kuchni mi się kręcił.

Ale zaoferować by się mogli. Wykazać zainteresowania trochę. A tu nic, a nic. Czysta bezczelność, chlip i wzdech...

Aha, z tego miejsca dziękuję Tłarosiowi, która jako jedyna złożyła ofertę pomocy technicznej, dała się wykorzystać zakupowo, a jak przyjechała, to sama sobie herbatę robiła. :D


Aurora nadal odkrywa łapki. Obserwuje nieufnie, jak jej wejdą w pole widzenia. Mlekopodajnik miętoli usilnie. Dodatkowo ruszyły dziewczęciu ślinianki i płynie rzeeeeka śliny. I wszystko jest dobre do pociamkania. Łapki, palec Taty, łapki, Leonidas, łapki, kocyk (wpakowany oburącz do paszczy!), łapki, ucho Onufrego i łapki.

Jutro jedziemy na pierwszą wizytę u okologa. Od oka, żeby nie było. Okulisty znaczy. A książeczka zdrowia ukradziona przez pielęgniarkę od ortopedy się znalazła. Odniósł tata następnego pacjenta, do którego torby pielęgniarka ją wpakowała. Tylko, kurka wodna czemu po 2 tygodniach dopiero?!?!?!

 Z innych inności - szykujemy z Inko Gni To Azjatycką Komedię nie-całkiem-Romantyczną na szczeciński konwent japonofilów "Shi: Bishoku". Jak ktoś będzie w okolicy, to zapraszam - my szykując ją turlamy się ze śmiechu.


A ja szyję namiętnie. Jak uszyję, to pokażę.

I pamiętajcie głosować - 
i na chabazie (ostatni dzwonek!)
:D
Pin It Now!

wtorek, 10 stycznia 2012

Płonący burdel, czyli o kochających i nie

Organizowanie czegoś (imprezy, iwentu, akcji, spektaklu, etc.) z amatorami jako żywo przypomina najczęściej pożar w burdelu.

I nic dziwnego, skoro amator to miłośnik, ktoś oddany czemuś, a z łaciny - kochanek. Trudno wszak wymagać od kochanka chłodnej logiki i planowania pięćdziesięciu ruchów naprzód.

Jednakowoż pracę z amatorami wielbię, cenię i szanuję. Za to pełne emocjonalne zaangażowanie właśnie. Brak rutyny. Namiętność. Prawdę pobudek.

Dodatkowo, jako Siostra Chaosu, której bliska jest maksyma Kaczki Katastrofy, brzmiąca: "Porządek, porządek to wróg zwierządek." (patrz: "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka - ostatnia transTatowa lektura Aurory), osoba której stan makówki najlepiej (i najdelikatniej) oddaje określenie "twórczy bajz..., eee... nieład" oraz wieczna, niepoprawna i niereformowalna AMATORKA - nie mam możliwości nielubienia takich działań właśnie.

Dlatego tez drugi już raz wzięłam udział w organizacji szczecińskiego Orszaku Trzech Króli. To rewelacyjna impreza rodzinna, której inicjatorami są rodzice maluchów z jednego przedszkola, wciągający w zabawę resztę wszechświata.

W jej fantastycznej, ciepłej, pełnej wzajemnej sympatii atmosferze nie razi i nie irytuje zamieszanie ani rozgardiasz. Wiadomo, że każdy jest tu bo chce, bo czuje ideę i stara się ze wszystkich sił, żeby było jaknajfajniej.

Ale... No musiało qrcze, cholera, porca miseria, pojawić się to nieszczęsne ALE.

Czasem do takiej radośnie amatorskiej ekipy dołącza się ktoś z całkiem innej bajki. Bo musiał. Bo mu kazali. Bo chce się zrealizować i wypromować. I wtedy atmosfera zaczyna się sypać. Zaczyna być nieszczerze i niewygodnie, i niezręcznie. Irytująco.

Dlatego uważam, że fatalnym pomysłem jest zapraszanie na początek TAKIEJ imprezy władz świeckich, czy kościelnych - bo oni uprawiając tam autoreklamę są nieszczerzy i nie na miejscu. Dlatego po tegorocznym Orszaku OBOK świetnych emocji i kupy radości - pozostało też nieco niesmaku.

Bo w tym roku organizatorzy poprosili jedną z młodych, twórczych grup Szczecina o ogarnięcie "części artystycznej" Orszaku. Grupa skądinąd fajna, swoją działkę artyzmu przygotowała zacnie i na poziomie. Ale to "ogarnianie"...

Ujmę to tak: pożar w zamtuzie to przy tym szczyt uporządkowania i myśli logistycznej.

Żeby podać tylko conajciekawsze kwiatki: braliśmy udział (Inko i Huginni) w scenie walki dobra ze złem. W sumie spektakl rozpisany na dwa teatry ognia, dwie grupy odtwórstwa historycznego, dwóch szczudlarzy plus kilku wolontariuszy nieznanego pochodzenia.

