Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noc. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 maja 2012

Pijąca imprezowiczka

Imprezowało się w łikend. Było się na urodzinach ciotecznego Ory Brata i imieninach ciotecznej Siostry w jednym. Radośnie, radośnie :)
Jest to fakt godny upamiętnienia również dlatego, że z tej podwójnej okazji Misiatka została odziana (przepięknie) w irlandzką kiecunię od Ciotki Małgośki, do której w końcu dorosła. Zdjęcia opublikujemy jak Ciocia Marlena się podzieli (bo sami, łosie, nie zrobiliśmy).

Tego samego dnia postanowiliśmy  ramach eksperymentu zapoznać Córkę naszą z trzystusześdziesieciostopniowym kubasem. Wygląda ustrojstwo następująco:
(jak mu przekręcić do góry trzymadełka, to wygląda jak wiking w wersji wagnerowskiej ;) )

Dostali byliśmy takowy na brzuszkowe (na własne zamówienie).
Dziewczę zmierzyło machinę bystrym spojrzeniem. Najpierw usiłowało brzeg złapać dziobem otwartym, jak do piersi, ale załapawszy, że tak, to "seneda" - przyssało się do brzegu i dotąd ciągnie jak smok (wodę oczywiście i tylko wodę, niskozmineralizowaną, niegazowaną, bez nadmiaru sodu, a co :D).

Dodatkowo spuchliśmy z dumy (no w każdym razie ja spuchłam), bo tego samego dnia była u nas mężowa Kuzynka (ciotka wujeczna :D), która ma rocznego synka i synek ów z kubkami z dzióbkami nie radzi sobie jeszcze, i w szoku była, jak Dydłonia naszego w akcji ujrzała. Niskie to, niskie, ja wiem, ale co na to mogę, hę?

A dziś skłuć daliśmy Tobołka maleńkiego drugą serią szczepionek. Zastrajkowałam i uświadomiłam Męża, że bez niego, to ja nie idę, mowy nie ma, a decyzja ma (jak większość) okazała się jedynie słuszna. Bambetlątko w rękach Tatki, kłute bezlitośnie w udka, trochę wprawdzie pochlipało, ale krótko i nieintensywnie. Dzielne było ogromnie, a ja nie zeszłam na zawał. Pani Pielęgniarka pod silnym była wrażeniem (Ojca i dziecięcia. Spoko, noszę w plecaku składaną maczugę na wszelki wypadek - drżyjcie wrażliwe pielęgniarki innej profesji amatorki tego co wrrrrMOJE).

Pani Doktor (zacna niewiasta) zapytała, czy wciąż chustujemy (no ba!), gładko przełknęła informację o stosowanym przez nas BLW, zważyła (6,800 kg żywej Orki :D), zmierzyła, wyraziła zachwyt należyty i tyla. Za 6 tygodni kolejne spotkanie.

A dziś o północy wybieramy się pod budynek Starej Chemii, gdzie Inko Gni To swoim występem uświetnia rozpoczęcie szczecińskich Juwenaliów. Ja będę niańczyć, a Przemko ogniem zionie i iskrami sypnie, bo ognisty On ci jest, że strach. Ach!

Tak, jak widać po używanym przeze mnie słownictwie wiosna i laktacja pospołu dobrały mi się do mózgu. Nie poradzę nic.

Pin It Now!

piątek, 4 maja 2012

Wampirka bez zębów

Lecimy dalej: pieczony ziemniaczek (z tymiankiem i oliwą i skórką, żeby utrzymać było łatwiej - hicior bezapelacyjny!), zielony ogóras, wieprzowinka, kaszka z bananem, avokado - proszę bardzo ;)

A dwa dni temu byłyśmy sobie na placu zabaw. Zabrałam jabło w celu jego konsumpcji tamże. (sądziłam - o święta naiwności - że Dziecię moje usatysfakcjonuje standardowa, mleczna przekąska). Nadgryzłam i w przypływie szaleństwa zaproponowałam kawałek Progeniturze, podsuwając pod nos. Progenitura wykonała koncertowy chaps a'la niedźwiedziczka i wpiła się bezzębnymi dziąsłami swemi. Zassała. Zaciamkała. I dalej dziamkolić na całego. Wszelkie próby odsunięcia jabła od małej japki skutkowały pomrukami, a następnie krzykami oburzenia i protestu. W związku z czym Matka przez dobrych dziesięć minut spacerowała po parku, trzymając w łapie nadgryzione jabło tak, by zachustowana jabłczana wampirka miała je w zasięgu paszczy.
Po wyssaniu z ofiary wszystkich soków i wszelkiego smaku dziecię uprzejmie podziękowało za jabło i kulturalnie poprosiło o przekąskę standardową.

Ale to jeszcze nie koniec.

Dziś w ramach obchodów konstytucyjnych wybrali byliśmy się na działkę. Grill odpalony został przez ojca rodziny (sport narodowy, nowy podobno). Same pyszności i przysmaki. Upiekło się, co miało się upiec, więc jemy. Dziecię szamie zielonego ogóra (żadne tam łał, ale żuje). Tatko i Mamcia wcinają grzanki z serem (kozi pleśniak łamany przez żółty) - wrzask protestu. Dziewczę też chce! Ser z mleka jest i sól ma, więc podzielić się nie można. Tatko proponuje kawałeczek wieprzka z grila. Dziewczę przyswoiło, podumało w skupieniu nad nowym smakiem i teksturą. I podziękowało za więcej. Avokado? Memłało się fajnie, ale nie za długo. I krzyk. Chlebek nie, ogór nie ale jeść woła (i to nie o mleko). Aż Mama popędziła do koszyka i wydobyła jabło. Dziecię wpiło się radośnie i wysysało do upojenia.

