Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miejsce Demokratyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miejsce Demokratyczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 maja 2016

Symultaniczno-sekwencyjna metoda uczenia czytania - notatki dla (nie tylko) MIEJSCowych rodziców.

Materiał przygotowany z myślą o rodzicach z Miejsca Demokratycznego, którzy chcą sylabować z dziećmi w domu.

W Miejscu uczymy czytać. Zaczęliśmy, kiedy najstarsze zaczęły pytać o litery. Młodsze dołączają wtedy i o ile same chcą. Dlaczego wybraliśmy metodę symultaniczno-sekwencyjną? Bo jest najpełniej dostosowana do potrzeb i możliwości dziecka, budowana na podstawie wiedzy o rozwoju człowieka.

Ponieważ dzieci interesują się czytaniem nie tylko w Miejscu ale i (przede wszystkim) w domu - przygotowałam krótką (noooo, krótszą niż książka prof. Cieszyńskiej) instrukcję jak stosować tę metodę w praktyce z rozsądnym minimum teorii.

Najpierw jedna, niezwiązana - a nawet miejscami nieco sprzeczna z metodą - uwaga: efektywne uczenie się idzie za ciekawością, zainteresowaniem. To że już całkiem maleńkie dzieci są w stanie nauczyć się odczytywać wyrazy nie znaczy, że jest im potrzebne czy nawet pożyteczne. Po pierwsze - dziecko samo wie co i na jakim etapie rozwoju jest mu najbardziej potrzebne. I np. zabieranie czasu, w którym mogłoby rozwijać się motorycznie na rzecz wczesnej nauki czytania jest - najdelikatniej rzecz ujmując - bez sensu.
Z kolei dziecko, któremu się czyta, które w domu i po za nim obcuje z językiem pisanym, z pewnością w którymś momencie samoistnie zainteresuje się czytaniem - i NAPRAWDĘ warto na ten właśnie moment zaczekać. Dziecko, które uznało że czytanie je ciekawi, jest mu do czegoś potrzebne - będzie uczyło się szybko i z radością, we własnym, najlepiej pojętym interesie.

 Metoda symultaniczno-sekwencyjna zwana także metodą krakowską lub sylabową to metoda nauki czytania (podkreślam - czytania, nie pisania - to ważne, zwłaszcza jeśli chodzi o młodsze dzieci) opracowana przez logopedkę prof. Jagodę Cieszyńską.
Metoda jest skutecznie wykorzystywana w pracy z dziećmi w wieku poniemowlęcym (czego idąc za opinią Agnieszki Stein nie polecam) i przedszkolnym, również zagrożonymi dysleksją lub niesłyszącymi.

Często podczas nauki czytania dzieci samorzutnie próbują pisać. Jest to naturalne, nie mniej warto pamiętać, że pisanie jest umiejętnością sekundarną (wtórną) do prymarnego czytania. Dzieci mogą w czasie nauki czytania pisać poznawane litery i sylaby, można proponować im pomoce w postaci pisania po piasku, lustrze, wodzenia po śladzie, nie mniej nie należy tego wymagać czy oczekiwać.

Nazwa metody odnosi się do funkcji prawopółkulowych (symultanicznych) i lewopółkulowych (sekwencyjnych) mózgu. Obie półkule przetwarzają bodźce według różnych strategii. Lewa - kolejno, analizując różnice i zależności pomiędzy nimi, prawa zaś - holistycznie, globalnie, szukając podobieństw. Dla skutecznej umiejętności czytania ze zrozumieniem konieczne jest uruchomienie obu tych "programów". Szczególnie istotne jest stymulowanie procesów sekwencyjnych, które są tłumione przez nadmiar bodźców wzrokowych, telewizję, komputer itp. Podstawowym narzędziem takiej stymulacji będzie zapewnianie dziecku wielu okazji do kontaktu z bogatym językiem mówionym, słowem i dźwiękiem w oderwaniu od obrazu, wspólne głośne czytanie, opowiadanie, rozmowy, słuchanie nagrań, umożliwienie nawiązywania interakcji z dziećmi i dorosłymi za pomocą słowa.

Jeśli chcecie poczytać więcej o założeniach, genezie i badaniach neuropsychologicznych na których opiera się metoda polecam książeczkę "Kocham uczyć czytać" autorki metody. Sporo informacji znajdziecie też tu: sylaba.info i tu: cieszyńska.pl

Moim zamiarem nie jest szczegółowy opis metody, a jedynie wypunktowanie podstawowych zasad i kolejności wprowadzania materiału.

Podstawowym założeniem metody jest czytanie sylabami (ponieważ nie słyszymy głosek w izolacji, wymawianych samodzielnie, a jedynie w większych strukturach - sylabach). Sylaby w mowie dziecięcej pojawiają się spontanicznie, w sposób naturalny, podczas gdy pojawianie się głosek uwarunkowane jest nauką czytania - jest wtórne. Rozpoczęcie od sylab jest więc dla dzieci naturalne i prostsze.
Niezwykle ważne w metodzie jest angażowanie obu półkul mózgowych i stosowanie zabiegów stymulujących procesy lewo- i prawopółkulowe.

