wtorek, 25 czerwca 2013

Tata

Wiem, że mój ojciec mnie kochał.
Och, nie radził sobie z byciem ojcem, jak z resztą w ogóle nie radził sobie z byciem. Sobą. Z życiem.
Spieprzył je sobie dokumentnie. I przysporzył bólu najbliższym.
Nie był złym człowiekiem. Raczej słabym i kompletnie pogubionym. Chorym. Wprowadził i zostawił, w moje i nie tylko, życie wielki bajzel. Żal mi go, bo sam ucierpiał na tym najbardziej.

Ale zostawił mi jedną bardzo ważną rzecz. Świadomość, że byłam przez niego kochana. I podziwiana.

A moja Córka ma najwspanialszego Ojca pod słońcem :D

Uwielbiam na nich patrzeć. Ora po łikendzie budzi się, po czym zrywa z okrzykiem "Tatuś!". Przed zaśnięciem, kiedy już się napije mleka - kładzie się obok Niego na poduszcze. Tuli, całuje, głaszcze, poklepuje. Ostatnio ma w zwyczaju mówić: "Kuje!", a kiedy pytam co kłuje - odpowiada: "Tata!" :D
Razem mnie napadają z łaskotaniem. Zaśmiewają się z sobie tylko wiadomych spraw. Są dla siebie czuli i kochani. To Przemek Orę kąpie, obcina paznokcie, wsadza do fotelika. On nadmuchuje basen, puszcza największe bańki, składa domki i mechanizmy, pompuje balony, nosi "na barana".

Nie wyobrażam sobie wychowywania Ory bez Przemka. Jak wielokrotnie mówiłam - On mnie  nie wspiera w opiece nad Nią. On ze mną się Nią opiekuje. I uważam, że to kolosalna różnica.

I przez Niego nikt mi nie wmówi, że ojciec nawiązuje więź z dzieckiem, kiedy to zaczyna biegać i mówić. Przemek czytał Młodej bajki, kiedy jeszcze spokojnie pływała w wodach płodowych. Przeciął pępowinę i pierwszy wziął Ją na ręce. Pierwszy przystawił Ją do piersi (mojej naturalmą). Pierwszy zamotał Ją w chustę :D.

I (też już o tym piałam) wiem, że "w posagu" dałam mojej Córce (między innymi) jedną, bardzo wartościową rzecz. Wybrałam Jej najfantastyczniejszego ojca na świecie. Kochającego Ją bezgranicznie i bezwarunkowo. Ma farta Dziewczyna ;)

A że w tym roku Dzień Ojca przypadał podczas naszej imprezy rekonstrukcyjnej, to i prezenty dostał Tatko wikińskie. Dałyśmy mu (ja wybierałam, Orka wręczała) kamień słoneczny wikingów (żeby znalazł drogę w każdym sztormie i zawsze do nas wracał) i talon na blaszany kapelusz :D
Naprawdę miał dostać hełm, ale nie mógł się zdecydować na model. Więc dostał talon do realizacji jak już się zdecyduje, Wybrednik jeden :D Inwestujemy w ochronę tatowej mózgownicy :D

P.S. Ojcze mojej Córki - dla mnie Sam Vimes wrzeszczący w jaskini "Hurra, hurra, cudowny to dzień, bo znalazłem moją krówkę!" ma Twój głos i Twoją twarz.:*
Pin It Now!

środa, 19 czerwca 2013

Darcie (się i nie tylko ;) )

Po raz kolejny byłam na warsztatach śpiewu białego, prowadzonych przez Miu.

Biały śpiew to bardzo pierwotny, "fizjologiczny" powiedziałabym, sposób wydobywania z siebie głosu.
To głos "z ziemi". Wynikający z odgłosów ciała. Z okrzyku bólu i strachu, świstów i stęknięć zmęczenia, jęku rozkoszy.
To najbardziej naturalny sposób wydawania dźwięku. Najbardziej spontaniczny i oczywisty.

Z drugiej strony - jesteśmy dziś tak daleko od swojego ciała,  tak bardzo wyuczyliśmy się niesłuchania go, nieszanowania, nielubienia, tak bardzo odcięliśmy się od kontaktu z nim, że ten rodzaj śpiewu bywa na początku dość rewolucyjnym doświadczeniem.

Do tego dochodzą kwestie estetyczne. Mamy "wdrukowywane" przez popkulturę pojęcie tego, co jest "ładne". Głos biały w swojej pierwotnej, bliskiej krwiobiegu formie, do tego nie pasuje.

Ale właśnie dzięki temu wszystkiemu jest tak hipnotyzujący, a jego szukanie w sobie jest tak fascynującym i wyzwalającym doznaniem.

W czasie warsztatów miałam sporo zabawnych sytuacji, bo wiele ćwiczeń oddechowych i relaksacyjnych, które miały nas przygotować do śpiewu, jako żywo przypominały te ze szkoły rodzenia.