Jabłkoholiczka!

Wczoraj w nocy mieliśmy za to pierwszą sesję bolesnego ząbkowania. Spłakało się Dziecię ogromnie, dotknąć w paszczę nie dało, ani ssać nie mogło, ani ciamkać schłodzonego gryzaka (ani jabłunia), ani na masaż rumiankiem zezwolić nie chciało. Kiedy już rozważałam wysłanie Przemka po środki przeciwbólowe - dało mu się ululać i przespało resztę nocy, a rankiem było znów radosne i kwitnącę.

A Przemkowi zaczyna się dłuuuuugaśny urlop, tralalalalala :D:D:D
Pin It Now!

środa, 2 maja 2012

Bierz Lub Wyrzuć! i odurzenie

Tatki nie było, a Dziecko tęskniło.
Na basenie z Mamcią rozglądało się za Nim i popłakiwało. W nocy chlipało przez sen, póki Mama poduszki Tatą pachnącej nie zapodała. Wtedy nos wtuliło i już spało spokojnie.
Rzec by się chciało: "Tatko nie wraca ranki, wieczory,
we łzach go czekam i trwodze..." (Kto wie skąd to i czyje? Jam po dziadku skażona dziedzicznie, nie mogę nie wiedzieć.)

Ale w końcu wrócił był. No i był bal!

Gdyż albowiem Dzidzioł wkroczył w poważny wiek sześciu miesięcy. Pół roku - uwierzycie? Wyjątkowo długie i intensywne pół roku Matki Skromnym Zdaniem. I cudowne absolutnie, nie da się ukryć :D.

Z tej okazji Orka GłodomOrka została po raz pierwszy zaproszona do stołu nie w charakterze biernego obserwatora, a jaknajbardziej aktywnego pożeracza. Dokonało się to na kolanach Tatki, pod czujnym okiem Mamci i w asyście CiotKaszydła.


W karcie znajdowały się: kaszka jaglana z wody oraz jabłunio, marchewka, cukinka i buraczek na parze.
Wykwintne owo danie zostało potraktowane należycie, a mianowicie - obejrzane, pomacane, pomemłane, pociamkane i częściowo wyplute i rozsmarowane, a częściowo (widzieliśmy dowody niezbite nazajutrz) - połknięte.

Drugi obiadek to zdekonstruowany barszczyk (paluchowate kawałki indyka, buraka, ziemniaka, pietruszki i fasolka szparagowa wyłowione z zupy, oraz łyżeczka płynu zapodana przez Mamę).

Dziś na śniadanko było jabło, grucha i chlebek z masełkiem. A na obiad brokuł i fasolka.

Szalejemy!

Było mniej bałaganiarsko, niż sądziłam. Wprawdzie brokuł był nawet na czole, kawałki pietruszki znalazły się na maminej twarzy, a cukinia okazała się świetnym pociskiem balistycznym stół-podłoga, ale po za tym - pełna kultura :D

Co do akcesoriów. Śliniaki z rękawami i jeden z rynienką (znanej marki, za grosze nówka z drugoręczniaka) nabyliśmy już dawno, ale tuż przed pierwszym obżarstwem przypomnieliśmy sobie, że nie kupiliśmy tacki. Następnego dnia odbyliśmy więc pielgrzymkę do jaskini występku (sklep wielkopowierzchniowy) celem posiąścia ówtej. Jednaowoż okazało się, że dostępne wzornictwo nie do końca odpowiada naszym gustom. Już mieliśmy podążyć do kasy z wyrobem nie całkiem nas satysfakcjonującym, kiedy w oko wpadł nam twór wspaniały, z naturalnego tworzywa (drewno), z obrzeżem z trzech stron, utrudniającym rozrzucanie, jedną stroną otwartą umożliwiającą łatwy dostęp do zawartości i zagiętym rantem utrudniającym (że uniemożliwiającym, to się nie łudzimy) wywalenie wszystkiego do góry nogami.

Jak się na pewno domyślacie była to... stolnica! Polecam naprawdę. Jest stworzona do BLW.

W ogóle BLW to mój kolejny ulubiony nurt rodzicielski. Łatwe, przyjemne, bezstresowe dla obu stron i dostarczające kupę radości. Tzn. z tym bezstresowym, to podobno akcje z krztuszeniem niektórych wykańczają. Aurora parę razy krztusiła się własną śliną, ale jej to nie zaszkodziło, więc mam nadzieję, że przetrwamy. Na razie, jako się rzekło, żuła ładnie i łykała nawet, co podobno na początku nie zawsze się zdarza.

A dziś na działce Dzieć spojrzał z daleka na Tatkę i rzucił od niechcenia "Etatata" i wrócił do swoich zajęć.
A Tatko tego nie słyszał, bo kosił trawę.

A teraz jest burza i zapach powietrza wpadającego przez otwarte okno odurza totalnie. I przepięknie na blaszanym dachu, na którym w dzień wygrzewał się kot, bębni ulewa i grzmot. I dwa sny się snują tuż obok mojego odurzenia, mniejszy jeden, a większy drugi. A w dzień czekoladą pachniała dzielnica i przypomniało mi się jak świetnie, jak kapitalnie w Tym Mieście mieszkać. I wdzięczność za rzeczy wiele mnie przepełnia, a żal, który był (a był) wypalił się białym ogniem do cna, że nawet popiołów. I słucham deszczu i snów dwóch, co się śnią pięknie tak. I splatają tak z deszczem, i w powietrzu snują, że prawie, że niemal dotknąć możesz, prawie zobaczyć, kruche jak wiosenna zieleń bukowych listków i lipowych serc.