ZANIM DZIECKO ZAINTERESUJE SIĘ LITERAMI
Nie wszyscy wiedzą (choć na szczęście mówi się o tym coraz więcej), że zanim dziecko będzie gotowe do nauki czytania musi zdobyć szereg innych kompetencji. Rozpoczęcie nauki przed ich przyswojeniem przyniesie raczej więcej szkody niż pożytku.
Co więc można zrobić, żeby ułatwić dziecku start kiedy już zainteresuje się pierwszą literą?

- Porządkowanie świata od lewej do prawej (jest to oczywiście założenie dotyczące kręgów kulturowych piszących w takim właśnie kierunku).

- Ćwiczenie dużej i małej motoryki.

- Analiza i synteza wzrokowa. Można tu wykorzystać układanki z pociętych obrazków (ale nie puzzle, gdyż nie skłaniają do analizowania ilustracji, a pracy metodą prób i błędów, skupienia na kształcie pojedynczego elementu), tworzenie wzorów z figur geometrycznych.

- Szeregowanie. Powtarzanie zgodnie z podanym wzorem (i zawsze od lewej do prawej) określonych sekwencji, wzorów (np. lala, lala, miś, lala, lala, miś albo trójkąt, koło, kwadrat, kwadrat, trójkąt, koło itd.), uzupełnianie luk we wzorze, kontynuowanie rozpoczętej sekwencji.

- Kategoryzacja. Przyporządkowywanie elementów do określonych zbiorów, np. z rozsypanych obrazków dziecko wyławia owoce, zwierzęta, zabawki itp. Określa który z obrazków nie pasuje do pozostałych, który można dodać. Z czasem przechodzimy do materiału abstrakcyjnego (figury geometryczne).

- Ćwiczenie pamięci prawo- i lewopółkulowej (symultanicznej i sekwencyjnej).

Zasadą jest praca z materiałem tematycznym i atematycznym (abstrakcyjnym), przy czym zaczynamy zawsze od konkretu (materiału tematycznego).

Kiedy dziecko jest gotowe do nauki czytania?
Sądzę, że wtedy kiedy się czytaniem zainteresuje. Prof. Cieszyńska jako wyznaczniki gotowości (kompetencji fonologicznej) podaje:
- Zdolność do słuchowego różnicowania wyrazów różniących się jednym fonemem (dziecko słyszy, że wyrazy kot i koc, albo piec i pies brzmią inaczej).
- Umiejętność dokonywania analizy sylabowej (dzielenia wyrazu na sylaby).
- Umiejętność dostrzegania rymów i ich braku.

Istotnym czynnikiem mającym wpływ na naukę czytania i pisania jest też lateralizacja czyli dominacja stronna. Skrzyżowana (np. dziecko ma dominującą prawą rękę, ale oko lewe, albo lewą ręką i prawą nogę) lub (zwłaszcza!) nieustalona (dziecko posługuje się zamiennie raz lewą, a raz prawą ręką) lateralizacja może być przyczyną trudności w nauce, bo negatywnie wpływa na kształtowanie się współpracy półkul mózgowych. Pomóc mogą tu ćwiczenia odwracania wzorów np. z pomocą lusterka.

Język obcy
Autorka metody jako argument na rzecz wczesnej nauki czytania przytacza wyniki badań psycholingwistów, które dowodzą, że efektywna nauka drugiego języka (obcego! nie mówimy tu o wielojęzyczności) jest możliwa dopiero po opanowaniu języka macierzystego (etnicznego) w mowie i w piśmie.

Nauczanie więc pisowni angielskiej zanim dziecko opanuje czytanie i pisanie po polsku może prowadzić do dużych trudności, zwłaszcza z opanowaniem reguł ortograficznych.


CO UTRUDNIA DZIECIOM NAUKĘ CZYTANIA?

Rodzice i dziadkowie często (w dobrej wierze, chcąc pomóc dziecku w nauce) podejmują szereg kroków, które skutkują późniejszymi trudnościami w czytaniu lub przyswajaniu reguł ortograficznych. Oto kilka rzeczy, których stanowczo warto unikać:

- Podawanie dzieciom nazw liter (to "em", to "by" lub "be" itp.), głoskowanie (tak się pisze wyraz piec: py-i-e-cy). Operowanie takimi pojęciami wymaga wiedzy metajęzykowej, na tym etapie dzieciom niedostępnej, ale i niepotrzebnej do nauki czytania. Prowadzi to niekiedy do tego, że np. wyraz kot jest przez dziecko odczytywany jako ka-o-te albo ky-o-ty.

-  Przywoływanie wyrazu rozpoczynającego się na daną literę (np. zobacz: to be jak babcia, to em jak myszka). Dziecko nie znając zapisu wyrazu utożsamia literę z obrazem przedmiotu co całkowicie uniemożliwia zrozumienie znaczenia innych wyrazów rozpoczynających się na tę literę.

