Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Ognia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Ognia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 maja 2012

Pijąca imprezowiczka

Imprezowało się w łikend. Było się na urodzinach ciotecznego Ory Brata i imieninach ciotecznej Siostry w jednym. Radośnie, radośnie :)
Jest to fakt godny upamiętnienia również dlatego, że z tej podwójnej okazji Misiatka została odziana (przepięknie) w irlandzką kiecunię od Ciotki Małgośki, do której w końcu dorosła. Zdjęcia opublikujemy jak Ciocia Marlena się podzieli (bo sami, łosie, nie zrobiliśmy).

Tego samego dnia postanowiliśmy  ramach eksperymentu zapoznać Córkę naszą z trzystusześdziesieciostopniowym kubasem. Wygląda ustrojstwo następująco:
(jak mu przekręcić do góry trzymadełka, to wygląda jak wiking w wersji wagnerowskiej ;) )

Dostali byliśmy takowy na brzuszkowe (na własne zamówienie).
Dziewczę zmierzyło machinę bystrym spojrzeniem. Najpierw usiłowało brzeg złapać dziobem otwartym, jak do piersi, ale załapawszy, że tak, to "seneda" - przyssało się do brzegu i dotąd ciągnie jak smok (wodę oczywiście i tylko wodę, niskozmineralizowaną, niegazowaną, bez nadmiaru sodu, a co :D).

Dodatkowo spuchliśmy z dumy (no w każdym razie ja spuchłam), bo tego samego dnia była u nas mężowa Kuzynka (ciotka wujeczna :D), która ma rocznego synka i synek ów z kubkami z dzióbkami nie radzi sobie jeszcze, i w szoku była, jak Dydłonia naszego w akcji ujrzała. Niskie to, niskie, ja wiem, ale co na to mogę, hę?

A dziś skłuć daliśmy Tobołka maleńkiego drugą serią szczepionek. Zastrajkowałam i uświadomiłam Męża, że bez niego, to ja nie idę, mowy nie ma, a decyzja ma (jak większość) okazała się jedynie słuszna. Bambetlątko w rękach Tatki, kłute bezlitośnie w udka, trochę wprawdzie pochlipało, ale krótko i nieintensywnie. Dzielne było ogromnie, a ja nie zeszłam na zawał. Pani Pielęgniarka pod silnym była wrażeniem (Ojca i dziecięcia. Spoko, noszę w plecaku składaną maczugę na wszelki wypadek - drżyjcie wrażliwe pielęgniarki innej profesji amatorki tego co wrrrrMOJE).

Pani Doktor (zacna niewiasta) zapytała, czy wciąż chustujemy (no ba!), gładko przełknęła informację o stosowanym przez nas BLW, zważyła (6,800 kg żywej Orki :D), zmierzyła, wyraziła zachwyt należyty i tyla. Za 6 tygodni kolejne spotkanie.

A dziś o północy wybieramy się pod budynek Starej Chemii, gdzie Inko Gni To swoim występem uświetnia rozpoczęcie szczecińskich Juwenaliów. Ja będę niańczyć, a Przemko ogniem zionie i iskrami sypnie, bo ognisty On ci jest, że strach. Ach!

Tak, jak widać po używanym przeze mnie słownictwie wiosna i laktacja pospołu dobrały mi się do mózgu. Nie poradzę nic.

Pin It Now!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Wielka kupa...

...roboty. Przepraszam wszystkich, którzy komentują, albo piszą do mnie listy, a ja nie odpisuję. Nie nadążam. Przepraszam. Święta dyszą mi w plecy!
Dziś w przerwach między karmieniami i zabawą z Dzieciem zapeklowałam szynę, posiałam zieleninę, opracowałam jeden maleńki układzik, upiekłam na obiad faszerowanego Ło(so)sia i byłam z siebie całkiem zadowolona, dopóki nie zobaczyłam listy rzeczy do zrobienia. Masakra.

Przemko Wspaniały sprzątał w tym czasie domiszcze.

Czy sądzicie, że napicie się kawy inki z własnym mlekiem, to już kanibalizm byłby?
Mleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeka mi się chce. I sera! Pleśniowego takiego, prawie płynnego, powalającego zapachem.
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
Pin It Now!

poniedziałek, 13 lutego 2012

Notka nienapisana

To jest notka o zawiedzionym zaufaniu. O czymś co było, a już nie ma. O czymś co być mogło i już się nie stanie. O braku szczerości, a więc obłudzie. O cynizmie, który przenika dzisiejszą rzeczywistość i klei się do ludzi jak smar. I do tych, którzy się o nich otrą. To jest notka o pozorach i tym, co pod nimi.

Jest to notka bardzo śmieszna, ironiczna, ale zostawiająca na koniec posmak smutku w ustach.