A dobranoc i Wam :)
Pin It Now!

niedziela, 1 kwietnia 2012

Rodzinna tradycja, rozgwiazda, zając i nocne latawce

 Dawno temu. Mała dziewczynka, na basenie z mamą...
(para po lewej)
Dzisiaj. Inna mała dziewczynka z mamą. Na tym samym basenie.
 



Aurora po obojgu rodzicach jest stworzeniem wodnolubnym. Trochę obawiałam się, jak nasza prysznicowa Córka, która wanienkę widziała kilka razy od środka, a dużej wanny w ogóle, zareaguje na taką wieeeelką wodę.
Jak się okazało - zupełnie bezpodstawnie.
Dziecko-zen zaszokowało Panią Instruktorkę, która kilkakrotnie dopytywała się, czy napewno jesteśmy pierwszy raz na basenie.
- Weszłyśmy do wody, zanurzyłam Orkę (nomen-omen - wodnego stwora) - luzik i czilałt.
- Zanurzanie aż do brody - spoko-maroko.
- Polewanie z konewki, kubka, chlapanie ręką - pomrugała i nadal zachowywała spokój stoicki.

Pod koniec zajęć dzieci "nurkowały" czyli były zanurzane pod wodę razem z głową. Pani Trener:
- Chce Pani, tak za pierwszym razem? - No ba!
Dziecko zanurkowało. Dziecko pozostało niewzruszone. Niewstrząśnięte, niezmieszane. Zero wrażenia poprostu.

Zasadniczo pływaniem z dzieckiem jestem zachwycona, chociaż po prawdzie - po za fajnymi zabawkami (Orki oczywiście nie wzruszyły. Jak jej postawiłam kaczkę na kółku, przed samym dziobem - dziecka, nie kaczki - to próbowała ją zjeść.) - zajęcia nie zrobiły na mnie wrażenia. Sorry, Gregory - wierszyk trzylinijkowy czytany z kartki, albo dopytywanie w trakcie zajęć współprowadzącej o to, czy wzięła gęś (nie wzięła) - to dla mnie lekka żenada. Szatnia i jej wyposażenie, oraz organizacja wchodzenia i wychodzenia - pozostawiały sporo do życzenia. Ale wodę kochamy i basta :D

Tatko robił za paparazzi (efekty powyżej), ale następnym razem to on się moczy :D

Ale to nie koniec pełnego wrażeń łikendu. Na samym jego początku dotarła do nas paczka wymiankowo-zającowa od Czarownicy A.  Czekolada została pożarta na spółkę z Przemkiem, ale w paczce były jeszcze:
Broszki
Kocio :D
Zachwycone dziękujemy zajęczej Czarownicy :D

Po za tym podzieliliśmy się z Przemkiem łikendowymi wieczorami. Wczoraj Matka Marnotrawna wybyła w Miasto nakarmiwszy Dziecię i pozostawiwszy flaszkę mleka własnej produkcji (Dziecię pobawiło się z Tatką, pospało, zjadło, znów spało i chyba nie zarejestrowało nieobecności Rodzicielki), a dziś Przemko wybył na nocną imprezę, pozostawiając Mnie i Młodą na łasce swojej na wzajem (wykąpałyśmy się - obie jednocześnie - zjadłyśmy - po kolei, a teraz Jej Już-Wcale-Nie-Taka-Maleńkość śpi, a ja klikam).

Celem Matki był sabat matek karmiących i chustujących, 
(o tych :D)
w Cafe Po Godzinach. Znalazłam niebo matek karmiących. Taki wybór napojów, dań słodkich i konkretnych - odpowiednich dla nas, bezalkoholowych, zdrowych, świeżych i PRZEPYSZNYCH, że łolaboga! Herbata z syropem fiołkowym, lemoniada pietruszkowa i sałatka z pomarańczy, avocado, suszonych pomidorów i oliwek - genialne (sałatkę ledwo zdołałam pożreć w całości - tak była ogromna). Mrrrrrrrrrrrrr, mrrrrrr, mrrrrrrrrrrrrrr...

Tatko wypuścił się do znajomego na "męską imprezę urodzinową". Czy dla Was też brzmi to podejrzanie? ;)

Tyle na razie. A czeka nas jeszcze dzień jutrzejszy :D
Pin It Now!

wtorek, 13 marca 2012

Dizajn pożerany

Z przykrością pożegnaliśmy Przemkowy urlop. Na finisz poszliśmy sobie przedwczoraj do 13 muz na "Kids love designe".
Wybraliśmy się dosyć późno, więc ominęło nas stoisko "Zakamarków" (czego niezmiernie żałuję). Było naprawdę fajnie. Młoda oglądała kolorowe obrazki. Miałam szczerą ochotę przetestować "niezniszczalną" kanapę, ale Przemko mnie powstrzymał. Wystawa prac nagrodzonych w konkursie Ikei inspirująca. Wilko-puf podobał mi się szalenie. Wystawy naprawdę nieźle przygotowane, aż żałowałam, że Misiatka jest za młoda, żeby docenić. Ale... No właśnie. Spodziewałam się jednak czegoś większego, niż dwie małe salki i wnęka w korytarzu.  Trochę szkoda.

A potem poszliśmy na spacer po Mieście i po wieczorze.

 Młoda od dwóch dni markotna (albo zęby, albo skok, albo chorość się kluje). W ramach profilaktyki zapodajemy wit. C w kropelkach, które nazywamy lemoniadą :D Młoda uwielbia! Śmieje się na widok strzykawki (podajemy strzykawką dopaszczowo), chwyta ją łapkami, robi ładnie aaaaa i sama pakuje sobie ją do dzioba :D

Jakiś czas temu czytałyśmy sobie świetną książeczkę:

Ta pozostałość z mojego dzieciństwa zawiera wierszyki wymyślone przez dzieci w wieku 3-7 lat oraz ilustracje stylizowane na dziecięce obrazki.
I właśnie do takiego obrazka Ora chichrała się dobre pół godziny. Aż zadzwoniłam do Tatki do pracy, żeby posłuchał. Chichotała nieprzytomnie. Pochichrajcie się i Wy :D.