Dwa tygodnie przed imprezą koordynatorka nie wiedziała jeszcze (bo nie zapytała) ilu ma ludzi, w jakich kostiumach z jakim sprzętem płonącym/bronią. Ale pisała scenariusz wg własnej wizji.

O spotkaniu organizacyjnym nie poinformowano conajmniej 2 z 4 zespołów. Podobnie o próbie generalnej.

Trzy dni przed "godziną w" koordynatorka była przekonana, że Wikingowie i zakonnicy to jedna grupa.

Półtora tygodnia przed imprezą powstał scenariusz, którego organizatorzy nie przyjęli (a który obejmował gaszenie żywych ludzi za pomocą gaśnicy).

Dzień przed Sylwestrem powstał "scenariusz ostateczny" - przeczytałam go w pierwszy dzień Nowego Roku.
Wyglądał jak tworzony w minutę na jednym kolanie i obejmował rzucanie papierem toaletowym (!), występ aktorów teatrów OGNIA bez ognia (!!), i tekst, że "na koniec jakiś Wiking może wyskoczyć i pomachać płonącym mieczem" (!!!).
Tu następuje ciąg wydarzeń na które litościwie spuszczę zasłonę milczenia.

Koniec końców doprowadziliśmy do stanu, kiedy scena odbyła się wg. scenariusza mocno zmienionego (przeze mnie), z udziałem wszystkich grup (doinformowywanych głównie przeze mnie) i z którego wszyscy - biorący udział, organizatorzy i (przede wszystkim!) widzowie byli zadowoleni.

Tylko qrcze jakoś mi przykro, że kogoś nie stać było na okazanie minimum dobrej woli, poszanowania dla cudzego zaangażowania, pracy i uczuć. Ja cholernie nie lubię marnowania energii. Czyjejkolwiek. A mojej zwłaszcza.

Zgodziliśmy się wystąpić w Orszaku dla idei. Na własny koszt i z dziką ochotą. Z radością. Chcąc dać to, co możemy najlepszego. A potraktowano nas jak płatnych roboli, albo wręcz popychadła do przestawiania z kąta w kąt (to, że się nie daliśmy, to inna bajka ;) ).

Łyżka dziegciu w beczce miodu.

Mniej niż łyżka w sumie, bo bawiliśmy się zacnie. Było radośnie i rodzinnie. Było gorąco i podniośle. Energetycznie. Cudownie. Do zobaczenia za rok.

Bo kochanka nie tak łatwo zniechęcić, a miłości nic nie stłamsi :D

Pin It Now!

czwartek, 5 stycznia 2012

Przybywajcie!!!


12.00 - 14.22 - Aurory debiut medialny (to że moje nazwisko przekręcili niemożebnie to szczegół)
Pin It Now!

czwartek, 29 grudnia 2011

Szybki przegląd wszystkiego

  • U ortopedy byłyśmy, o chuście nic nie wspomniał. Jej Maleńkość jest prosta, gdzie powinna być prosta i zaokrąglona tam gdzie przewidziano. Biodra w idealnym porządku. Nawrzeszczała na lekarza, że śmiał ją wymazać jakimś śluzem i jeszcze kazał Mamie unieruchomić. Za to pielęgniarka zachachmęciła nam książeczkę zdrowia! I musimy odtwarzać, pytanie, czy do jutra się uda, bo jutro do homeopatki się wybieramy.
  •  6 stycznia będziemy tu (z Inko i Huginnami):


  • Maleńki Bukłaczek (na mleko) przechodzi sama siebie. W drugi dzień Świąt znaleźliśmy ją w łóżku leżącą w poprzek, podczas gdy pamiętam dokładnie, że kładłam ją wzdłuż i absolutnie nie jest to efekt mojego niewyspania.

    Piska z radości. Śmieje się i gada do Tatki, i wodzi za nim oczyma. Raz nawet się od mlekopodajnika oderwała, bo znikł jej z pola widzenia. Była mocno podejrzliwa, kiedy Tata mówił do niej z jakiegoś małego ustrojstwa (telefon).
    Śmieje się w głos i guga do mnie. Raz obudziła się i leżała cichutko w koszyku, ale już zaczynała denerwować. Podeszłam, żeby wziąć Ją na ręce, a Ona próbowała się roześmiać i rozpłakać jednocześnie. Zapiera mi dech, obłędna Moja.
    Śmieje się i chwyta mlekopodajnik.
    Śmieje się do babć, ciotek i Wuja. Śmieje się do wszystkiego. Do półki nad łóżkiem, do Niedźwiedzia Nefbjorna, do lampki nocnej, do Lwa Leonidasa (zwłaszcza, jak go Przemek "animuje"), do tubki z maścią majerankową, do Owcy Onomatopei, do choinki, do Osła Onufrego i nawet do zakraplacza, jak ma zapchany nosek. Gada nawet sama do siebie. Zazulka-Kukawka.

    Machając kończynami potrafi pacnąć się z całej siły w czoło. Umie stopą chwytać nas za koszulki.