- Polecenie przepisywania sylab lub liter z książki. Na tym etapie dziecko "przerysowuje" litery nie rozumiejąc ich znaczenia. Hamuje to jego spontaniczną aktywność i męczy niedojrzały jeszcze aparat ruchowy.


JAK UCZYĆ?

Etapy nauki czytania:

1. POWTARZANIE - Naukę zawsze zaczynamy od powtarzania wypowiadanych samogłosek lub sylab. Jest to szczególnie ważne, gdyż powtarzanie angażuje pola ruchowe obu półkul mózgowych. Powtarzanie jest zawsze połączone Z POKAZEM ZAPISU GRAFICZNEGO - Sylaby i litery zapisujemy wielkimi literami drukowanymi. Są one łatwiejsze do odróżniania, nie ma pomiędzy nimi połączeń, które mogą powodować pomyłki. Później dzieci samodzielnie, na podstawie tekstów pisanych równolegle wielkimi i małymi literami odkrywają analogię. Jak pisze autorka: "Wiedza, którą dziecko zdobywa podczas samodzielnej aktywności charakteryzuje się trwałością." Taki proces rozwija umiejętność myślenia przez analogię, co jest ważne tak dla nauki języka macierzystego, jak i (później) języków obcych.

2. ROZUMIENIE (ROZPOZNAWANIE)- to kolejny etap nauki. Dziecko wskazuje wypowiedzianą głoskę, sylabę lub wyraz.

3. NAZYWANIE - samodzielne odczytywanie głosek, sylab i w końcu wyrazów.

Powtarzanie, rozumienie i nazywanie to kolejne etapy nabywania mowy przez dziecko i jego naśladowanie podczas uczenia się czytania jest rozwojowo uzasadnione.


Kolejność podawania materiału, główne zasady.

- Rozpoczynamy od zaznajomienia dziecka z samogłoskami ustnymi (bez ą i ę), potem zapoznajemy z wyrazami dźwiękonaśladowczymi, następnie parami wprowadzamy sylaby, a na końcu sylaby z samogłoskami nosowymi (ą i ę). Taka kolejność powtarza etapy rozwoju mowy u niemowląt.
 
- Przy wprowadzaniu samogłosek wykorzystujemy bodźce kinestetyczno-ruchowe.
 GEST - Każdej samogłosce oprócz jej zapisu graficznego towarzyszy gest (o - zataczanie okręgu prawą dłonią, u - kreślenie łuku po ustach, i - uniesienie palca wskazującego prawej dłoni, e - przesunięcie rozcapierzonymi palcami prawej ręki z góry w dół po włosach, y - obie ręce podniesione do góry, a - stanie na rozstawionych nogach).
USTA - Podczas prezentacji samogłosek podkreślamy ułożenie ust przy ich wypowiadaniu.
Wprowadzamy też SŁOWNE OPISY LITER, by włączyć relacje lewopółkulowe (np. a stoi pewnie na rozstawionych nogach i krzyczy, kiedy mówimy o usta układają się jak okrągłe jajeczko, rano wstajemy przeciągamy się wyciągając ręce do nieba yyyy itd.)


- Samogłoski wprowadzamy najpierw pojedynczo, potem w sekwencjach jednorodnych (EEE, AAA) a na końcu w sekwencjach złożonych z różnych samogłosek (A I E U, U O Y A). Jest to ważne dla przechodzenia od czytania globalnego (symultanicznego) - prawopółkulowego do analitycznego (sekwencyjnego) - lewopółkulowego. Pozwala też kształtować kierunek czytania (od lewej do prawej).

- Sylaby z określoną spółgłoską wprowadzamy od otwartych (zakończonych samogłoską), przez zestawy samogłoska+sylaba otwarta do zamkniętych (zakończonych spółgłoską).

- Zaczynamy od sylab zbudowanych ze spółgłosek prymarnych (pojawiających się na początku rozwoju mowy) do sekundarnych.

- Sylaby wprowadzamy w parach zbudowanych z maksymalnie skontrastowanych spółgłosek (pod względem graficznym, dźwięczności, sposobu artykulacji itd).

- Podczas wprowadzania sylab kilkakrotnie pojawia się nieznana jeszcze dziecku litera. Jest to celowy zabieg, prowadzący do umożliwienia dziecku samodzielnego (z pomocą obrazka, kontekstu) odkrycia budowy wyrazu.

- Niezmiernie ważnym elementem procesu uczenia się jest zamiana ról tak, by dziecko mogło wejść w rolę nauczyciela, może czytać innym dzieciom lub w sytuacji domowej - rodzicom, dziadkom, lalkom. Po za angażowaniem odpowiednich struktur w mózgu daje to dzieciom ogromną satysfakcję, poczucie kompetencji i sprawczości.

- Jedna głoska - różne zapisy: podczas podawania samogłoski u pokazujemy litery u i ó. Podczas wprowadzania ż prezentujemy zapis ż i rz itd. 