Jak widać po prawej zostałam łowcą cukierków. Ciekawe, czy choć raz uda się wygrać :D.

Nabyliśmy dla Jej Maleńkości nowy środek transportu. Maleńka Cesarzowa będzie podróżowała turkusową karocą z bambusa. W rzeczywistości jest bardziej turkusowa niż na zdjęciu.

(w Klubie Kangura naturalnie)





A to z dzisiejszego bladego świtu:

P.S. Znów dostaliśmy próbki od firmy słoiczkowej. Jeszcze, żeby nam kosmetyki przysłała (bo dobre robi) to rozumiem, ale słoiczki! Książki, zabawki, gadżety - wszystko chętnie przetestuję ale słoiczkom i mlekom mówimy SERDECZNIE DZIĘKUJĘ. Serio, no!

Po prawej zapraszam do akcji blogowej (i nie tylko) i na cukierasa.
Pin It Now!

środa, 7 marca 2012

Tona cegieł w środku nocy

Miłość do mężczyzny, odurzenie jego zapachem, zakochanie w uśmiechu dziecka, wzruszenie na dźwięk jego głosu. To są dyrdymały i pieprzenie kotka za pomocą młotka, dopóki...


Nie trafią właśnie w ciebie. Nie spadną ci na głowę, jak tona cegieł, nie zmiotą jak tsunami, nie rzucą na kolana i nie powalą na łopatki, tak, że nawet nie pomyślisz o oporze. Bo wszelki opór jest daremny.

"Ach, jaka słodka przemoc"
Frank Herbert

Ora właśnie popłakiwała przez sen, zaczęła się wybudzać i trzeć oczy. Kiedy je otworzyła i mnie zobaczyła - uśmiechnęła się cała (tak, wiecie - ustami, oczyma i w ogóle), uspokoiła i znów usnęła.

A Przemek to przespał :)

Nieustająco zapraszam na cukierasa:
Pin It Now!

wtorek, 14 lutego 2012

Jednak wcale nie ślepa

Jako odtwórczyni historii powinnam z założenia tępić walentynki. Bo nie rodzime! Bo Kupała! Bo Słowianie!

A figa.

Walentynki swoje za uszami mają. Nie rodzime - fakt. Skomercjalizowane do mdłości. Zinfantylizowane i kiczowate.

Ale.

Gdyby zwolennicy rodzimości zrobili Kupale taką reklamę jaką mają walentynki - nie byłoby o czym gadać. I o ile nie cierpię Halloween, bo odbywa się w czasie, który u nas tradycyjnie obchodzony jest zupełnie inaczej, o tyle walentynki nie przeszkadzają mi w obchodach Kupalnocki.

Dlatego:

P.S. A historia patrona tego dnia przeczy, jakoby miłość istotnie oślepiała. Wręcz odwrotnie ;)
Pin It Now!

piątek, 3 lutego 2012

Do chrzanu i zdjęcie z młodości

Trochę się nachrzaniło. Dosłownie i w przenośni.

Dosłownie bo: chodził za mną chrzan (karmiąc piersią mam takie zachcianki, jakich nie miałam w ciąży, chociaż Przemka jeszcze po nocy po kiszone nie wysłałam ;) ). Chodził, chodził, chodził. Na ogół jadam ze dwa razy do roku, u Babci z okazji świąt. Chrzan jest obrzydliwością w oczach Przemka (pozdrowienia dla wyznawców Nuggana), więc na ogół nie kupuję. Ale teraz stwierdziłam, że zepsuć się szybko nie zepsuje, a ja w końcu obalę chyba mały słoiczek. Poszłam do sklepu, popatrzyłam po półkach. Wybór duży. Popatrzyłam po składach. ZGROZA!

Ja mogę od biedy zrozumieć, że do "Kremowego chrzanu" komuś podobało się dodać mleka w proszku. Ale na cholerę w chrzanie guma? Konserwanty?? Sztuczne aromaty??? Na litość! Ja Wam powiem po co. Po to, żeby wodę z homeopatyczną zawartością chrzanu sprzedawać jako produkt pełnowartościowy. A myślałam cholera, że to tanie warzywo jest. Krajowe.

Na osiem przeanalizowanych składów ani jeden nie spełniał moich norm i wg mnie nie nadawał się do spożycia. Masakra jakaś. Ostatecznie poszłam do ekologicznego i złotówkę drożej nabyłam chrzan z minimalną ilością wody, octu i kwasu mlekowego. I jest pyszny, i pożeram.

Aurora skończyła 3 miesiące :)  Z okazji poważnego wieku postanowiła chyba zwiększyć sobie racje żywnościowe i je jak smok (Mlekopij naturalnie). Zmieniliśmy pampki na większe.

Niedźwiadka studiuje własne łapki (wzrokowo i paszczowo), chwyta oburącz i jednorącz (wydaje mi się że lewą bardziej niż prawą, ale niepewnam). Gada jak najęta (a gu, le, bu, me i inne niezapisywalne) z dużymi ludźmi, dziećmi, przedmiotami, ścianą, gulgocze. Ślini się na potęgę i puszcza bąble ze śliny. Trenuje mocno przekuliwanie się na brzuszek i głośno domaga się wsparcia, jak już nie daje rady. To ostatnio (co za zmiana!) jej ulubiona pozycja. Największy foch jest wtedy, kiedy po jedzeniu Matka nie chce Dziecka przekulać (bezczelna!). Leżąc na plecach Dzieć próbuje dźwigać głowę i barki do siadu. Pakerka mała i Pudzianka. Dalej próbuje przyprawić mi teleskopowe sutki.