    Wie, że jak rozpinam bluzkę, to dostanie jeść (przestaje się wściekać), jak Przemek kładzie ją w łazience - to będzie prysznic (zaczyna śmiać się do kaloryfera i gadać do ręczników). Kiedy budzi się w nocy - uspokaja się, kiedy pogłaskać Ją po głowie.

    Dziś po ostatnim nocnym karmieniu (ok. 5 rano) odłożyłam ją na nasz materac, kawałek od siebie (jakieś 15-20cm) i odwróciłam się, coby przytulić niedopieszczonego Małżonka. I zasnęłam. Kiedy obudził nas budzik, poczułam, że coś mnie smyra po plecach, a kiedy się (ostrożnie!) odwróciłam - coś małego i rozkosznie cieplutkiego usiłowało skompresować swój nos z moim biustem!

    Nie mam pojęcia, jak Ona tę głowę przetaszczyła (bo pupa została na miejscu)! Najpierw się wzruszyłam, że Dziecię dokonało cudów heroizmu, bo się przytulić chciało, ale mlaskanie i dziobanie szybko wyjaśniły mi jaką motywacją kierowała się Wędrowniczka przez połacie Materaca.  Ehhh naiwna matko!
  • Jutro jedziemy też do Klubu Kangura (nowa ekipa przejęła władzę ;) ) i z babeczkowymi podziękowaniami do szpitala (tylko dla tych, co im się należy ;) )
  • I znów ktoś mi skurczył śpiochy!
  • Dieta matki karmiącej to jakiś mit jest i bzdura. Zdrowo jeść trzeba zawsze i tyle. W Święta jadłam wszystko (po za karpiem, z przyczyn smakowych i humanitarnych) i obie mamy się dobrze! Ha!
Niedawno Hafija napisała, że nie ma o co prosić Świętego Mikołaja, bo ma już wszystko.
Jam pazerna jest. Mam mnóstwo zachcianek. Ale nawet jeśli nie otrzymam już nic - to i tak będę miała WSZYSTKO czego potrzebuję. Siebie i Jego i Ją. I wielkie, WIELKIE szczęście.

Czego w nowym i wszystkich kolejnych rokach i Wam (niegramatycznie) życzę :)
Pin It Now!

czwartek, 24 listopada 2011

Niespodziewanki i spodzianki, kwiatki w nutki, pępek świata, słodkości, kluby, znajomi i brat chrzestny

Punktowo będzie, bo dużo:

Zaległe: 
  • Wygrałam candy u Żyrafy :D Taką broszkę w nutki, o: 
Merci cieszę się szalenie :D A broszka świetnie się sprawdza jako znacznik, z której strony ostatnio było zapodawane mleko ;)

  • Wygrałam też pępkowy konkurs u Kruszyzny na "Dzieciowo mi!", w związku z czym o pępku Aurory  będzie można przeczytać w "Kalendarzu Maluszka", a my dostaliśmy zestaw sympatycznych gadżetów i bon na inne sympatyczne gadżety ;) 
Na bieżąco:
  • Odkryliśmy z Orą i Inko naprawdę SŁODKIE miejsce. Cup & Cake przy Deptaku Bogusława urzekło mnie mimo pudrowo-landrynkowego wystroju. Bo mu w tym słodkim anturażu do twarzy :D Człowiek od progu czuje się jak dziecko w sklepie ze słodyczami i tak ma być właśnie. A te babeczki! Prześliczne i przesmaczne. Pochłonęłam piernikową z powidłami śliwkowymi, a Przemek czekoladową z wiśniami. Auri pochłonęła piernikowo-śliwkowe mleko potem.
Miejsce niestety nie jest przyjazne mamom, bo schody ma i nie ma przewijaka, a w łazience zimno jak w psiarni, ale obsługa przemiła i sympatyczna, i nie marudzi, jak klientela przestawia stoliki i kanapy, albo kładzie dziecko na stole, a babeczki je z ręki :D.

  • Zaliczyliśmy odwiedziny Szczypiorów. Konkretnie Taty Szczypiora, Mamy Szczypiorowej i małej Szczypiorówny. Młody Szczypiorek został u dziadków. Ania to moja przyjaciółka, a Wojtek znajomy z czasów wczesnoharcerskich. A jakoś tak się złożyło, że wejście w świat rodzicielstwa zbiegło się u mnie w czasie z odnowieniem kilku starych, acz miło wspominanych znajomości, a wszystkie te znajomości (niezwykłe ; ) ) w międzyczasie zdążyły się odziecić :D Będzie z kim na placu zabaw pogadać. 
Młoda Szczypiorówna ma ok. trzech miechów i jak na nią patrzyłam, to uwierzyć nie mogłam, że Aurora też będzie niedługo taka wielka. Wszyscy mówią, że rośnie w oczach, a ja tego nie widzę za cholerę! Tylko się dziwię, że kolejny śpioch za mały, albo, że w nowy rozmiar pieluszek wejść musimy, bo się falbanki dziecku na skórze odciskają!!! Szok!

