Tak, jak sam tytuł wskazuje post moooocno przeleżakowany. Ale nie mogłam odmówić sobie przyjemności opublikowania go, zwłaszcza że właśnie z dziką rozkoszą napawamy się letnimi i jesiennymi przysmakami, przechowanymi w słoikach. Pasta paprykowa, bakłażanowe smarowidło, dżemik truskawkowo-rabarbarowy, jabłkowo-borówkowy, czekowidła i zioła zamrożone w oliwie. Mrrrrr...
A część tych doznań zawdzięczamy Grzesiowi, Agnieszce i ich córce - Hani, którzy we wrześniu zaprosili byli nas do swoich rodziców do Chojny.
A z kolei rodzice ich zaprosili nas na swoją działkę.
DZIAŁKĘ!!!
Wyobraźcie sobie ogromny ogród warzywny. Grządki pod linijeczkę, szklarenki, wszystko wypielęgnowane i dopieszczone w sposób arcydoskonały, a w i na nich - bogactwo! Papryki i pomidory w milionie odmian, wielkie dynie i kabaczki, ogórki i kapustka, gąszcz szpinaku, jarmuż, buraczki, ogromne krzaczory bazylii i lawendy, chruśniaki malinowe i grządki truskawkowe, pory i kalafiory, cuda, wianki, wodotryski - jeszcze się ślinię na samo wspomnienie.
I w trakcie przemiłego pikniku na trawie hanina babcia rzuca mimochodem taki oto tekst: "Jak macie ochotę, to sobie narwijcie czego chcecie. Nam to wszystko rośnie jak głupie, a sami nie zjemy, więc jak nie weźmiecie, to pójdzie na kompost."
...
.........
.................................................................
Wyjechaliśmy taczką.
Zdarta z grzbietu noska skóra napędziła nam potężnego stracha, ale całe szczęście Dzięcielina szybko dała się utulić (wiwat mleczko ;) ). Dziś nie ma już po sprawie śladu.
Oprócz tego Grześ i Agnieszka pokazali nam platana-olbrzyma, oprowadzili nas nieco po Chojnie, wzdłuż murów miejskich,
wleźliśmy na wieżę kościelną,
postrzelaliśmy z łuku i ogólnie wywczasowaliśmy się najprzyjemniej :D
Pin It Now!
środa, 22 stycznia 2014
niedziela, 19 stycznia 2014
Polityka noża
Przyznam się Wam do czegoś. Bardzo lubię czytać. Książki. Gazety (jak mnie sparło potrafiłam czytać nawet instrukcje obsługi i inne opisy towarów). Teksty różnej maści w sieci. Wśród tych ostatnich również blogi. I to imaginujcie sobie, wcale nie tylko i wyłącznie rodzicielskie i kulinarne ;)
Czytam blogi znajomych z reala i wirtuala, nieznajomych, życiowe, profesjonalne i kulinarne, publicystyczne i religijne, rysunkowe i fotograficzne (no, te to raczej oglądam). Dla przyjemności, wiadomości, satysfakcji i inspiracji. Alibo odmóżdżenia.
Jednakowoż ostatnio mam problem z czasoprzestrzenią, polegający na dramatycznym zmniejszaniu się jej pierwszego wymiaru, zwłaszcza tej jego części, którą mogę poświęcić szeroko pojętej rozrywce.
I dlatego tnę.
Rezygnujemy z TV definitywnie (:D)
Nie wypożyczam książek, których i tak nie zdążę przeczytać.
Nie wchodzę w projekty, których nie zdążę zrealizować.
Nie subskrybuję blogów, które...
No właśnie. Podczas mojego blogowania miałam ogromną przyjemność poznać kilka(dziesiąt) dziewczyn - realnie lub wirtualnie, które blogują. Podczytywałam je, miło nam się gadało, miałyśmy wspólne poglądy i/albo pasje, tematy dyskusji. Mamy dalej.
Jednakowoż, kiedy ostatnio na liście subskrypcji zobaczyłam miliard nieprzeczytanych, nowych postów - doszłam do wniosku, że czas wprowadzić minimalizm w kolejną sferę życia.
No dobra... Jeśli chodzi o czytanie, to to jest ten teren, na który minimalizm wstępu nie ma i mieć nie będzie. Ale może, hmmm... Odrobina zdrowego rozsądku? Rozważna selekcja danych?
Więc tnę, tnę, tnę bez litości. Wszystkie, bez których mogę żyć, które nie dostarczają mi potrzebnych informacji, kreatywnych pomysłów, dobrej dawki dobrego humoru, piękna. Nie są pisane przez ludzi, których perypetie żywo mnie obchodzą (bliskich w jakiś sposób).