Niecodzienność stała się codziennością, co nie sprawiło, że jest mniej magiczna i niezwykła (w tej chwili pomrukuje do siebie przez sen w wiklinowej husiance :) ).
Niedźwiedzina to pyszna rzecz :D

Wyraźnie wpadł jej w oko ;)

Zwróćcie uwagę na wzór - mówiłam, że róż toleruję na kwiatach jabłoni i PROSIAKACH :D:D:D

Ostatnio jechaliśmy gdzieś i Przemek poszedł już montować Jej Maleńkość razem z tronem w samochodzie, a ja po coś wróciłam, i idąc po pustym mieszkaniu nawijałam, że "Kochanie mama już idzie, etc, etc, etc..." zanim się nie zorientowałam, że do siebie gadam.

A do chrzanu jest to, że Młodą wczoraj w końcu pokłuli. Upiekło jej się dwa razy. Raz, bo Pani Doktor stwierdziła, że woli większe cele dla igły (chwała Pani Doktor!). Drugim razem wykręciła się katarem. Do trzech razy sztuka. Ponieważ dziewczę reprezentowało wczoraj ponad pięcio i pół kilowy (5,340kg) okaz zdrowia (głowa i klata imponujące podobno) - skończyło się rumakowanie.

Trzy wkłucia w biedne, małe, pyzate udka. Płacz ogromny, z łzami, szlochem i żalem do wszechświata (czułam się jak zdrajca i najwyrodniejsza matka świata, niech się chowają Hamerykanki). Utulony w końcu przez Mamę (Pani Pielęgniarka mało nie siadła z wrażenia, kiedy Gżdacz uśmiechnął się do niej i do grzechotki przez łzy). Ja z gabinetu wyszłam mokra.

Młoda drogę do domu przespała. Na miejscu obudziła się, lekko śnięta - zjadła. Pobawiła się trochę z Matką, trochę pogadała z karuzelą, znów zjadła i poszła spać. Obudziła się i w ryk. Płacz. Szloch. Zanoszenie. Rozpacz czarna i histeria. Do tchu utraty. Czułam jak siwieję. Lulałam, tuliłam, gugałam, masowałam. Że może brzuszek, może główka, może głodna, może mokro. Nic.

Naczytawszy się wcześniej o płaczu mózgowym sama byłam bliska histerii. Dziesięć minut wieczności.

Dopiero w chuście uspokoiła się i zasnęła.

Drugi atak płaczu nastąpił wieczorem, po położeniu do łóżeczka. Tym razem nosił Tata.

Jak w pięć minut doprowadzić rodziców do myśli samobójczych.

Od tej pory (odpukać trzy razy przez lewe ramię!) jest spokój. Zapodaję homeopatię oczyszczającą i profilaktyczne dawki witaminy c. Myślałam o tranie (ponoć też świetnie oczyszcza), ale sama biorę olej rybi z omega, więc odpuściłam. Ja nie osiwieję przed Jej osiemnastką. Ja tej osiemnastki nie dożyję.

A wczoraj umarła taka jedna skromna noblistka. Lubiłam jej uśmiech i skromność. Uwielbiałam jej poczucie humoru i łobuzerskość. Lubię czytać jej poezje. Szkoda.

 Lubię zdjęcia wybitnych osób z młodości, a najlepiej z dzieciństwa. Z momentu, kiedy jeszcze nikt, nawet oni sami nie wiedział kim się staną. To mi nieustannie przypomina o potencjale tkwiącym w każdym człowieku.

Właśnie się dowiedziałam.
Małą Madzię odnaleziono i to już wszystko.

Niektóre noce są bardzo ciemne.
Pin It Now!

sobota, 21 stycznia 2012

Matka-łazęga, Ojciec uziemiony i Córka konwersująca

Matka dziś zaszalała i wypuściła się w miasto, pozostawiając biedne Dziecię i samotnego na placu boju Ojca na pastwę siebie nawzajem.

A nie były to jedyne mocne wrażenia tego dnia.

Ale po kolei:

Bladym, a po prawdzie to jeszcze czarnym, świtem wybyłyśmy z Aurorą do przychodni. W przychodni istnieje wprawdzie w teorii coś takiego, jak rejestracja telefoniczna, ale w praktyce uzyskanie za jej pomocą wizyty u okulisty jest niemożliwe (jedna z rozlicznych cudowności służby zdrowia). Całe szczęście Panie Rejestratorki, kiedy widzą mnie z Jej Maleńkością w chuście, wybiegają ze swojego sanktuarium i krzyczą, żebym broń Boże w kolejce nie stała, tylko do okienka od razu :D:D:D

Tym razem kolejka wykazała się stoickim spokojem, mimo iż rejestrowałam: Młodą (do okulisty i lekarza POZ), Przemka (okulista) i siebie (POZ), a także zmieniałam lekarza pierwszego kontaktu sobie i mężowi. Tylko Pan Za Mną głośno i płaczliwie się użalał, że on tu od szóstej stoi, a ja mu sprzed nosa wszystkie numerki do okulisty sprzątnę.

Orka jak zwykle słała Pani Doktor promienne (i nieco zaślinione) uśmiechy,  a ta w nagrodę oznajmiła, że płucka są idealnie czyste (znajoma straszyła, że po Szczecinie krąży bezobjawowe zapalenie płuc, a Młoda pokasływała, więc się nastrachałam nieco) i skomplementowała Gżdacza od nosa po pięty.