- Wyodrębnianie samogłoski w sylabie: przy wprowadzaniu sylab wiele dzieci samorzutnie dostrzega w zapisie znane już samogłoski. To dzięki pojawiającej się ważnej umiejętności analizy wzrokowej materiału literowego, Możemy na początku sami pokazać dziecku samogłoskę zasłaniając palcem spółgłoskę w sylabie, a dopiero potem przeczytać całość. Podobnie postępujemy przy konstrukcjach samogłoska+sylaba otwarta.
- Wprowadzając wyrazy zbudowane ze znanych sylab możemy pomóc w zrozumieniu zapisu zasłaniając wyraz kartonikiem i odsłaniając kolejno po jednej sylabie.

- Wprowadzając sylaby z ą i ę należy uświadomić dziecko, że często nie istnieje odpowiedniość między głoską a literą (słyszymy inaczej niż piszemy). Wprowadzając samogłoski nosowe posługujemy się całymi słowami, które dziecko odczytuje w sposób globalny.


 Schemat wprowadzania głosek i sylab:
 1. Samogłoski
2. Wyrażenia dźwiękonaśladowcze
3. Sylaby z P i M
4. Sylaby z B i L
5. Sylaby z F i W
6. Sylaby z T i D
7. Sylaby z S i Z
8. Sylaby z K i G
9. Sylaby z J i N
10. Sylaby z SZ i Ż/RZ
11. Sylaby z C i DZ
12. Sylaby z H/CH i Ł
13. Sylaby z CZ i DŻ/DRZ
14. Sylaby z Ś/SI i Ź/ZI
15. Sylaby z Ć/CI i DŹ/DZI
16. Sylaby z Ń/NI i R
17. Sylaby z Ą i Ę

Schemat wprowadzania par sylab (na przykładzie P i M):
 1. Sylaby otwarte z P (PA, PO, PE, PI, PU/PÓ, PY)
- powtarzanie
- rozumienie
- nazywanie
2. Sylaby otwarte z M
- powtarzanie
- rozumienie
- nazywanie
3. Różnicowanie paradygmatów (odróżnianie sylab otwartych z P od tych z M)

4. Zestawy samogłoska + sylaba otwarta z P (APA, OPO, IPI, UPU, YPY, EPE)
- powtarzanie
- rozumienie
- nazywanie
5. Zestawy samogłoska + sylaba otwarta z M
- powtarzanie
- rozumienie
- nazywanie

6. Sylaby zamknięte z P (AP, EP, IP, OP, UP, YP)
- powtarzanie
- rozumienie
- nazywanie
7. Sylaby zamknięte z M
- powtarzanie
- rozumienie
- nazywanie

8. Odczytywanie wyrazów zbudowanych z poznanych sylab.
- powtarzanie
- rozumienie
- nazywanie

Na podstawie "Kocham uczyć czytać. Poradnik dla rodziców i nauczycieli" Jagody Cieszyńskiej
Pin It Now!

niedziela, 24 kwietnia 2016

Nadzieja na przyszłość

Listopad.
Wchodzimy do supermarketu. Zatrzymuję się kontemplując smętnie mizerię oferowanych na stoisku buraków, podczas gdy Dziewczę gna radośnie do półki z sokami (sok u nas występuje na zasadzie używki - z rzadka i wymiennie z innymi "słodyczami").
Jej ulubiony stoi za wysoko- nawet kiedy wspina się na palce, więc staje przed regałem wpatrując się weń jak sroka w gnat.
Alejką nadjeżdża młody człowiek (lat około 11) i zatrzymuje się przy Młodej.
Obserwuję czujnie, obawiając się uwag o małych dzieciach i tłukliwości szkła (kobieta małej wiary).
- (Chłopiec): Pomóc ci?
Po chwili wahania pompon u czapki Dziewczęcia kiwa się energicznie.
- (Chłopiec): Ten?
- Kiwanie pomponem.
Sok zostaje podany. Chłopiec odjeżdża. Pompon z podczepionym pod spodem szerokim bananem wkłada do mojego wózka butelkę soku.

...

Styczeń. Wieczór. Idziemy szarzejącą ulicą, jest zimno. Z naprzeciwka idzie chłopiec ośmio-dziewięcioletni, ze szkolnym tornistrem, i zatrzymuje się przed dużym skrzyżowaniem z sygnalizacją świetlną.
- (Ora) Mamo, a czemu ten chłopiec jest sam?
- (Ja) Wiesz, może mieszka gdzieś niedaleko i jego rodzice zgadzają się, żeby już sam wracał ze szkoły.
- Ale jest ciemno.
- Tak, jest zima i wcześniej robi się ciemno.
- Mamo, ja się o niego martwię.
- Chcesz, żebyśmy poczekały, aż bezpiecznie przejdzie na drugą stronę?
- Tak.

I postałyśmy sobie aż chłopiec przeszedł na drugą stronę, doszedł do końca ulicy i zniknął za zakrętem.

...