  • Wytypowaliśmy też chrzestnych :D. Brat zgodził się od razu i był zdaje się usatysfakcjonowany, choć skrzętnie to ukrywał ;) Potencjalna chrzestna jeszcze się nie określiła, więc o niej nie napiszę. A co!
  • Podobno do miesiąca powinno się ograniczać kontakty dziecka z obca florą bakteryjną. Ja rozumiem, ale czy to znaczy, że mamy w domu siedzieć i ludzi nie oglądać? No bez przesady. Przez nasz dom nie przewalają się jakieś chordy barbarzyńców, ale zdarza się nam mieć gości, albo pójść między ludzi. I nie mam zamiaru z tego powodu czuć się wyrodną matką. Ani myślę po prostu. W związku z powyższym zataszczyłam wczoraj Młodą (W chuście naturalnie. Kaszmir wymiata! Ubóstwiam! Ktoś chce kupić prawie nie używanego elastyka?) na kolejne spotkanie Gazetowego Klubu Mam. Ora wzbudzała (zupełnie słusznie) powszechny zachwyt, ochy i achy, poznała wężo-gina, który powtórnie robił za eksperta (podobno po ostatnim spotkaniu mamy były nim zachwycone - zupełnie słusznie) oraz prowadzącą ze szkoły rodzenia (udał im się zespół ekspercki baaaardzo), a także pozowała do zdjęć.
Spotkanie dotyczyło baby blues i depresji poporodowej. Nie spodziewałam się, że ten temat jest tak mało znany. A dzieciowe smutkowanie dotyczy 80% kobiet! Na poporodową depresję zapadają także mężczyźni. W ramach dygresji obgadałyśmy opiekę położnych środowiskowych (dramat!). Dla oddania sprawiedliwości dodam, że moja jest całkiem sympatyczna (właśnie wyszła, pozachwycawszy się uprzednio stosownie Córą, blizną i obkurczającą macicą i husianką), ale z gwarantowanych przez NFZ czterech wizyt przyszła na dwie i na kolejną się nie umawia. Fakt, że jakoś specjalnie jej (wizyty) nie pragnę, mając własną położną w rodzinie, ale... Niemniej położne z Przychodni Portowej polecam i rekomenduję.

Ale najfajniejszą niespodzianką było poznanie w realu Jagody z Kogla-Magla! Podeszła do mnie kiedy właśnie zorientowałam się, że wielkimi krokami nadciąga pora głodomora, więc zamieniłyśmy raptem zdań kilka, ale to spotkanie sprawiło mi niesamowitą radochę :D

  • Już miałam zacząć czuć się pominięta, ale w końcu MaM odezwało się z propozycją współpracy, czytaj: testowania i linkowania. Przetestujemy z dziką radością, a jakże :D W ogóle szykuje się duuuża notka okołomarkowa. Znaczy, że około marek różnych będzie. Obaczycie.
 
    • A przedwczoraj Aurora dostała swoją pierwszą przesyłkę w której były zdjęcia. Jej. No prawie. Sesja ciążowa. Nic więcej nie powiem. Narazie.
    No :)
    Pin It Now!

    poniedziałek, 10 października 2011

    Stopklatki: kompleksy i lęki czyli głowologia, kobieta i mąż (wszystko z różnych bajek)

    Po pierwsze nie na temat: nie muszę przechodzić na dietę dla cukrzyków - Jupiiiiiiiiiiiii!!!

    Ponieważ ostatnio w wynikach wyszła mi jakaś straszna glukoza, to miałam badania powtórzyć i jeszcze kłuć się w palce na czczo i po jedzeniu. Zbadałam i kłułam, drżąc, że każą mi się żywić wodą z brukselki, bez soli.
    Dziś byłam na wizycie. Godzina czekania, pięć studentek (ale sympatycznych) w ciasnym gabinecie, plus wężo-gin plus ja (My). Cukru ni ma, innych świństw (paciorkowiec) też ni. :D:D:D

    Nazbierało mi się trochę wrażeń niepoukładanych, ale które chcę gdzieś tu odłożyć na bliżej niesprecyzowane potem. Bo ładne takie. Ludzkie. Takie migawki z życia.

    We czwartek zjechali Niemce. Ale fajne Niemce :) Konkretnie znajomi z warsztatów ogniowych z Neubrandenburga - towarzysko i na zakupy.

    W czasie oprowadzania ich po sklepach i ogólnie goszczenia przez Inko poczyniłam kilka obserwacji o ludzkiej naturze. Jakoś tak jest, że jak się kogoś zna i wie, jak się człowiek zachowuje "normalnie", jakie ma zwyczaje i sposób bycia, to obserwowanie go w nowej sytuacji, wśród nowej grupy może być zaiste fascynującym doświadczeniem.
    Ja generalnie lubię obserwować ludzi. Takie nieszkodliwe hobby. I zastanawiam się, czy owi ludzie zdają sobie sprawę jak przejrzyści i nadzy stają się w takich sytuacjach. Jak oczywiste stają się ich motywacje, jak widoczne ich lęki, kompleksy i zahamowania. Wiem, że w odniesieniu do siebie nie byłam tego świadoma. W każdym razie nie do końca.