Ale jest  to też notka o lojalności takiej, że powala na kolana. O zaufaniu absolutnym. O wartościach nieprzemijalnych i niezniszczalnych. Które czasem wypróbowywane są w ogniu (ależ mi się na patos zebrało!).

To jest notka bez faktów, bo niezorientowanym one i tak niewiele powiedzą, a zamieszanych w sprawę nie usatysfakcjonuje przedstawienie ich "po mojemu". To jest notka bez dyskusji. To jest notka o uczuciach, więc nie do dyskutowania. Więc bez sensu.

Jest to też notka o tym jak bardzo kocham i podziwiam swojego Męża.

I jest to na  koniec taka notka, której nie napiszę, bo ostatecznie nie ma po co...
Pin It Now!

piątek, 10 lutego 2012

NSaS - Jest Tata i jest MAM ;)

Czasem bywa, że mama wybywa. Rzadko, ale bywa. Np. na próbę Teatru Ognia. I wtedy Tatko zostaje z Gżdaczem sam na sam.

Generalnie problem to to nie jest. Tatko zdolny jest i obsługę Jej Maleńkości ma opanowaną. Z jednym wyjątkiem. Otóż wśród tatkowych talentów brak jednego: Mleka produkcji! 

Mleko Mamcia może odciągnąć i Tatce pozostawić. Ale jak je zapodać do otwartego dzioba? W wężyki plastikowe Tatki oplatać nie chcieliśmy, więc w ruch poszła przesłana nam przez MAM butla. Taka o:


Co mogę napisać? To jak dotąd jedyny (pozaszpitalny) kontakt Aurory z butelką. Nie mamy więc materiału porównawczego. Z relacji Taty (który kategorycznie odmówił opisywania swoich przeżyć samodzielnie) mleko zostało pochłonięta błyskawicznie (Mama sprawdziła - faktycznie płyn z butli wypływa dość szybko). Kolki nie stwierdzono, ale Dzieć nasz (odpukać itp...) jak dotąd kolki nie doświadczył. Ze ssaniem piersi po powrocie Matki marnotrawnej problemów też nie było. 

Zdecydowanymi plusami tej flaszeczki są: 
  • wygląd :D
  • łatwość mycia - rozkręca się jak widać:

i można wszystko dokładnie domyć bez problemu. 
  • Jest samosterylizująca, więc gotować jej nie trzeba (co mi wisi akurat, bo i tak poprzestałabym na przelaniu wrzątkiem). 
  • Nie zawiera BPA (Można? Można!).
  • Smoczek wykonany z "jedwabistego silikonu" ma być w dotyku zbliżony do maminej piersi. Chyba działa. W każdym razie Smoczyca wyglądała na zadowoloną (patrz wyżej).
  • No i umożliwia Tatce i Córce wejście na nowy poziom porozumienia. A Matce wypady na miasto ;D
Bo:
P.S. A moje światłe opinie MAM chce zamieścić przy swoich produktach. Ha!
Pin It Now!

czwartek, 19 stycznia 2012

Azjatycka Komedia prawieRomantyczna i lew ukochany dziko memłany, a także słowa, słowa, słowa...

Czytam.
Chociaż ostatnio miejscami w których znajduję na to czas bywają:
a) komunikacja miejska
b) ławka w parku, jak przysiądę na spacerze
c) łazienka (tak, ja z tych jestem)
d) miejsce w którym akurat jem posiłek
Bo gdzie- , a zwłaszcza KIEDYindziej nie mam czasu.

Ale ostatnio pochłonęłam w tempie ekspresowym całą serię (pożyczoną od Kefiry) Claude Didierjean-Jouveau (oprócz "Nosimy nasze dziecko").




Rewelacja! Zaczytałam się. Napisane sensownym językiem i nafaszerowane faktami jak gęś kaszą. Piękne. Czytając o porodach nieco się rozkleiłam, myśląc o tym, czego nas pozbawiono (mimo, że mój poród nie był jakimś strasznym koszmarem, a jednak). Musiałam przestać czytać, bo to w parku akurat było i głupio się tak mazać na ławce. Szlak mnie trafia, jak czytam o faktach potwierdzonych badaniami, kompletnie lekceważonych przez (między innymi) polską służbę zdrowia. Żałuje, że nie przeczytałam tej serii przed porodem, bo może byłabym bardziej pewna niektórych swoich decyzji, może bardziej zdecydowanie obstawałabym przy swoim (naszym). Ale cieszę się, że przeczytałam je teraz. Bo są wspaniałe.
Polecam i zwolennikom rodzicielstwa bliskości i sceptykom i tym, co nie wiedzą o co kamon.

Nadgryzam teraz (też pożyczony od Kefiry) "Poradnik dla zielonych rodziców".