Puchnę i rosnę z dumy, że wszyscy lekarze i pielęgniarki (i znajomi)  wychwalają Aurę, że taka zadbana, tak świetnie prowadzona, pogodna, przytomna, spokojna. Mrrrrrrrrrrrrrrr... Tak mi mówcie :D

Niestety u okulisty nie było już tak milusio.
Po pierwsze Młoda stwierdziła, że może dżemka to niezły pomysł i zaczęła mrużyć oczy.
Pani Doktor stwierdziła zaś, że świecenie Dziecku do oczu latarką i kładzenie na plecach jest dobrą ideą.
Aurora doszła do wniosku, że Lekarka jest głupia jak jej pomysły i rozdarła się, jak stare prześcieradło.
Mimo to zakropiono jej oczy oraz zbadano w pozycji "na ramieniu mamy", którą to pozycję Mama zaproponowała Dochtorce, jako dla Dziecięcia bardziej akceptowalną.

Dnia tego nieco później:
Spotkałyśmy się towarzysko z Kefirą i MamąHani (i Hanią, i Miłoszem).

Retrospekcja:
Dnia poprzedniego na spotkaniu organizacyjnym KK (Klubu Kangura ;) ) ustaliłyśmy niewiele. Prawdę powiedziawszy nie ustaliłyśmy nic. Za to zorientowałyśmy się trochę w sprawie kto jest kto. Mamy kilka osób zdeterminowanych, zorganizowanych i z konkretną wizją. Kilka chętnych do działania, ale niedoświadczonych. Ale niestety czasem trafia się też ktoś z kim po prostu nie da się współpracować. Bo jakby człowiek nie próbował, to On(-a) będzie miał(a) zdanie prostopadłe do reszty i każdą prostą sprawę rozmieni na milion skomplikowanych. Nam się też trafiła.

Ale nie takie rzeczy żeśmy po pijaku, o północy, ze szwagrem... No wiecie ;)

Co było do spacyfikowania - jest w trakcie pacyfikacji, a my wiedząc na czym (i z kim) stoimy możemy śmiało planować i działać.

W związku z powyższym mam przyjemność zaprosić wszystkich zainteresowanych, mamy i tatów obecnych i przyszłych, babcie, ciocie, starsze siostry, stryjków, świekry, nianie i każdego zainteresowanego chustowaniem do:
Klubu Kangura
Najbliższe spotkanie: 27 stycznia 2012 o godz. 12.00 (piątek)
w Szkole Rodzenia im. św. Joanny Beretty Molli przy ul. Rayskiego 25/2

Kontakt (jak ktoś nie chce ze mną gadać ;) ): Marta - tel.507-016-186
 
Powrót do dnia bieżącego:
Hania z Aurorą leżały na kocu, a Miłosz krążył w pobliżu (wyraźnie zafascynowany Młodą, a zwłaszcza operacją zmiany pieluchy), kiedy Jej Maleńkość, mająca dotąd inne dzieci w głębokim poważaniu zaczęła doń gugać jak najęta. Następnie zaśmiawszy się dźwięcznie do MamyHani zaczęła wciągać do konwersacji starszą kocową koleżankę. Dusza towarzystwa rośnie mi jak nic!

A wieczorem, zakończywszy szczęśliwie operację wyparzania sprzętu i (mniej szczęśliwie) odciągania mleka (nigdy więcej ręcznie, ja chcę laktator!) śmiało nad wyraz wypuściłażem się w miasto na kobiałkowe ploty :D

To mój pierwszy poporodowy wyskok na dłużej niż godzinę. O ile Córę Ojcu powierzałam bez obawy najmniejszej, o tyle nękała mnie wizja Dziewczęcia wyjącego z głodu płaczem nieutulonym. Ale ponieważ "miasto" owo znajdowało się jakieś 10 minut drogi od domu, a wyposażeni jesteśmy w narzędzia szatana, zwane komórkowymi telefonami - zaryzykowałam, i cmoknąwszy czule Małżonka i Potomkinię rozpłynęłam się w gęstniejącym mroku.

Czas przy herbacie (Niech żyją Matki Karmiące!) mijał miło, nasiąkałam wolnością i kobiecą atmosferą, zerkając co 15 min na komórkę 
Nie rozładowana?
Może nie usłyszałam dzwonka?
Czemu tak długo nie dzwoni?
Może zadzwonić i zapytać jak sobie radzą?
Może COŚ się stało?
Jeszcze nie jest głodna?

Po trzech godzinach syta wrażeń ruszyłam w drogę powrotną.
Na naszej ulicy nie widać było służb mundurowych, ani opieki społecznej - dobrze jest!
Na podwórku nie rozlega się wycie Dziecięcia - dobra nasza.
Na klatce nie słychać klątw Małżonka - oby tak dalej.
W korytarzu cisza, nie walają się wydarte z głowy włosy, posiwiałe przedwcześnie - OK.
W pokoju cicho gada telewizor, a Dziecię moje u Ojca na klacie śpi sobie w najlepsze. W ogóle nie zauważyła, że Matki ni ma w pobliżu. A na jedzenie nie miała ochoty.