No dobra, ale które nie robią czegoś z powyższych?
To są trudne decyzje, ale NAPRAWDĘ nie daję rady czytać wszystkiego, tak fizycznie. Pin It Now!
Czytam blogi znajomych z reala i wirtuala, nieznajomych, życiowe, profesjonalne i kulinarne, publicystyczne i religijne, rysunkowe i fotograficzne (no, te to raczej oglądam). Dla przyjemności, wiadomości, satysfakcji i inspiracji. Alibo odmóżdżenia.
Jednakowoż ostatnio mam problem z czasoprzestrzenią, polegający na dramatycznym zmniejszaniu się jej pierwszego wymiaru, zwłaszcza tej jego części, którą mogę poświęcić szeroko pojętej rozrywce.
I dlatego tnę.
Rezygnujemy z TV definitywnie (:D)
Nie wypożyczam książek, których i tak nie zdążę przeczytać.
Nie wchodzę w projekty, których nie zdążę zrealizować.
Nie subskrybuję blogów, które...
No właśnie. Podczas mojego blogowania miałam ogromną przyjemność poznać kilka(dziesiąt) dziewczyn - realnie lub wirtualnie, które blogują. Podczytywałam je, miło nam się gadało, miałyśmy wspólne poglądy i/albo pasje, tematy dyskusji. Mamy dalej.
Jednakowoż, kiedy ostatnio na liście subskrypcji zobaczyłam miliard nieprzeczytanych, nowych postów - doszłam do wniosku, że czas wprowadzić minimalizm w kolejną sferę życia.
No dobra... Jeśli chodzi o czytanie, to to jest ten teren, na który minimalizm wstępu nie ma i mieć nie będzie. Ale może, hmmm... Odrobina zdrowego rozsądku? Rozważna selekcja danych?
Więc tnę, tnę, tnę bez litości. Wszystkie, bez których mogę żyć, które nie dostarczają mi potrzebnych informacji, kreatywnych pomysłów, dobrej dawki dobrego humoru, piękna. Nie są pisane przez ludzi, których perypetie żywo mnie obchodzą (bliskich w jakiś sposób).
No dobra, ale które nie robią czegoś z powyższych?
To są trudne decyzje, ale NAPRAWDĘ nie daję rady czytać wszystkiego, tak fizycznie. Pin It Now!
sobota, 18 stycznia 2014
Dwie na dwa
Imprezy na okoliczność ukończenia lat dwóch :D
(czyli nadrabiania zaległości ciąg dalszy)
Wiecie co mówi dwulatka, kiedy rano, w dzień urodzin rodzice budzą ją życzeniami i tortem mówiąc:
- No to dziś kończysz dwa latka!
- NIE!
;)
To cytat, ale nie z Ory, a z jakiegoś bloga, podejrzewam o kruszki, ale nie mam pewności :D (O, znalazłam!)
Imprezy były dwie - rodzinna i dzieciowa.
Dwa były torty. Najpierw miały by takie same - żółw ze skorupą z kiwi. Jednakowoż w przeddzień imprezy Jubilatka kategorycznie zażądała tortu w kształcie... kurczaka!
Więc rodzina dostała kurczaka, a żółw (któremu, ku własnej dzikiej rozpaczy, nie cyknęłam słitfoci, buhuuuu) zapodany został znajomym.
I słodka dygresja. Nie lubimy i nie kupujemy (ani nie robimy) tortów i ciast pokrywanych i dekorowanych masą cukrową, czy chemicznie usztywnianymi, barwionymi i aromatyzowanymi kremami. Jeśli za lat kilka Ora zażyczy sobie tortu w kształcie blondi w różu, to cóż... Pewnie dostanie. Póki co wszelkie słodkości na naszych imprezach są mojego wypieku i na tyle zdrowe, i naturalne, na ile mnie stać.
Wprawdzie możliwe (oj tam, oj tam, że pewne :P), że cierpi na tym strona artystyczno-estetyczna wypieku, ale za to zdrowie nie :P
Aha, jeśli szukacie patentu na najlepsiejszy tort urodzinowy wszechczasów - polecam zestawienie: ciasto marchewkowe z imbirem, cynamonem, kardamonem i skórką pomarańczową z kremem bazyliowym, powidłami śliwkowo-czekoladowymi i bitą śmietaną :D
Myślę, że imprezy były zacne :D
Rodzinna w stylu wolnym. Dzieciowa - z wcześniej (z grubsza) obmyślanym programem.