Przemogłam się, mimo że słodka Reni działa mi nieco na nerwy. Głównie za sprawą wyżej wymienionej właścicielki, bo jest to dziewczę, którego zdanie szanuję i cenię (a takich słów z ust moich za często nie usłyszycie).

I trochę poużalałam się nad sobą czytając o połogu. Bo koło mnie (po powrocie do domu) nikt specjalnie nie skakał (mąż trochę, ale głównie oboje byliśmy zaaferowani Młodą), nikt się wprowadzać nie chciał, obiadków gotowych nie dowoził, do mycia okien się nie rwał.

Nie to, żebym chciała, żeby ktoś naprawdę to robił. Czułam się nieźle, żeby nie powiedzieć rewelacyjnie, a szlak by mnie trafiał, jakby ktoś inny chciał Aurorę znów Nam zabierać, albo po kuchni mi się kręcił.

Ale zaoferować by się mogli. Wykazać zainteresowania trochę. A tu nic, a nic. Czysta bezczelność, chlip i wzdech...

Aha, z tego miejsca dziękuję Tłarosiowi, która jako jedyna złożyła ofertę pomocy technicznej, dała się wykorzystać zakupowo, a jak przyjechała, to sama sobie herbatę robiła. :D


Aurora nadal odkrywa łapki. Obserwuje nieufnie, jak jej wejdą w pole widzenia. Mlekopodajnik miętoli usilnie. Dodatkowo ruszyły dziewczęciu ślinianki i płynie rzeeeeka śliny. I wszystko jest dobre do pociamkania. Łapki, palec Taty, łapki, Leonidas, łapki, kocyk (wpakowany oburącz do paszczy!), łapki, ucho Onufrego i łapki.

Jutro jedziemy na pierwszą wizytę u okologa. Od oka, żeby nie było. Okulisty znaczy. A książeczka zdrowia ukradziona przez pielęgniarkę od ortopedy się znalazła. Odniósł tata następnego pacjenta, do którego torby pielęgniarka ją wpakowała. Tylko, kurka wodna czemu po 2 tygodniach dopiero?!?!?!

 Z innych inności - szykujemy z Inko Gni To Azjatycką Komedię nie-całkiem-Romantyczną na szczeciński konwent japonofilów "Shi: Bishoku". Jak ktoś będzie w okolicy, to zapraszam - my szykując ją turlamy się ze śmiechu.


A ja szyję namiętnie. Jak uszyję, to pokażę.

I pamiętajcie głosować - 
i na chabazie (ostatni dzwonek!)
:D
Pin It Now!

wtorek, 10 stycznia 2012

Płonący burdel, czyli o kochających i nie

Organizowanie czegoś (imprezy, iwentu, akcji, spektaklu, etc.) z amatorami jako żywo przypomina najczęściej pożar w burdelu.

I nic dziwnego, skoro amator to miłośnik, ktoś oddany czemuś, a z łaciny - kochanek. Trudno wszak wymagać od kochanka chłodnej logiki i planowania pięćdziesięciu ruchów naprzód.

Jednakowoż pracę z amatorami wielbię, cenię i szanuję. Za to pełne emocjonalne zaangażowanie właśnie. Brak rutyny. Namiętność. Prawdę pobudek.

Dodatkowo, jako Siostra Chaosu, której bliska jest maksyma Kaczki Katastrofy, brzmiąca: "Porządek, porządek to wróg zwierządek." (patrz: "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka - ostatnia transTatowa lektura Aurory), osoba której stan makówki najlepiej (i najdelikatniej) oddaje określenie "twórczy bajz..., eee... nieład" oraz wieczna, niepoprawna i niereformowalna AMATORKA - nie mam możliwości nielubienia takich działań właśnie.

Dlatego tez drugi już raz wzięłam udział w organizacji szczecińskiego Orszaku Trzech Króli. To rewelacyjna impreza rodzinna, której inicjatorami są rodzice maluchów z jednego przedszkola, wciągający w zabawę resztę wszechświata.

W jej fantastycznej, ciepłej, pełnej wzajemnej sympatii atmosferze nie razi i nie irytuje zamieszanie ani rozgardiasz. Wiadomo, że każdy jest tu bo chce, bo czuje ideę i stara się ze wszystkich sił, żeby było jaknajfajniej.

Ale... No musiało qrcze, cholera, porca miseria, pojawić się to nieszczęsne ALE.

Czasem do takiej radośnie amatorskiej ekipy dołącza się ktoś z całkiem innej bajki. Bo musiał. Bo mu kazali. Bo chce się zrealizować i wypromować. I wtedy atmosfera zaczyna się sypać. Zaczyna być nieszczerze i niewygodnie, i niezręcznie. Irytująco.