Ha! (ociekające dumą i goryczą, przemieszanymi z nadzieją na przyszłe eskapady)

Dygresja: W puli omawianych tematów znalazły się (a jakże) te najsmakowitsze, czyli o mężach/partnerach/kochankach. Po raz kolejny i nieustająco konstatuję iż mam najcudowniejszego, najlepszego, najmędrszego, najczulszego, najzdolniejszego, najzaradniejszego, najtroskliwszego, najbardziej opiekuńczego, najfantastyczniejszego i najinteligentniejszego męża we wszechświecie
.
Z innych inności: w konkursie na blog roku nie wyszliśmy z grupy startowej niestety, niemniej za wszystkie Wasze głosy serdecznie dziękuję.
I nie zapominajcie 
GŁOSOWAĆ NA ORKĘ :D

P.S. A w szczecińskim Multikinie, we środy o 12 mają seanse dla matek z dziećmi, na których podobno nie tylko jest przytłumione światło i dźwięk, nie tylko mają przewijaki, pieluszki, chusteczki, foteliki samochodowe i do karmienia, ale również CHUSTY!!! :D:D:D
Pin It Now!

sobota, 14 stycznia 2012

Panika, egzorcyzmy i... i nic więcej

Młoda dalej kaszle. Nie ma kataru, nie ma gorączki, ani innych zielonych objawów, tylko pokasłuje.
Chlustanie jakby ustało. Ale ulewa (lekko) dalej niemal po każdym posiłku.  I jeszcze przy wieczornym karmieniu płacze z mlekopodajką w pyszczku. Ja się zastrzelę.

Boję się, że ją boli, że podrażnia sobie przełyk i że będą jej wpychać rurę do żołądka. Łamie mi ważne organy, jak płacze, ale usiłuje się do nas uśmiechać w tym samym momencie.

A dziś w nocy myślałam, że przepowiednie anonima się sprawdziły ;) Moje dziecię odłożone po jedzeniu wygięło się w cudny mostek (bałam się, że kark sobie skręci zupełnie samodzielnie), zaczęło przebierać kończynami jak wiatrak oraz dawać dźwiękowe wyrazy piekielnego niezadowolenia. Jedyne co ją różniło od scen z "Egzorcysty", to fakt, że wyginała się w prawo jakby, a nie do góry. Najpierw przekręciła się trochę wokół osi, po czym myk - i już leżała na boku. Ale to absolutnie nie ukoiło diabelnej złości. Wściekała się coraz bardziej, póki nie pomogłam jej przekulać się na brzuch. Dopiero to zaspokoiło jej potrzebę zmiany perspektywy. Pokontemplowawszy chwilę ścianę Dziecię z wdziękiem i gracją przewróciło się na lewy bok i poszło grzecznie lulu ba.

A Tato cały ten popis smacznie przespał :D:D:D

P.S. I głosujcie nadal na chabazie:


SMS o treści A00216 
(0 to zero :) ) 
Na numer 7122 
 (koszt: 1,23zł)
Pin It Now!

środa, 28 grudnia 2011

Blask

Narażę się wszystkim nowoczesnym Paniom domu, narażę solidnie.
Ja wiem, że można Święta spędzić w dresie i jedząc kupne pierogi, za to bez stresu i w świętym spokoju. Ja nawet jestem w stanie dostrzec w takiej modle spędzania Bożego Narodzenia nieco zalet. Ale to nie moje Święta byłyby. Ja - wybaczcie mi wszystkie dbające o siebie, feministyczne i wyzwolone - ja wolę nie dospać, nie napisać notki na blogu, wnerwić się pięćset razy, paść z wyczerpania na pysk i naderwać kręgosłup.

Nie dlatego, że "tradycja", że "wypada", czy żeby kogokolwiek zadowalać. Ja to wole uczynić dla własnej ekstazy. Na widok doskonale eklektycznej choinki, na której są wysmakowane bombki, ozdoby czynione ręcznie przez trzy pokolenia kobiet, cukierki, ciasteczka, pierniki, orzechy, frywolitki, szyszki, światełka i akurat-w-sam-raz dobrana (przez Przemka) ilość włosów anielskich (lawety, jak stwierdził znajomy dzieć). Dla dzikiej satysfakcji, jakiej doznaję na widok pięknie ubranego i jęczącego pod przysmakami stołu. Euforii, w jaką wprawiają mnie świąteczne zapachy. Ja to mogę okupić nawet przedświątecznym powarkiwaniem na Męża. On z kolei zdecyduje się na podobne wyrzeczenia dla wysprzątanego na błysk mieszkania :D (wcale nie na błysk, no co ty, po wierzchu przejechane). Może to i powierzchowne. Prawie na pewno.



Ale to moje zmęczenie i moja euforia, więc po za Mężem - nic nikomu do tego. Ja tak chcę i tyle :D Raz na jakiś czas mogę pocierpieć w imię piękna :D

Inna sprawa, że w tym roku pojechaliśmy po bandzie. Menu naszej imprezy nieco nas przerosło. Po za barszczem, który tradycyjnie już kisze na lewobrzeżną (Żukowską&ską) Wigilię (jako pierwsza po prababci, której się to udało - mama i babcia zrezygnowały po pierwszej próbie, a ja wymiatam :D) mieliśmy do przygotowania całą imprezę pierwszo-dniowo-świąteczną (na 14 osób licząc Aurorę), na której menu złożyły się (a tak, chwalę się, bom z nas dziko dumna :D):
  1. pierogi z makiem
  2. pierogi z kapustą i grzybami (przy współudziale Kaszydła)
  3. kapusta z grochem w wersji postnej i sytnej
  4. jajka z kawiorem
  5. śledzie w oliwie 
  6. śledzie w jogurcie
  7. sałatka jarzynowa
  8. ucha (zupa rybna)
  9. gęś marynowana w winie, faszerowana kaszą gryczaną
  10. piernik piwny w dwu wersjach
  11. orzechowiec
  12. pieczone jabłka
(krajobraz po bitwie ;) - przed nie zdążyłam z aparatem)
Ha! Dodam jeszcze, ze po za numerami 2, 4, 5, 6 i 7 - są to potrawy w naszych rodzinach dotąd nie podawane :D I po za śledziami wszystko wyszło przednio, smacznie, niebiańsko i pachnąco :D:D:D (śledzie nie bardzo, bo okazały się nie pierwszej świeżości niestety - sprzedawcy już więcej nie zobaczycie i nie pytajcie, gdzie został zakopany - wiecie tuż obok nas jest plac budowy ;) ).