Miejsce.
Marek zabiera Asi zabawki.
- (Asia) Nie lubię ciebie!
- (Ora) A ja lubię Marka. Nawet jak mi zabiera zabawki. Ale nie rób już tak więcej, bo Asi jest przykro i się denerwuje.

:)



Pin It Now!

sobota, 16 kwietnia 2016

Migawka jedynie słuszna

W Cafe Niebko czekałyśmy sobie z Orą na spotkanie społeczności MIEJSCowej.
Ora bawiła się z jakąś starszą dziewczynką, która chciała ją nauczyć piosenki z "Krainy lodu" (Orka nie ma pojęcia o istnieniu takiej bajki).

- (Dziewczynka): Mam tę moc, mam tę moooooc, rozpalę to co się tliiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!"
- (Orka): Nie, to nie tak! Posłuchaj:
"Mam tę moc, mam tę moooooc!
BĘDĘ KARMIĆ CAŁĄ NOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOC!"
...
.........
...............
Kurtyna.
Moje mleko, moja krew :D

Pin It Now!

czwartek, 31 grudnia 2015

Naczynia stołowe, góry i ziarnka piasku (a także o tym komu tak naprawdę robimy dobrze)

Mam taką swoją teorię, że nie ma czegoś takiego jak bezinteresowne działanie. I bynajmniej nie twierdzę tak powodowana rozgoryczeniem czy cynizmem.
Po prostu uważam, że każde dobro, które wyrządzamy innym, przynosi i nam jakąś korzyść. I nie chodzi mi o rzeczy na tak wysokim poziomie abstrakcji jak karma i przepływy kosmicznej energii.
 Każdy dobry uczynek przynosi nam - czy to przyjemność, czy poczucie znaczenia i wpływu, czy w końcu potwierdzenie swojego obrazu jako dobrego człowieka w oczach własnych i cudzych. I nie ma w tym nic złego - wręcz odwrotnie - to cudowne!
Z drugiej strony i analogicznie - każde zrobione innym świństwo odbija się w ten czy inny sposób karmiczną czkawką.
(Podobne opinie w tym temacie znajdziecie tak w buddyzmie jak w chrześcijaństwie Nowego Testamentu).

 Czemu o tym piszę? Bo chciałam trochę o wdzięczności. A jakoś tak (mam wrażenie) się u nas utarło, że jak mówimy "wdzięczność", to główny myślowy wektor obiera przede wszystkim zwrot na "komu"?
Takie zaś pojmowanie wdzięczności kojarzy mi się z rodzajem długu, koniecznością (przymusem) podziękowań na ozdobnym blankiecie i czymś raczej obciążającym niż miłym.

Zaś dla mnie wdzięczność - spontaniczna, nie zawsze ukierunkowana, lub właśnie zmierzająca we wszystkie strony na raz - jest uczuciem niezwykle radosnym, lekkim - po prostu wspaniałym.
 I naprawdę - nawet, kiedy trudno powiedzieć, czy tą wdzięczność winnam sobie, ludziom wokół mnie czy losowi, który pozwolił mi ich spotkać - jest to stan bezcenny i myślę że warto szukać sobie do niego powodów i okazji.

Możesz to duchowo-psychologiczne ćwiczenie nazwać jak zechcesz: "liczenie błogosławieństw", "słoik szczęścia", "kropla miodu", "praktykowanie wdzięczności". Możesz to, co sprawia że Twoje życie - choć na moment - staje się piękne i dobre zapisać, namalować, wykrzyczeć albo tylko sobie wyobrazić. Ale w tym czasie podsumowań, na granicy, gdzie stare przechodzi w nowe, kiedy dzień pokonuje noc - zachęcam i namawiam, żebyś spróbował znaleźć w sobie powody do wdzięczności - sobie, ludziom, Bogu, przypadkowi - bez znaczenia.

Ja tych powodów mam niezmiernie wiele. Wszystkich wymienić nie zdołam. Są ogromne, jak góra i maleńkie jak ziarnko piasku. Są w mojej przeszłości i teraźniejszości, a niektóre nawet w czasie przed moim narodzeniem, tuż obok i po drugiej stronie globu.
Dwa najważniejsze właśnie pochrapują obok mnie.

Mam taki plan, żeby z (względną) regularnością zapisywać to, co napełnia śpiewem moje serce i uskrzydla moje stopy.

Dziś tylko dwie z rzeczy wielu i - jak napisałam - jedna góra i jedno ziarnko.

Góra to moja Wioska przez wielkie W. Powstała wbrew moim obawom i wątpliwościom. Ciągle powodująca moje zadziwienie i bezbrzeżną radość. Dziesięć rodzin tworzących Miejsce. Kilkadziesiąt osób, o odmiennych często poglądach, temperamentach i wizjach, ale połączonych wspólnym celem i zmienną, żywą i z dnia na dzień gęstszą siecią relacji. Odważnych, twórczych i nie bojących się zmian (a w każdym razie gotowych na nie).

Ziarnko to zapach żywicy i piernika w moim domu. Taki drobiazg, a taaaaaaka radość.