Dlatego uważam, że fatalnym pomysłem jest zapraszanie na początek TAKIEJ imprezy władz świeckich, czy kościelnych - bo oni uprawiając tam autoreklamę są nieszczerzy i nie na miejscu. Dlatego po tegorocznym Orszaku OBOK świetnych emocji i kupy radości - pozostało też nieco niesmaku.

Bo w tym roku organizatorzy poprosili jedną z młodych, twórczych grup Szczecina o ogarnięcie "części artystycznej" Orszaku. Grupa skądinąd fajna, swoją działkę artyzmu przygotowała zacnie i na poziomie. Ale to "ogarnianie"...

Ujmę to tak: pożar w zamtuzie to przy tym szczyt uporządkowania i myśli logistycznej.

Żeby podać tylko conajciekawsze kwiatki: braliśmy udział (Inko i Huginni) w scenie walki dobra ze złem. W sumie spektakl rozpisany na dwa teatry ognia, dwie grupy odtwórstwa historycznego, dwóch szczudlarzy plus kilku wolontariuszy nieznanego pochodzenia.

Dwa tygodnie przed imprezą koordynatorka nie wiedziała jeszcze (bo nie zapytała) ilu ma ludzi, w jakich kostiumach z jakim sprzętem płonącym/bronią. Ale pisała scenariusz wg własnej wizji.

O spotkaniu organizacyjnym nie poinformowano conajmniej 2 z 4 zespołów. Podobnie o próbie generalnej.

Trzy dni przed "godziną w" koordynatorka była przekonana, że Wikingowie i zakonnicy to jedna grupa.

Półtora tygodnia przed imprezą powstał scenariusz, którego organizatorzy nie przyjęli (a który obejmował gaszenie żywych ludzi za pomocą gaśnicy).

Dzień przed Sylwestrem powstał "scenariusz ostateczny" - przeczytałam go w pierwszy dzień Nowego Roku.
Wyglądał jak tworzony w minutę na jednym kolanie i obejmował rzucanie papierem toaletowym (!), występ aktorów teatrów OGNIA bez ognia (!!), i tekst, że "na koniec jakiś Wiking może wyskoczyć i pomachać płonącym mieczem" (!!!).
Tu następuje ciąg wydarzeń na które litościwie spuszczę zasłonę milczenia.

Koniec końców doprowadziliśmy do stanu, kiedy scena odbyła się wg. scenariusza mocno zmienionego (przeze mnie), z udziałem wszystkich grup (doinformowywanych głównie przeze mnie) i z którego wszyscy - biorący udział, organizatorzy i (przede wszystkim!) widzowie byli zadowoleni.

Tylko qrcze jakoś mi przykro, że kogoś nie stać było na okazanie minimum dobrej woli, poszanowania dla cudzego zaangażowania, pracy i uczuć. Ja cholernie nie lubię marnowania energii. Czyjejkolwiek. A mojej zwłaszcza.

Zgodziliśmy się wystąpić w Orszaku dla idei. Na własny koszt i z dziką ochotą. Z radością. Chcąc dać to, co możemy najlepszego. A potraktowano nas jak płatnych roboli, albo wręcz popychadła do przestawiania z kąta w kąt (to, że się nie daliśmy, to inna bajka ;) ).

Łyżka dziegciu w beczce miodu.

Mniej niż łyżka w sumie, bo bawiliśmy się zacnie. Było radośnie i rodzinnie. Było gorąco i podniośle. Energetycznie. Cudownie. Do zobaczenia za rok.

Bo kochanka nie tak łatwo zniechęcić, a miłości nic nie stłamsi :D

Pin It Now!

czwartek, 5 stycznia 2012

Przybywajcie!!!


12.00 - 14.22 - Aurory debiut medialny (to że moje nazwisko przekręcili niemożebnie to szczegół)
Pin It Now!

niedziela, 2 października 2011

Epistolografia, wielkie odkrycie i Kasprzycki

Dostałam list :) W formie elektronicznej, ale jednak. Wiecie, taki nie pisany metodą "kopiuj-wklej", z interpunkcją i jakimś stylem, pisany w formie subiektywnej, osobistej. Szkoda, że epistolografia tak psieje i zanika. Ja już nie mówię o papierowych listach, ale o formie, która świadczy o zaangażowaniu we własne słowa i atencji (ładne, stare słowo) dla odbiorcy. Szkoda... (tu zadumała się smętnie ;) ).

List tym bardziej miły, że komplementujący Chabazie :) W sposób bardzo sympatyczny oraz świadczący, że autor listu co najmniej pobieżnie go przejrzał (a sugerujący wprost, że przeczytał dość wnikliwie).