    A obserwując innych jednego możesz być pewien - Ciebie z pewnością też ktoś obserwuje :D.

    ***

    O Jednej Kobiecie słów kilka. Mam Brata (wiem, że już mówiłam), a Brat ma Kobietę (w takim samym stopniu jak Ona ma jego, ale ma). Kobietę ową darzę sympatią przeogromną, gdyż jest babką sympatyczną, zdolną jak cholera, wrażliwą, a przy tym zaiste nieustraszoną! Dowodem na to jest fakt, że jest z moim Bratem ;) (Nie to, że coś z nim nie tak - inteligentny jest i przystojny IMHO całkiem, i w ogóle fajny facet, ale czasami zasługuje na walnięcie w ucho za bycie złośliwą, niedelikatną, nieczułą małpą - IMHO naturalnie.), ale nie tylko.
    Miała odwagę wybrać studia zgodne ze swoją pasją, a nie opłacalnością, modą i naciskami krewnych i znajomych, wyjechać z małego miasta w kompletnie nieznane, a teraz chce wynająć mieszkanko w stanie surowym, żeby się całkiem usamodzielnić. To może i blado brzmi, ale w świetle jej wrażliwości uważam to za godne szacunku. No i nie mogłam się powstrzymać, żeby o Niej nie napisać :)

    ***

    Mąż (mój własny, prywatny, osobisty). Cudowny jest, to już pisałam była. Ostatnio fascynuje mnie patrzenie na niego, kiedy komunikuje się z Młodą. Niby już przywykł, że jest, że czasem daje o sobie znać, ale kiedy niekiedy dotyka mojego brzucha, a Mała kopnie, albo zrobi szczególnie intensywnego wygibasa - ma tak niesamowity wyraz twarzy, że chce mi się zatrzymać kadr. Taka mina pod hasłem "Rany! Naprawdę?". I kontrolne spojrzenie na mnie, czy czułam :)

    Ubóstwiam faceta, no co ja mogę?

    ***

    Po za tym: 
    • "Naprawdę kocham deeeszcz..."
    • W sobotę byliśmy na grzybach z Mamą Przemka i Panem Stasiem - nazbieraliśmy z pół koszyka, wracając złapaliśmy gumę, a teraz suszymy i pachnie w całym domu (Przemko chodzi i niucha, bo lubi, tak samo jak ja).
    • Dotknęła nas też klęska urodzaju na gruszki. Nie nadążam z przerobem. I to drugi, dominujący teraz w domu aromat.
    • Potem byłam z Kaszydełkiem na Big Swap Party. Wymieniłam dwie książki i tunikę na czapkę, szydełkowego prosiaka, zielony szal, tunikę w cudne sówki i dychę :D:D:D
    • A wczoraj byłam głosować naturalnie. Teraz mogę z czystym sumieniem narzekać przez kolejne cztery lata.
    • Kiedy piszę te słowa (ładny zwrot, nieprawdaż) Młodociana Obca przypuszcza intensywny atak na moje żebra. Tłumaczę jej, że nasz gatunek wychodzi raczej drugą stroną i że zasadniczo to jeszcze nie teraz, ale nie chce słuchać. Wdała się w mamusię kurka wodna!
    Pin It Now!

    niedziela, 2 października 2011

    Epistolografia, wielkie odkrycie i Kasprzycki

    Dostałam list :) W formie elektronicznej, ale jednak. Wiecie, taki nie pisany metodą "kopiuj-wklej", z interpunkcją i jakimś stylem, pisany w formie subiektywnej, osobistej. Szkoda, że epistolografia tak psieje i zanika. Ja już nie mówię o papierowych listach, ale o formie, która świadczy o zaangażowaniu we własne słowa i atencji (ładne, stare słowo) dla odbiorcy. Szkoda... (tu zadumała się smętnie ;) ).

    List tym bardziej miły, że komplementujący Chabazie :) W sposób bardzo sympatyczny oraz świadczący, że autor listu co najmniej pobieżnie go przejrzał (a sugerujący wprost, że przeczytał dość wnikliwie).

    I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie kończył się prośbą o podlinkowanie strony tworzonej przez firmę, której autor listu jest pracownikiem :D:D:D

    Ehhh...

    Nie linkuję za free, chyba, że mi się ktoś osobiście zasłuży ;) Potrzebuję kasy na waciki, jestem pazerna i jak ktoś chce u mnie linka na którym zarabia, to ja chcę jakiś zysk z tego mieć. To mój blog jest, a nie słup ogłoszeniowy.

    Nie mniej, jako że ujęła mnie forma listu, a z kobietą komplementem (właściwym komplementem) coś niecoś można zdziałać - to wrzucam tutaj toto: (stronka dla szukających pracy itp.)