Poświątecznie (jak zawsze spóźniona) i noworocznie życzę Wam wszystkim wielu powodów do wdzięczności. Nie ważne komu.

Kielich przeobfity, szklanka bardziej niż w połowie pełna :)
Pin It Now!

piątek, 2 października 2015

Migawka genetyczna

(Znów z piaskownicy)
Dzieciaki ogarnął szał robienia potraw piaskowo-liściowo-kamykowych. Stoją w kolejce prawie, żeby koniecznie od każdego spróbować, zapytać co to i z czego "ugotowane", i czy dodali mięty/ cynamonu/ gałki muszkatołowej.
Podchodzi Ania* z wiaderkiem pełnym piachu, podsuwa mi pod nos. Biorę szczyptę, udaję że żuję, zastanawiam się nad smakiem, mlaszczę.
- Co to jest takiego Aneczko?
Na co Anna z pełnym satysfakcji uśmiechem (jako żywo zdartym z twarzy jej Tatki o ciętym dowcipie) oraz diabelskimi błyskami w oczach rzecze:
- Sam piasek.
...
...
...
Kurtyna

*Imiona dzieciaków są fikcyjne.
Pin It Now!

piątek, 11 września 2015

Migawka bezglutenowa

Od czasu do czasu będę tu wrzucać mikromigawki z Miejsca - dziś pierwsza. O diecie, świadomości zdrowego żywienia i nauce przez obserwację i naśladownictwo.

Dziewczyny robią zupę z kluskami z piasku, patyków i listków.
- Ale jeszcze musimy zrobić bezglutenowe dla Piotrusia*!

kurtyna.

*Imiona dzieciaków są fikcyjne.
Pin It Now!

czwartek, 3 września 2015

Początek Roku Szkolnego, który się nie odbył

Od kilku dni na wszystkich możliwych forach, grupach i w mediach wszelkiej maści na tapecie jest jeden temat we wszelkich możliwych odsłonach. Początek roku szkolnego (opcjonalnie przedszkolnego). Łzy lęku, dumy, wzruszenia bądź szalonej radości ronione przez rodziców. Rozmaite nastawienia i reakcje dzieci. Kalejdoskop emocji od euforii przez rozczarowanie do rozpaczy i wściekłości. Ceny wyprawek, zajęć dodatkowych, kolejki po obiady, tłok w świetlicy, logistyczne koncepcje czaso-osobowo-przestrzenne związane z odbiorem i dowozem progenitury, pozyskaniem podręczników i korepetytorów.
I podobnie jak wtedy, kiedy z Orką w chuście mijaliśmy z Przemkiem w sklepach regały, zawalone chemią dziecięcą, kaszkami, słoiczkami, puchami sztucznego mleka, flaszkami, smokami i innym, całkiem nam zbędnym ustrojstwem – odczuwam niewyobrażalną radość, wdzięczność i wręcz ulgę że te kwestie tak całkiem i zupełnie mnie nie dotyczą.

Nasza córka i jedenaścioro jej kolegów i koleżanek nie obchodziło pierwszego września początku roku przedszkolnego. Jednym z powodów jest to, że nie chodzą do przedszkola. Drugim – fakt, że wspólne spotkania we własnym Miejscu zabawy (i przy okazji nauki, socjalizacji i innych takich) praktykują od czerwca.
Radość, wdzięczność i satysfakcja jaką odczuwam z powodu powstania i działania Miejsca Demokratycznego jest tak wielka, że nie mogłabym sobie podarować podzielenia się nią z Wszechświatem (w związku z którym spodziewam się szybkiej i wysokiej fali hejtu, bo takie są prawa internetów, który jednakowoż – z góry uprzedzam – spłynie po mnie jak po gęsi) :D
Opowiem Wam historię. O idei. Oszukaniu własnej, najlepszej dla siebie drogi. O odwadze podejmowania decyzji niepopularnych, walki o własne przekonania, niepoddawaniu się presji otoczenia. O potrzebie tworzenia wspólnoty, otoczenia się ludźmi którzy wyznają podobne wartości. O bezkompromisowej miłości do swoich dzieci. O pragnieniu zapewnienia im nieskrępowanej swobody rozwoju, chronienia ich kreatywności, wrażliwości i ciekawości świata.
Opowiem Wam też o docieraniu się grupy, budowaniu porozumienia ponad rozbieżnościami światopoglądowo-religijno-dietetycznymi, mediowaniu i komunikacji.
Nie opowiem Wam jak się tworzy szkołę demokratyczną. Ani przedszkole. Ani grupę unschoolingową, ani stowarzyszenie. Ale powiem Wam jak my to zrobiliśmy.