I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie kończył się prośbą o podlinkowanie strony tworzonej przez firmę, której autor listu jest pracownikiem :D:D:D

Ehhh...

Nie linkuję za free, chyba, że mi się ktoś osobiście zasłuży ;) Potrzebuję kasy na waciki, jestem pazerna i jak ktoś chce u mnie linka na którym zarabia, to ja chcę jakiś zysk z tego mieć. To mój blog jest, a nie słup ogłoszeniowy.

Nie mniej, jako że ujęła mnie forma listu, a z kobietą komplementem (właściwym komplementem) coś niecoś można zdziałać - to wrzucam tutaj toto: (stronka dla szukających pracy itp.)

Swoją drogą, czy któraś z koleżanek-blogerek też dostała tego przekupnego listowego cukieraska? Czy po prostu tylko ja się daję wziąć pod włos?

A co do tych, których linkuję nieodpłatnie w wyrazie wdzięczności: Dokonałam odkrycia na miarę Ameryki!

Pisałam niedawno o moich stanikowych problemach. Ha! Słuchajcie!

Odkryłam w Szczecinie sklep ze stanikami w moim rozmiarze!!! Nawet większe mają! Odkryłam firmę, która szyje ładne (!), dobre jakościowo (!!) i niedrogie - wybrałam taki za 65pln (!!!) staniki, aż do 115 j (większych nie zauważyłam, ale może mają) !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Uwielbiam! :D:D:D Wybór kolorystyczny co prawda średni i niestety nie mają karmników, ale modele z odpinanymi ramiączkami już tak, no i kurczę, mogę wszystko przymierzyć na miejscu :D Co istotne, bo albo mają mocno zawyżoną rozmiarówkę, albo wszystkie (trzy) firmy, których używałam dotąd mają mocno zaniżoną.  Muach!

Sklep, w którym odkryłam to cudo mieści się w Galaxy, na pierwszym poziomie ("Czar par" bodajże, ale nie jestem pewna, sprawdzę - napiszę) - miła, kompetentna obsługa - polecam, polecam, polecam!!!

A jutro wieczorem idziemy z Przemkiem do Rockera na koncert Kasprzyckiego :)
Po za tym, że od dawna (co to wiecie, najstarsi górale itp...) szalenie lubię jego twórczość, inteligentne, błyskotliwe poczucie humoru, deszczowe, gorzkie smęty i improwizacje, to wpisał nam się jakoś w życie.

Primo - od jego koncertu (Rocker, 28 I 2008r.) datuje się nasz związek :D:D:D (przyznaję się, że niewiele pamiętam z tego koncertu, ale jakoś specjalnie nie żałuję, sorry Robert).

Secundo - w zeszłym roku, coś tak miesiąc przed ślubem, wkręciliśmy się z Inko na jego koncert, jako ilustracja ogniowa. Nie wiem, czy do końca był zadowolony, ale my szalenie :D:D:D. Przy okazji rozmów na ten temat rzucił żartem, że pisze się na chrzestnego. Myślicie, że spanikuje, jak zobaczy mój brzuch? :D:D:D:D:D:D:D:D:D

Mam nadzieję, że nie urodzę w trakcie :D:D:D. To by był materiał promocyjny! :D

P.S. Właśnie zauważyłam, że najpierw piszę o stanikach, a potem o Kasprzyckim. To chronologia, a nie brak admiracji, czy poważania. Nie gniewaj się Robert :D
Pin It Now!

wtorek, 20 września 2011

Warsztaty zakończone do góry nogami i nne wieści z placu boju

Wróciliśmy (z pięknym polskim akcentem, na trzecią sylabę od końca).

Powiem Wam co lubię. Lubię swobodny przepływ energii międzyludzkiej. Lubię angielsko-niemiecko-polsko-rosyjski mix językowy. Lubię poczucie wspólnoty, płynącej z tej samej pasji, entuzjazmu, głodu wrażeń i emocji. Lubię atmosferę wzajemnej sympatii, pozbawionej typowo polsko-piekiełkowego podgryzania. Lubię zdrową rywalizację, w wyniku której pokonany ściska zwycięzcę ciesząc się jego radością. Lubię obłęd, który powoduje, że niemieckiego kota "kiciam" po rosyjsku (dla zabawy), a do niemieckiego psa gadam po angielsku (bo mi się pomyliło). Lubię nawet chrzanionego koguta (jego nowa ksywa: "Rosół"), piejącego co pięć minut od czwartej do siódmej rano. Lubię Chi Quonga i akupresurę (na własnej skórze przekonałam się, że działa i to nie żadna ściema, placebo i czary-mary - możecie wierzyć mojej sceptycznej naturze). Uwielbiam, kiedy moja praca jest doceniana (szkoda, że bardziej przez dalszych niż bliższych geograficznie,ale jak się bliższych rozpuści, to się ma ;) ).