    Swoją drogą, czy któraś z koleżanek-blogerek też dostała tego przekupnego listowego cukieraska? Czy po prostu tylko ja się daję wziąć pod włos?

    A co do tych, których linkuję nieodpłatnie w wyrazie wdzięczności: Dokonałam odkrycia na miarę Ameryki!

    Pisałam niedawno o moich stanikowych problemach. Ha! Słuchajcie!

    Odkryłam w Szczecinie sklep ze stanikami w moim rozmiarze!!! Nawet większe mają! Odkryłam firmę, która szyje ładne (!), dobre jakościowo (!!) i niedrogie - wybrałam taki za 65pln (!!!) staniki, aż do 115 j (większych nie zauważyłam, ale może mają) !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    Uwielbiam! :D:D:D Wybór kolorystyczny co prawda średni i niestety nie mają karmników, ale modele z odpinanymi ramiączkami już tak, no i kurczę, mogę wszystko przymierzyć na miejscu :D Co istotne, bo albo mają mocno zawyżoną rozmiarówkę, albo wszystkie (trzy) firmy, których używałam dotąd mają mocno zaniżoną.  Muach!

    Sklep, w którym odkryłam to cudo mieści się w Galaxy, na pierwszym poziomie ("Czar par" bodajże, ale nie jestem pewna, sprawdzę - napiszę) - miła, kompetentna obsługa - polecam, polecam, polecam!!!

    A jutro wieczorem idziemy z Przemkiem do Rockera na koncert Kasprzyckiego :)
    Po za tym, że od dawna (co to wiecie, najstarsi górale itp...) szalenie lubię jego twórczość, inteligentne, błyskotliwe poczucie humoru, deszczowe, gorzkie smęty i improwizacje, to wpisał nam się jakoś w życie.

    Primo - od jego koncertu (Rocker, 28 I 2008r.) datuje się nasz związek :D:D:D (przyznaję się, że niewiele pamiętam z tego koncertu, ale jakoś specjalnie nie żałuję, sorry Robert).

    Secundo - w zeszłym roku, coś tak miesiąc przed ślubem, wkręciliśmy się z Inko na jego koncert, jako ilustracja ogniowa. Nie wiem, czy do końca był zadowolony, ale my szalenie :D:D:D. Przy okazji rozmów na ten temat rzucił żartem, że pisze się na chrzestnego. Myślicie, że spanikuje, jak zobaczy mój brzuch? :D:D:D:D:D:D:D:D:D

    Mam nadzieję, że nie urodzę w trakcie :D:D:D. To by był materiał promocyjny! :D

    P.S. Właśnie zauważyłam, że najpierw piszę o stanikach, a potem o Kasprzyckim. To chronologia, a nie brak admiracji, czy poważania. Nie gniewaj się Robert :D
    Pin It Now!

    wtorek, 20 września 2011

    Warsztaty zakończone do góry nogami i nne wieści z placu boju

    Wróciliśmy (z pięknym polskim akcentem, na trzecią sylabę od końca).

    Powiem Wam co lubię. Lubię swobodny przepływ energii międzyludzkiej. Lubię angielsko-niemiecko-polsko-rosyjski mix językowy. Lubię poczucie wspólnoty, płynącej z tej samej pasji, entuzjazmu, głodu wrażeń i emocji. Lubię atmosferę wzajemnej sympatii, pozbawionej typowo polsko-piekiełkowego podgryzania. Lubię zdrową rywalizację, w wyniku której pokonany ściska zwycięzcę ciesząc się jego radością. Lubię obłęd, który powoduje, że niemieckiego kota "kiciam" po rosyjsku (dla zabawy), a do niemieckiego psa gadam po angielsku (bo mi się pomyliło). Lubię nawet chrzanionego koguta (jego nowa ksywa: "Rosół"), piejącego co pięć minut od czwartej do siódmej rano. Lubię Chi Quonga i akupresurę (na własnej skórze przekonałam się, że działa i to nie żadna ściema, placebo i czary-mary - możecie wierzyć mojej sceptycznej naturze). Uwielbiam, kiedy moja praca jest doceniana (szkoda, że bardziej przez dalszych niż bliższych geograficznie,ale jak się bliższych rozpuści, to się ma ;) ).

    Cholera, no było cudnie :)

    Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie napisała, czego nie lubię.

    Nie lubię przyzwolenia na kopcenie gdzie bądź, nie lubię nie móc pogadać z ludźmi, bo akurat połowa ma pety w zębach. Nie lubię wybitych kciuków. Nie lubię zakwasów po chi quongu zwłaszcza w połączeniu z podejrzanie bolącym brzuchem. Nie lubię jak Mężowi zapala się twarz i nie lubię jak Wiking choruje. Nie lubię, jak wciska mi się kit dla sponsorów, kiedy szczerość wystarczyłaby w stu procentach.

    Ale, cholera było cudnie.

    Było cudnie, bo - ludzie. Było pięknie.