Kiedy zastanawialiśmy się nad drogą edukacyjną Ory mieliśmy nadzieję że znajdziemy jedną, może dwie rodziny, które podejmą podobną do naszej decyzję. Żeby nasza Córka miała kontakt z dziećmi podobnie wychowanymi. Wolnymi od pewnych schematów i uprzedzeń, dysponującymi czasem nie tylko po 16 i w łikendy.
Udało się nam nadspodziewanie! Niektórzy z naszych znajomych równolegle dojrzewali do podobnych wniosków, inni usłyszeli od nas o idei i wzięli ją jak swoją. Potem dołączali kolejni. Założyliśmy grupę na FB. Zebraliśmy grupę rodziców dzieci w podobnym wieku.
Dokładnie rok i siedem miesięcy temu zaczęliśmy regularne, cotygodniowe spotkania grupy unschoolingowej „Smoczej załogi”…
Zaprzyjaźniliśmy się my, zaprzyjaźniły się dzieciaki. Niezwykłym doświadczeniem i przywilejem było obserwować i uczestniczyć w ich rozwoju.
Okazało się jednak, że kiedy nasze Smoki osiągną wiek szkolny – część mam będzie musiało wrócić do pracy. Inne po prostu potrzebowały przestrzeni dla siebie, pozostawanie z dzieckiem w domu okazało się bardziej obciążające psychicznie, niż mogłoby się zdawać. Padały pomysły na przedszkole, pojawiły się żarty o szkole demokratycznej. Początkowo zupełnie nie brałam pod uwagę możliwości tworzenia takiej instytucji. Organizowanie, zarządzanie, koordynowanie takim – wielkim – jak myślałam przedsięwzięciem kompletnie nie leżało bodaj w dalekim pobliżu moich planów na przyszłość. Nie chodziło o to, że się nie da. Raczej o to, by jednak zrobił to ktoś inny. A jeśli nie zrobi, to trudno.
Potem były (kolejne) warsztaty z Agnieszką Stein, w przerwie których rozmawiałyśmy o różnych wariantach edukacyjnych. Opowiedziałam jej trochę o naszych dylematach. Zdziwiła się mojej niechęci do tworzenia SD. „Przecież właściwie już to robicie”.


I tak się jakoś zaczęło. Niechęć do rozbijania grupy, komfort jaki daje nam to, że dzieciaki obcują z innymi, wychowywanymi w podobnym duchu, pewność, że nie spotkają się z przemocą, brakiem szacunku czy empatii ze strony opiekunów, zadzierzgnięte więzi – to wszystko okazało się argumentem wystarczającym do podjęcia wyzwania.
Zaczęliśmy dyskutować o pomysłach na przedszkole-szkołę dla Smoków. O logistyce. Szukać rozwiązań, kontaktów, lokalu. Okazało się (nie pierwszy raz), że kiedy czegoś chcesz i weźmiesz się do działania to wszechświat sam podsuwa sposoby i możliwości.
Miejsce Demokratyczne miało ruszyć w maju. Ruszyło miesiąc później.
Ośmioro dzieci (ale w planach kolejne, dwójka jeszcze „po tamtej stronie brzucha”), kilkanaście rodzin, sześć mentorek (mam), duży dom z ogrodem, mnóstwo pomysłów, inwencji i energii. Z tym wystartowaliśmy.
Miesiąc trwało dostosowanie i baaardzo podstawowe wyposażenie pomieszczeń.
I wyruszyliśmy w tą wyprawę w nieznane, na tereny nieopisane na żadnej mapie – jedynie w dziennikach innych podróżników.