Cholera, no było cudnie :)

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie napisała, czego nie lubię.

Nie lubię przyzwolenia na kopcenie gdzie bądź, nie lubię nie móc pogadać z ludźmi, bo akurat połowa ma pety w zębach. Nie lubię wybitych kciuków. Nie lubię zakwasów po chi quongu zwłaszcza w połączeniu z podejrzanie bolącym brzuchem. Nie lubię jak Mężowi zapala się twarz i nie lubię jak Wiking choruje. Nie lubię, jak wciska mi się kit dla sponsorów, kiedy szczerość wystarczyłaby w stu procentach.

Ale, cholera było cudnie.

Było cudnie, bo - ludzie. Było pięknie.

Paweł i mina będąca kwintesencją tych warsztatów.


Conga

Panorama Penzlin w tle

Theresia - nasza tłumaczka

Zwracam uwagę na resztki płomienia nad kominem :D II miejsce w zawodach ziania :D

Ciekawe galotki, czyż nie?

Kaszydło - no comments.

Ostrzał wzajemny

Jak dla mnie najbardziej niesamowita postać warsztatów - Marie. Wulkan dobrej energii, zwierze sceniczne, cudowna kobieta. Thank you Marie. For everything.

Coś jej wpadło w oko ;)



Rosół


Praca ze sprzętem i polarowy, nabrzuszny wytłumiacz hałasu.




Z innych wieści z placu boju:
  • Miała być żyrafa po Tatusiu, będzie raczej  kulka po Mamusi. Duża głowa, krótkie łapki. Za to waga w 32 tygodniu: 2 190! Młoda opanuj się przed 4 000, bo mnie pokroją!
  • W związku z bólem brzucha napadłam gina, co skończyło się diagnozą: "Nic poważnego, rozwarcie na 1, polegiwać z nogami do góry. I już proszę nie szaleć". No to mam fikać nogami w górze, czy nie szaleć???
  • W związku z pluciem Przemko wylądował na tygodniowym zwolnieniu chorobowym. Oboje wprowadziliśmy się na stałe na antresolę i w doliny schodzimy jedynie w przypadku wyższej konieczności.
  • W związku z czym z kolei laptop otrzymał tymczasową dyspensę na przebywanie tamuj. Właśnie na nim piszę.
  • Wygraliśmy konkurs na blog sierpnia na przedPORODEM.pl :D:D:D Bardzo nam miło.
  • Dziecko Syna Jana (Jonson's Baby) zaproponowało mi udział w swojej Akademii dla blogerek. Naturalnie nie odmówiłam.
P.S. I jeszcze kilka:




    Pin It Now!

    środa, 14 września 2011

    Do zobaczenia :)

    Wyruszam.
    Do Niemiec.
    Konkretnie Blankenhof. Na warsztaty ogniowe :D


    Jak nie umrę do piątku z tęsknoty za Wikingiem (Przemek dojeżdża w piątek), to wrócę i napiszę jak było. A pewnie będzie ciekawie, zwłaszcza, że znad Norwegii nadciąga podobno sztorm zwiewający ciężarówki z drogi.


    Trzymajcie kciuki.
    Pin It Now!

    czwartek, 25 sierpnia 2011

    Planowanie nieprzewidywalnego i inne bajki

    Stanowczo uważam, że określenie "plan porodu" jest mocno nietrafione. Z przyczyny takiej, że poród z definicji jest mało przewidywalny. Tzn. Można przewidzieć z 99% pewnością, że się odbędzie. Tyle.

    Niemniej jednak idea, żeby oficjalnie i stanowczo, i NA PIŚMIE, wyraźnie i kategorycznie określić czego sobie życzę, a czego nie życzę - jest IMHO jaknajbardziej słuszna.

    Naturalnie, zdaję sobie sprawę, że w wypadku zagrożenia życia guzik będzie się liczyło (i dobrze!) co ja sobie tam natworzyłam, ale gdyby jednak jakimś cudem nie doszło do takich atrakcji, to wolę, żeby personel szpitalny trzymał się mojej wizji okołoporodowej :D

    Toteż popełniłam (wstępnie):



    Na razie to szkic jest, jeśli ktoś ma uwagi co jeszcze dodać, lub co zmienić odnośnie formy (co do treści radziłabym sobie darować, chyba, że ktoś lubi naparzać grochem o ścianę) to bardzo się dopraszam.