    Paweł i mina będąca kwintesencją tych warsztatów.


    Conga

    Panorama Penzlin w tle

    Theresia - nasza tłumaczka

    Zwracam uwagę na resztki płomienia nad kominem :D II miejsce w zawodach ziania :D

    Ciekawe galotki, czyż nie?

    Kaszydło - no comments.

    Ostrzał wzajemny

    Jak dla mnie najbardziej niesamowita postać warsztatów - Marie. Wulkan dobrej energii, zwierze sceniczne, cudowna kobieta. Thank you Marie. For everything.

    Coś jej wpadło w oko ;)



    Rosół


    Praca ze sprzętem i polarowy, nabrzuszny wytłumiacz hałasu.




    Z innych wieści z placu boju:
    • Miała być żyrafa po Tatusiu, będzie raczej  kulka po Mamusi. Duża głowa, krótkie łapki. Za to waga w 32 tygodniu: 2 190! Młoda opanuj się przed 4 000, bo mnie pokroją!
    • W związku z bólem brzucha napadłam gina, co skończyło się diagnozą: "Nic poważnego, rozwarcie na 1, polegiwać z nogami do góry. I już proszę nie szaleć". No to mam fikać nogami w górze, czy nie szaleć???
    • W związku z pluciem Przemko wylądował na tygodniowym zwolnieniu chorobowym. Oboje wprowadziliśmy się na stałe na antresolę i w doliny schodzimy jedynie w przypadku wyższej konieczności.
    • W związku z czym z kolei laptop otrzymał tymczasową dyspensę na przebywanie tamuj. Właśnie na nim piszę.
    • Wygraliśmy konkurs na blog sierpnia na przedPORODEM.pl :D:D:D Bardzo nam miło.
    • Dziecko Syna Jana (Jonson's Baby) zaproponowało mi udział w swojej Akademii dla blogerek. Naturalnie nie odmówiłam.
    P.S. I jeszcze kilka:




      Pin It Now!

      środa, 14 września 2011

      Do zobaczenia :)

      Wyruszam.
      Do Niemiec.
      Konkretnie Blankenhof. Na warsztaty ogniowe :D


      Jak nie umrę do piątku z tęsknoty za Wikingiem (Przemek dojeżdża w piątek), to wrócę i napiszę jak było. A pewnie będzie ciekawie, zwłaszcza, że znad Norwegii nadciąga podobno sztorm zwiewający ciężarówki z drogi.


      Trzymajcie kciuki.
      Pin It Now!

      środa, 31 sierpnia 2011

      Polka i ogień w niebo

      Dzień przed naszą rocznicą (papierową :D) byliśmy zaproszeni na ślub i wesele Ariela i Kasi.

      (Na marginesie dodam, że Ariel jest jednym z moich koronnych argumentów, że oryginalne imię nie robi dziecku krzywdy. Ariel nie ma traumy na jego punkcie, jest całkiem normalny i prawidłowo zsocjalizowany. Ha!).

      Cudny ślub i cudne wesele. Kompletnie takie, jakiego absolutnie nie chciałam mieć :D (Nie dlatego, że cudne, bo moje uważam naturalnie za najcudowniejsze, tylko dlatego, że absolutnie nie w moim guście.). Ale o gustach się nie dyskutuje, a było naprawdę fantastycznie. Wybawiliśmy się obłędnie.

      Co prawda świetny zespół (wokalistka z nieziemskim, aksamitnym altem, doskonały frontmen i paskudne hawajskie koszule) miał tragicznie przesterowane basy, w związku z tym obawialiśmy się nieco przebywać zbyt długo na parkiecie, ale szaleńczą polkę (w konkursie tańców narodowych) i tak odstawiliśmy :D. Inna sprawa, że potem konałam czas niejaki jak po maratonie, ale co tam.

      Na imprezie naprawdę roiło się od ciężarówek. Naliczyłam z pięć. I wszystkie świetnie się bawiły :D. Zaliczyliśmy porwanie parasola, spacer w deszczu, zamkową toaletę poznałam jak własną kieszeń, Przemko wystartował w konkursie, porwany siłą przez wodzireja. W trakcie dowiedział się, że to konkurs tańca towarzyskiego dla par męskich :D:D:D Nie takie rzeczy u nas na weselu odchodziły ;) Wygrał piwo.

      Naturalnie nie obyło się bez sesyjki loży szyderców. To nie chodzi o to, że my się z ludzi jakoś specjalnie nabijamy. My ludzi zasadniczo bardzo lubimy. Tylko mamy taki zmysł ironiczno-sarkastyczny i lubimy wyławiać zabawne strony życia.

      Ora nie protestowała w trakcie specjalnie. Trochę sobie pokopała od czasu do czasu, ale nie na tyle, żeby było to niepokojące.

      Wybawieni i wyweseleni do imentu wróciliśmy do domu około trzeciej. Żeby o 10 pójść na próbę Inko :D.