Wigilia była rodzinna, ciepła, jak zawsze spóźniona i lekko zabiegana aż do momentu zasiądnięcia za stołem (najpierw jednym, potem drugim), obfita w prezenty i życzenia.

Impreza nasza była nerwowa jak mysz w klatce z 12 kotami, ale ostatecznie satysfakcjonująca, kolędująca i tłoczna :D

Drugi dzień - tradycyjnie rozpoczęty w lesie Rajdem Herbacianym, na którym z roku na rok coraz liczniej prezentowane jest pokolenie Aurorowe. Potem (też tradycyjnie) obiad u Mamy.
Popełnione przez Męża i Tatę


A potem był w końcu wieczór taki, jak być powinien. Cichy i błogi, w mroku rozświetlonym lampkami choinki, przy lampce wina/soku porzeczkowego i świecach, w cieple i bliskości, ze śmiechem Dziecka.
I wiecie, są takie uśmiechy, jest taki wilgotny blask oczu, których nie da się opisać i uwiecznić na zdjęciu. Których piękno jest ulotne jak zapach jodłowych gałązek i kruche jak opłatek, miękkie jak włoski na małej główce, i niezapomniane jak Miłość.

I takiego piękna Wam życzę dalecy znajomi i bliscy nieznani, przyjaciele oraz krewni królika, stali bywalcy i przypadkowi przechodnie i Tobie, która sama nie wiesz, co tu robisz.
Z okazji Świąt, co już minęły,  a przecież trwają w tej jednej małej chwili. Z całego, przepełnionego wdzięcznością serca.

Wiewi00ra
Pin It Now!

środa, 16 listopada 2011

Wieści z przewijaka i okolic

To końcówka trzeciego tygodnia - ogarniacie? Bo ja jakoś chyba nie :D

Czy nasz świat przewrócił się do góry nogami i zwariował? Nie. Czy się zmienił? Z pewnością. Czy mamy mniej czasu? Niewątpliwie. Czy na nic go nam nie starcza? Bynajmniej. Czy ćwierkam? Jak potłuczona, ale tylko w obecności Córki i/lub Męża. Publicznie nie będę sobie obciachu robiła ;) Czy nadal mam uczulenie na landrynkowe róże i tym podobne słodkości? Niezmiennie. Czy rozmawiamy o kupie? Tak, ale wyłącznie z mężem i osobami, które na własną odpowiedzialność wyrażą zainteresowanie tematem. Czy chlupią mi hormonki?  Chlupią jak głupie i niekiedy wyciekają przez oczy. Czy jesteśmy obłędnie szczęśliwi? TAK!

Aurora nadal funkcjonuje głównie w trzech trybach: ŚPIĘ/JEM/BUCZĘ bo chcę jeść/czystą pieluchę/na ręce/robię ******* (to o czym nie rozmawiamy publicznie ;) ). W nocy trzy razy domaga się jedzenia. Okresy aktywności mamy po obiedzie - wtedy Ora brzuszkuje i bawi się z Mamą (czyli - Mon Dieu! - mną) - i po kąpieli (Zamiast spać! Orka-Zmorka!) - wtedy z upodobaniem daje się masować i miętolić Tacie, tudzież słucha jego monologów oraz próbuje wydepilować mu klatę. Z dnia na dzień jednakowoż okresy aktywności wydają się być coraz to dłuższe i... hmmm... aktywniejsze?

Pisałam Wam już kiedyś, że mam najobłędniejszego Męża na Świecie? Mam.

Oczywiste było dla mnie i naturalne zupełnie, że włączy się w opiekę nad Młodą. Ale kurcze, On prześciga moje  najśmielsze oczekiwania. Jakby mleko miał, to i karmił byłby. Zamiast kręcić nosem na pieluchy, chrapać, kiedy Ora uświetnia noc popisem wokalnym i czekać aż go poproszę o pomoc - On po przyjściu z pracy wręcz domaga się oddania mu Małej, wieczorne masaże przejął na wyłączność, a nocą czasem zdąży zmienić jej pieluchę, zanim mleczarnia  na dobre otworzy oczy. Kosmita (znaczy się, facet nie z tej Ziemi)!!!

Chustowanie zaczęliśmy jeszcze w szpitalu (o tym już było) a w 11 dobie poszłyśmy sobie na spacerek. I na zakupy.



W chuście naturalnie. Jako, że pogoda już chłodna - na chuście było poncho i kurtka, ale i tak parę osób o mało na słupy nie powpadało :D Ale to nic. Żebyście widzieli te spojrzenia i jęki zachwytu, jak Przemko zamotany z Orą w kaszmira i z rozpiętą kurtką (bo ciepło) pokonywał korytarze Kaskady (skończyły nam się zapasy żywieniowe, to pognaliśmy we trójkę do galerii).



Jedno jest pewne, będę musiała uważać z wypuszczaniem ich gdzieś samopas, jeno chodzić za nimi kijem i toporem i wstrętne podrywaczki opędzać. No nie zaryzykuję przecie!
 (I - tak - wiem, że mam fioła na punkcie zdjęć w chuście. A tą czapę, z jeszcze jedną - równie obłędną nabyłam od MamaDonny z forum chustowego - są zrobione ręcznie i na ich punkcie też mam fioła.).

Miałam jeszcze napisać o jednym konkursie i drugim, ale Przemko goni mnie spać, więc napiszę kiedy indziej. Dobranoc, orki na noc.
Pin It Now!