    Z wieści okołociążowych i innych

    Po kolejnej wizycie u gina (trzeci z moich ulubionych, po cholerę w sumie jest instytucja prowadzącego?) wiem że: moja szyjka wygląda kwitnąco, cudownie przybieram na wadze (znaczy cudownie niewiele - +6,8 od początku ciąży - fajnie, nie?), a Auri serce ma jak dzwon. Za półtora tygodnia USG, więc będzie jeszcze jedno plamiate zdjęcie do albumu ;)

    Strachu przedporodowego nadal brak. I zdaję sobie sprawę, że zapewne prowokuję tym kolejne autorki malowniczo upiornych opowiastek wiadomej treści.  Przemko się zdziwił, jak stwierdziłam, że dla niego trzeba będzie na porodówkę zabrać książkę, albo i dwie ;)

    Huggies (czemu ich nazwa kojarzy mi się z walijską kuchnią?) zaproponowali mi testowanie ich produktów. Czemu nie? :D Skoro są gotowi na szczerość, to ja bardzo chętnie. :D Mają przysłać pakiecik przed początkiem listopada.

    Ora jest przemocą umuzykalniana i uwerbalniana. Tzn. że zapodajemy jej w dzień (oprócz własnych ulubionych kawałków) muzę "Dla uszka maluszka" (prezent od familii, polecam - trzy fajnie skomponowane płytki klasyki - do zabawy, "mozartowa" i do usypiania), a na dobranoc dostaję porcję Grimmów.

    Nie pamiętałam, że te baśnie są takie pokręcone! Naprawdę. Od postaci w stylu "łajenka, które płonie", mordów na każdym kroku, tłuczeniu dzbanuszka, jako aktu ostatecznej rozpaczy z powodu zapłakanej pchełki, nazywania dziecka jak sałaty, czy stwierdzeń w stylu (hit któregoś tygodnia) "pewien ojciec miał siedmiu synów, ale tylko jedną kozę!". Bettelheim miał rację! I miał tu dużo więcej pola do używania sobie, niż wykorzystał!
    Póki co czytamy i turlamy się ze śmiechu. Ory raczej to nie usypia, bo potrafi przewierzgać pół nocy (to jej ulubiona pora aktywności, co zaczyna mnie niepokoić w kontekście zbliżającego się terminu zmiany jej lokum na zewnątrzbrzuszne. Póki co przynajmniej jest cicho.).

    A ja dla odmiany czytam sobie Szwaję. Mama mi zapodała. Byłam raczej sceptyczna. Bo to romansidłowe takie trochę i strasznie babskie, a ja jakoś mimo kategorycznie równouprawnieniowych poglądów za tzw. "literaturą kobiecą" średnio przepadam. Okazało się, że czytadła, jak czytadła...
    Ale.
    Jest hiperszczecińska - co uwielbiam.
    Oraz ma styl pisania, który sprawia, że turlam się, tarzam, kwiczę i płaczę z uciechy. :D:D:D Miło, lekko i przyjemnie. :D W sam raz na ciążę (a zaczęłam naturalnie od "Zapisków stanu poważnego", które traktują sami-się-domyślcie-o-czym).

    Na koniec, ponieważ do spółki z niemieckimi ogniomistrzami dostaliśmy dotację z Pomeranii - to 12 września jedziemy z Inko Gni To do Niemiec na warsztaty w Burg Stargard. jak myślicie, zabierać ze sobą torbę okołoporodową? Tylko trzeba by było ją najpierw skompletować ;)

    P.S. A propos Inko - mam fazę na kawę. INKĘ oczywiście :D:D:D
    Pin It Now!

    wtorek, 24 maja 2011

    Pod znakiem patelni

    Minął mi Szczecin GameShow 2011.

    Po pierwsze, bo obozowisko stanęło na totalnie pozbawionej cienia, piaszczystej patelni. Po drugie, bo pół pierwszego dnia smażyłam szczury. Na patelni.

    Ale po kolei.

    W łikend Huginns Hird robił za atrakcję imprezy dla fanów gier komputerowych. Ta akcja była moim rekonstrukcyjno-historycznym i archeologiczno-doświadczalnym debiutem.

    Podeszłam do tematu swoim ulubionym sposobem, czyli "od kuchni" przede wszystkim.Przepisy (w tym te na szczury) sukcesywnie pojawiać się będą w Wiedźmieniu, w działach Wikingowie i Słowianie oraz Dzikie żarcie.

    Eksperymenty kulinarne mojej produkcji uważam za udane. Zwłaszcza wiosenne szczury na słodko schodziły na pniu i cieszyły się uznaniem wśród rekostrukcyjnych jak i turystycznej stonki. :D
    Nawet się nie domyślacie co tam wrzuciłam...

    A oberwałeś kiedyś patelnią?