Działamy już trzy miesiące (z dwutygodniową przerwą urlopową). Mamy za sobą pierwsze rozstania (zaplanowane z góry – Karol z rodzicami wyprowadzili się do innego miasta) i pierwsze dołączenia „nowych”, pierwsze konflikty i porozumienia, pierwsze kryzysy i znalezione drogi wyjścia. Zaczynamy mieć świadomość swoich mocnych i słabych stron.
Nie da się wszystkiego opisać w jednym poście, ale powolutku zaczynam projekt „kronikarka” ;)
Na razie w dużym uogólnieniu założenia logistyczne:
Miejsce nie ma nazwy, a właściwie ma taką jaką kto sobie wymyśli. Dla Ory to Wielki Niedźwiedź, dla Jagody Kokon, dla Tosi Duży Dom, a dla Stasia Przedszkole (bo jako jeden z nielicznych był wcześniej w takowym), dla mnie to Wyprawa. Ten stan dobrze oddaje charakter naszej przestrzeni. W celach roboczych posługujemy się terminem Miejsce Demokratyczne.
W praktyce jest to społeczność dzieci, rodziców i ich przyjaciół. I miejsce, w którym mogą się swobodnie spotykać i realizować swoje projekty.
W miejscu prowadzimy komunikację bez przemocy (NVC), pozostajemy w klimacie rodzicielstwa bliskości. Nie stosujemy i nie kopiujemy żadnego wzorca szkoły demokratycznej, nie mniej czerpiemy z wielu doświadczeń innych, podobnych inicjatyw.
Miejsce jest otwarte od poniedziałku do piątku od 7.30 do 14. Działamy na zasadzie grupy unschoolingowej. Nie zatrudniamy nikogo – to w całości inicjatywa rodzinna. Codziennie są w Miejscu (co najmniej) dwie mamy-ciocie-Mentorki. Sami gotujemy, pieczemy własny chleb, w ogródku uprawiamy trochę warzyw, ziół, kwiatów, mamy (ekhm... mieliśmy) swoje poziomki, wielką czereśnię i dzikie chaszcze niecierpków. Sami sprzątamy, pierzemy, robimy zakupy, sami dostosowaliśmy pomieszczenia Miejsca, sami zrobiliśmy (i jeszcze robimy) swoje meble.
Plan lekcji, podręczniki, siedzenie w ławkach, dzwonki, zadania domowe, dyrektywność, oceny, testy, sprawdziany, kary i nagrody, nakłanianie do jedzenia, – tego nie wpuszczamy na pokład.
Jeden dzień w tygodniu spędzamy w lesie (odstępstwo od tego zwyczaju przyjmujemy jeżeli jest poniżej -10, powyżej 30 C, kiedy mamy prognozy huraganu, gradobicia, trzęsienia ziemi względnie zagrożenie pożarowo-lawinowe).
Mentorki proponują dzieciakom różne tematy zajęć i aktywności, ale to od nich zależy co, kiedy i jak realizują.
Śniadanie jest podawane o 8.30, obiad jest gotowy o 13, ale dzieciaki jedzą wtedy, kiedy są głodne. Między posiłkami zawsze jest dostęp do przekąsek w postaci pestek, owoców i warzyw oraz woda. Menu jest wegetariańskie. Często gotujemy wspólnie z dzieciakami.
Spotykamy się co najmniej raz w miesiącu całą społecznością. Finansujemy się samodzielnie (i nie są to specjalnie niewiarygodnie wielkie kwoty).
Adaptacja przebiega tak, jak to czują mama i dziecko. I wygląda to baaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo różnie w przypadku różnych dzieci.
O ile poranne pożegnania wyglądają rozmaicie, o tyle opuszczanie Miejsca wygląda nieodmiennie podobnie: „Maaaaaaaamo/Taaaaaato jeszcze chwiiiiilę!”.
Ora wstaje z radością na hasło, że jedziemy do Miejsca, nawet kiedy jest wcześnie rano (bo akurat jest mój dzień mentorski). I wiem, że u innych dzieci jest podobnie.
Mentorki…
Mentorkami są (tak się złożyło) mamy. Obecnie to pięć niesamowitych babek. Takich, z którymi dziecko zostawiasz w ciemno, mając pewność że będzie zaopiekowane, bezpieczne, traktowane z szacunkiem i czułością. Babek, które ładują w Miejsce energię, której wyprodukowania nie powstydziłaby się średniej wielkości gwiazda (elektrownie przy tym to pikuś). Każda z nas jest inna, ale każda świadoma co, po co i dla kogo robi i na 100% zaangażowana.
Dwójka naszych dzieciaków w przyszłym roku wkracza w obowiązek przedszkolny (zerówka). Rozmawiamy o tym. Mamy już namierzoną przyjazną edukacji domowej placówkę systemową, do której będą oficjalnie zapisane.
W tej chwili do Miejsca przychodzi jedenastka aktualnie-piratów-morskich i tyleż rodzin tworzy to szalone przedsięwzięcie.

Czy to wszystko oznacza, że zrezygnowaliśmy z edukacji domowej? Nie :D W świetle prawa szkoły demokratyczne, grupy unschoolingowe, i inne inicjatywy alternatywne pozostają ED. A że w tym przypadku edukacja jest realizowana poza domem? Zdradzę Wam sekret: w ED zawsze tak jest, a kto tego nie wie – nie wie nic o edukacji domowej :D

Jeśli jesteście zainteresowani wieściami z Miejsca, chcecie o coś zapytać, albo po prostu życzyć nam szczęścia - nie krępujcie się pisać ;) 

Trochę Miejsca zobaczycie w następnej notce na ten temat - na razie wspomnienia z aktywności Smoczej Załogi - z dedykacją dla wszystkich, którzy tworzyli ten projekt :)

Pierwsze spotkanie, luty 2014r.
Tamtej zimy nie było śniegu, ale daliśmy radę. Nad Płonią.
Kto by pomyślał, że  tak wygląda matematyka ;) - Marzec, warsztat matematyczny DnW
Tworzenie wieloetapowego dzieła wiosennego. Niedługo zobaczycie jak wygląda na ścianie Miejsca.

 
Leśna wyprawa niebieskim szlakiem z pętli Głębokie.
Tu (ku mojemu zaskoczeniu) spotkałyśmy pijawkę.
Polana Harcerska

Różanka.
Budowa namiotu wiatru.
Wrześniowy kasztanociąg.
Zabawa w basen (dziewczyn pomysł własny).
Kotek i piesek na Jasnych Błoniach
Warsztat azjatycki DnW (jeszcze nie opisany). Wtedy poznaliśmy Karola, Dorotkę i Gosię.
Pin It Now!