      A wieczorem dnia następnego pojechaliśmy nad Głębokie wypuścić w niebo ogień. Tak jak wypuściliśmy rok wcześniej. A za rok zrobimy to we troje.
      Pin It Now!

      czwartek, 25 sierpnia 2011

      Planowanie nieprzewidywalnego i inne bajki

      Stanowczo uważam, że określenie "plan porodu" jest mocno nietrafione. Z przyczyny takiej, że poród z definicji jest mało przewidywalny. Tzn. Można przewidzieć z 99% pewnością, że się odbędzie. Tyle.

      Niemniej jednak idea, żeby oficjalnie i stanowczo, i NA PIŚMIE, wyraźnie i kategorycznie określić czego sobie życzę, a czego nie życzę - jest IMHO jaknajbardziej słuszna.

      Naturalnie, zdaję sobie sprawę, że w wypadku zagrożenia życia guzik będzie się liczyło (i dobrze!) co ja sobie tam natworzyłam, ale gdyby jednak jakimś cudem nie doszło do takich atrakcji, to wolę, żeby personel szpitalny trzymał się mojej wizji okołoporodowej :D

      Toteż popełniłam (wstępnie):



      Na razie to szkic jest, jeśli ktoś ma uwagi co jeszcze dodać, lub co zmienić odnośnie formy (co do treści radziłabym sobie darować, chyba, że ktoś lubi naparzać grochem o ścianę) to bardzo się dopraszam.


      Z wieści okołociążowych i innych

      Po kolejnej wizycie u gina (trzeci z moich ulubionych, po cholerę w sumie jest instytucja prowadzącego?) wiem że: moja szyjka wygląda kwitnąco, cudownie przybieram na wadze (znaczy cudownie niewiele - +6,8 od początku ciąży - fajnie, nie?), a Auri serce ma jak dzwon. Za półtora tygodnia USG, więc będzie jeszcze jedno plamiate zdjęcie do albumu ;)

      Strachu przedporodowego nadal brak. I zdaję sobie sprawę, że zapewne prowokuję tym kolejne autorki malowniczo upiornych opowiastek wiadomej treści.  Przemko się zdziwił, jak stwierdziłam, że dla niego trzeba będzie na porodówkę zabrać książkę, albo i dwie ;)

      Huggies (czemu ich nazwa kojarzy mi się z walijską kuchnią?) zaproponowali mi testowanie ich produktów. Czemu nie? :D Skoro są gotowi na szczerość, to ja bardzo chętnie. :D Mają przysłać pakiecik przed początkiem listopada.

      Ora jest przemocą umuzykalniana i uwerbalniana. Tzn. że zapodajemy jej w dzień (oprócz własnych ulubionych kawałków) muzę "Dla uszka maluszka" (prezent od familii, polecam - trzy fajnie skomponowane płytki klasyki - do zabawy, "mozartowa" i do usypiania), a na dobranoc dostaję porcję Grimmów.

      Nie pamiętałam, że te baśnie są takie pokręcone! Naprawdę. Od postaci w stylu "łajenka, które płonie", mordów na każdym kroku, tłuczeniu dzbanuszka, jako aktu ostatecznej rozpaczy z powodu zapłakanej pchełki, nazywania dziecka jak sałaty, czy stwierdzeń w stylu (hit któregoś tygodnia) "pewien ojciec miał siedmiu synów, ale tylko jedną kozę!". Bettelheim miał rację! I miał tu dużo więcej pola do używania sobie, niż wykorzystał!
      Póki co czytamy i turlamy się ze śmiechu. Ory raczej to nie usypia, bo potrafi przewierzgać pół nocy (to jej ulubiona pora aktywności, co zaczyna mnie niepokoić w kontekście zbliżającego się terminu zmiany jej lokum na zewnątrzbrzuszne. Póki co przynajmniej jest cicho.).

      A ja dla odmiany czytam sobie Szwaję. Mama mi zapodała. Byłam raczej sceptyczna. Bo to romansidłowe takie trochę i strasznie babskie, a ja jakoś mimo kategorycznie równouprawnieniowych poglądów za tzw. "literaturą kobiecą" średnio przepadam. Okazało się, że czytadła, jak czytadła...
      Ale.
      Jest hiperszczecińska - co uwielbiam.
      Oraz ma styl pisania, który sprawia, że turlam się, tarzam, kwiczę i płaczę z uciechy. :D:D:D Miło, lekko i przyjemnie. :D W sam raz na ciążę (a zaczęłam naturalnie od "Zapisków stanu poważnego", które traktują sami-się-domyślcie-o-czym).

      Na koniec, ponieważ do spółki z niemieckimi ogniomistrzami dostaliśmy dotację z Pomeranii - to 12 września jedziemy z Inko Gni To do Niemiec na warsztaty w Burg Stargard. jak myślicie, zabierać ze sobą torbę okołoporodową? Tylko trzeba by było ją najpierw skompletować ;)

      P.S. A propos Inko - mam fazę na kawę. INKĘ oczywiście :D:D:D
      Pin It Now!