    Niestety upał wykańczał wszystkich. Dzięki łaskawym niebiosom, to nie ja musiałam ładować się w trzynastokilowy druciany sweterek, kubrak z kołdry i blaszany kapelutek, po czym naparzać kawałkiem żelaznej sztaby :D. Przemek za to dzielnie i z poświęceniem (palec x 2, oko x 1) bronił honoru rodu. Troszkę tylko mną szarpnęło, jak obrywał w bok głowy (ustał na nogach, w turnieju był drugi :D), albo jak mi zniknął pod hałdą uzbrojonych i okutych Wikingów, usiłujących wyrwać mu miecz Jarla (takie wikińskie rugby ;) ). Uspokoiłam się dopiero, kiedy nad ich głowami zobaczyłam nogi obleczone w znajome spodnie (spokojnie, nogi nadal przytwierdzone do znajomego ciała, żywego choć lekko sponiewieranego). To chyba za brutalne obrazki dla moich ciążowych nerwów. Uff!

    Ponieważ inteligentnie i przewidująco pierwszego dnia nie zabrałam ze sobą kremu do opalania, więc po sobocie spędzonej w pełnym słońcu wyglądałam jak dobrze sparzony rak. Tak się opalam cholera. Zawsze.

    NIE, NIE PRZEMĘCZAŁAM SIĘ. Nawet jakbym chciała, to Przemek prędzej by mnie do słupa od namiotu przywiązał, niż pozwolił.

    Ku swojemu (przyjemnemu, a jakże) zaskoczeniu okazało się, że mam całka sporą wiedzę na temat kuchni (zwłaszcza tej dziko-pierwotno-zielarskiej), która nie jest tak rozpowszechniona jak mi się uprzednio wydawało. Miło jest robić za eksperta w jakimś temacie :D

    Wieczorem (choć nie tak późnym, jak byśmy sobie życzyli - wciąż było jasno - no ale impreza kończyła się o 20.00) wystawiliśmy z Inko montaż z kilku scen starych i nowszych, przyjęty niezmiernie entuzjastycznie i przez organizatorów ("Czemu ja wcześniej o Was nie słyszałem??? Dajcie mi swój namiar.") jak i przez publikę "cywilną" ("Można zrobić sobie z Wami zdjęcie?") i rekonstrukcyjną ("Widziałem już fireshow, ale czegoś takiego, to nie."). Oj, wiem, że się chwalę, ale to naprawdę było niesamowicie miłe, tym bardziej, że nie spodziewałam się takiego efektu za dnia i tak ciepłego przyjęcia. I ze swojej ekipy jestem więcej niż zadowolona. Naprawdę się postarali. Było przednio.






    A w niedzielę od rana znowu robiliśmy za atrakcję turystyczną. Tym razem wzięłam się za swój główny fach, czyli runy. Żeby była jasność. Nie wiem, czy mają jakieś "okultystyczne" właściwości. Uważam, że tak runy, jak wiele systemów wróżebnych to po prostu zestaw uniwersalnych symboli pozwalających nam lepiej lub gorzej komunikować się z własną podświadomością. I w ten sposób traktuję "wróżenie". Ja tylko pokazuję ludziom symbole, a ich znaczenie sami w sobie odnajdują, uprzytamniając sobie coś, co już wiedzieli, tylko nie mieli do tej wiedzy dostępu.

    Z innych inności: zostałam pierwszy raz zmacana po ciążowym brzuchu przez kogoś innego niż lekarz lub mąż. Z zaskoczenia! Dziwne uczucie. Nie wiem czy mi się podoba. Muszę zachować czujność (jak radzi Alastor Moody) ;).

    Że jak na GameShow mało pisze o grach. Hmmm... No to pewnie dlatego, że w nie nie gram ;). Impreza wydała mi się być dość interesująca (pobawiliśmy się w gry sterowane całym ciałem, Przemko przypomniał sobie gierki z lat dziecinnych), ale z frekwencją już gorzej. Mimo to jesteśmy zadowoleni, bo zaopatrzyliśmy się w planszówkę "Wsiąść do pociągu", która od dawna za nami chodziła i tupała (Przemek zdążył mnie już dwa razy ograć, więc chodzi i zaciesza, Drań!).

    Od strony rekonstrukcyjno-hirdowej: impreza udana w 100 procentach. Świetni ludzie, przednia atmosfera - było cudownie. Na koniec miła niespodziewanka - rada Rodu postanowiła wyzwalać niewolnych (w tym moją skromną osobę). Wyzwolona mogę czuć się od razu, a obrzęd będzie miał miejsce na Wolinie, po wyprawieniu przez wyzwoleńców uczty. Ha! To jet to co tygrysy lubią najbardziej :D

    Do domu wróciliśmy akurat, kiedy naprawdę solidnie zaczęło lać, akurat w sam raz na czas, żeby paść na twarz i zasnąć.

    A potem był PONIEDZIAŁEK!
    Ale to już zupełnie inna historia... :)
    Pin It Now!