Inne z kolei, te związane z ekspresją, były tymi samymi, które prowadziłam szefując teatrowi ognia :D

Och, uwielbiam :D

Dlatego z Jagienką wpadłyśmy na pomysł zorganizowania Darcia Pierza.
Takich cyklicznych spotkań, kobiecych raczej, ze śpiewem białym i pracami twórczymi.
Już za tydzień pierwsze spotkanie :)

Za to w łikend Kupalnocka na Zamku Książąt Pomorskich. Gimlea zaprasza na kołacze i sok z kwiatów bzu :)
Pin It Now!

sobota, 15 czerwca 2013

Własny dach nad głową i Nimfa Błotna :D

Dzień Dziecka w tym roku był nieco "rozwleczony".
Pierwsze prezenty Ora otrzymała już dzień przed. I to jakie! od Babci Wandy dostała kartonowy domek do składania, mieszkania i malowania. Dziki szał po prostu :D
Najpierw nie chciała dać Przemkowi go złożyć, bo naturalnie koniecznie musiała bawić się kartonem już, teraz, natychmiast.
Inżynierowie podczas pracy.
Obrady za zamkniętymi drzwiami.



Panienka z okienka ;)
Wejść drzwiami, wyjść oknem.


Aurora wpadła w szał. Wchodziła i wychodziła (różnymi drogami). Wprowadziła do domku niemal wszystkie swoje zabawki, po czym wyrzuciła je oknem. Robiła akuku i testowała wytrzymałość okiennic.
Tata wymyślił Dziecku zabawę w bankomat, mianowicie uznał, że szczelina podklamkowa idealnie nadaje się do wciskania weń karty (rabatowej, z jednego sklepu na r). Więc przez pół godziny Orka wciskała kartę przez drzwi (z wewnątrz), a On podawał ją Jej przez okno. I tak w kółko.
Dziewczę dla odmiany wymyśliło zabawę w trzęsienie ziemi, mianowicie podnosiło domek lekko do góry i puszczało, a kiedy robił "bam" zaśmiewało się do rozpuku :D.
W obawie o całość domostwa Tatko własnym sumptem dorobił kartonową podłogę. Teraz (korzystając z dobrodziejstw aury) posesja rezyduje na tarasie.
Dzidzioła dostała też ustrojstwo do puszczania baniek. Tatko zademonstrował. Młoda przejęła inicjatywę rozchlapując połowę płynu, wylewając resztę i (jako efekt uboczny) uzyskując, ku swojej radości, kilka bań. Następnie machinę przejął ojczulek, a Dzieć ganiał za bańkami. Najpierw w celach niszczycielskich, potem wykrzykując "Am!" z zamiarami kulinarnymi. Jak jakąś złapała na język to się krzywiła i domagała następnej.

A Dwa dni później rozpoczęłyśmy malowanie domostwa. Orka, wcześniej nie będąca miłośniczką farbek, teraz domaga się ich minimum raz dziennie.


Jeszcze nie gotowe!
W sam właściwy Dzień Dziecka byliśmy na imprezie urodzinowo-imieninowo-Dnio Matkowo-Dnio Dzieciowej u mojej Mamy.
 Aurora została wybawiona do imentu przez Babcię, Dziadka, Ciotkę, Wujka, Ciotkę Prababcię i królika. Z naciskiem na królika, którego namiętnie ścigała. Głaskała. Próbowała poić. I zanosiła mu pluszowego królika do legowiska. 
Od Ujka Dajka i Cioci Ali Dzięcielina dostała Leniwego Słonia. Nazwany (po Chrzestnym) Stefanem, został obdarzony wieeeelkim dziewczęcym afektem. Ora domaga się motania go Jej w chuście. Jedynym mankamentem jest to, że nie mieści się do torebki.

 Od nas Córa dostała basen. Nie z tych całkiem olbrzymich, ale pływać sama da radę, a i my się zamoczymy :D Co prawda pogoda na zmianę z czasem jeszcze nie pozwoliły nam go przetestować, ale w ramach przygotowań poszłyśmy niedawno z Dziewczęciem oraz Julią, Antkiem i Florentynką nad Płonię.

Ora nie byłaby Córką swej Matki, gdyby przepuściła okazję do zamoczenia. Nóg. Tupała w wodzie, chlapała stopami i rączkami, moczyła sobie buzię, brodziła jak czapla. Potem pupy, kiedy wdzięcznie plasnęła na zadek w najbardziej zamulonym miejscu. A w końcu prawie całej siebie, kiedy już uwolniłam Ją z odzienia, pozostawiając w pampku, kapelucie i kremie. Po pluskała się, wytarzała (dosłownie!) w piasku. Zjechała kilkakrotnie na pupie po pochyłym, miejscami piaszczystym, miejscami trawiastym brzegu i z ledwością dała się namówić na powrót do domu.








To jeden z powodów naszego braku czasu. Jak zwykle przygotowania do sezonu kończymy... w sezonie. Igul szyje namiot.
Całe szczęście wysiłek można sobie jakoś osłodzić. Np. tokajem z pączkami róż, a co :D

A co zajmuje mój czas - napisze w następnej notce.
Pin It Now!