Z tą drugą nie ukrywam, przegięłam, bo tak się zakręciłam przygotowaniami, że na świętowanie już brakło mi sił i goniłam na rezerwie i oparach. Nauczka na przyszłość.
Goście byli tacy, o jakich można sobie zamarzyć - którzy przede wszystkim obdarowują sobą i swoją obecnością :D Było "Stooo lat!", było dmuchanie świeczek, była zabawa. Sami popatrzcie.
Prezenty - ochhh, o tym w ogóle osobna notka będzie. Wiecie - dla mnie w sumie mogłoby ich nie być. Serio, serio. Z drugiej strony, jak już są, to chciałabym, żeby były takie, wiecie no... Fajne ;) Żeby i Dziewczę ucieszyły, i jakiś sens miały. Zwłaszcza, że to już nie ten etap, że następnego dnia zapomni, a wściekle-wyjące-i-świecące-ustrojstwo będzie można ukryć po za Jej zasięgiem ;D
Sama niejednokrotnie wybierając się na różne imprezy okolicznościowe mam problem z wyborem prezentu, bo o ile są na świecie osoby łatwoobdarowywalne, takie w których gust trafić można bez rocznych deliberacji, o tyle są też takie, co to mają wprost przeciwnie (Do tych drugich np. należy Mój Brat. Znam od urodzenia, a i tak mam problem. Za każdym razem. - Sorry, Daro, taka prawda.). A ja lubię dawać (ba, i otrzymywać ;) ) prezenty takie, co to znać, że z myślą o adresacie, z serca, no wiecie... To trudne jest niejednokrotnie. Czasami można się wybronić robiąc coś samemu (tu zaangażowanie jest oczywiste), czasami ma się fart. We wszystkich innych okolicznościach marzę o liście marzeń aktualnego solenizanta.
I z myślą o tych, co mają podobnie już daaaaawno stworzyliśmy listy prezentowe. Rodzina i znajomi reagują różnie - jedni są zachwyceni, inni niekoniecznie. A niektórym podpowiedzi zwyczajnie nie potrzeba. Życie.
Prezenty Orka dostała trafione w dziesiątkę, co łatwo dało się zaobserwować w reakcjach (naturalnie od razu przystąpiła do testowania :D).
Ufff...
Teraz, jak pisał wieszcz: "Już za rok impreeezaaaaa!"
P.S. Opaski ze śmiesznymi uszami u nas nie chwyciły. Pin It Now!
(czyli nadrabiania zaległości ciąg dalszy)
Wiecie co mówi dwulatka, kiedy rano, w dzień urodzin rodzice budzą ją życzeniami i tortem mówiąc:
- No to dziś kończysz dwa latka!
- NIE!
;)
To cytat, ale nie z Ory, a z jakiegoś bloga, podejrzewam o kruszki, ale nie mam pewności :D (O, znalazłam!)
Imprezy były dwie - rodzinna i dzieciowa.
Dwa były torty. Najpierw miały by takie same - żółw ze skorupą z kiwi. Jednakowoż w przeddzień imprezy Jubilatka kategorycznie zażądała tortu w kształcie... kurczaka!
Więc rodzina dostała kurczaka, a żółw (któremu, ku własnej dzikiej rozpaczy, nie cyknęłam słitfoci, buhuuuu) zapodany został znajomym.
I słodka dygresja. Nie lubimy i nie kupujemy (ani nie robimy) tortów i ciast pokrywanych i dekorowanych masą cukrową, czy chemicznie usztywnianymi, barwionymi i aromatyzowanymi kremami. Jeśli za lat kilka Ora zażyczy sobie tortu w kształcie blondi w różu, to cóż... Pewnie dostanie. Póki co wszelkie słodkości na naszych imprezach są mojego wypieku i na tyle zdrowe, i naturalne, na ile mnie stać.
Wprawdzie możliwe (oj tam, oj tam, że pewne :P), że cierpi na tym strona artystyczno-estetyczna wypieku, ale za to zdrowie nie :P
Aha, jeśli szukacie patentu na najlepsiejszy tort urodzinowy wszechczasów - polecam zestawienie: ciasto marchewkowe z imbirem, cynamonem, kardamonem i skórką pomarańczową z kremem bazyliowym, powidłami śliwkowo-czekoladowymi i bitą śmietaną :D
Myślę, że imprezy były zacne :D
Rodzinna w stylu wolnym. Dzieciowa - z wcześniej (z grubsza) obmyślanym programem.
Z tą drugą nie ukrywam, przegięłam, bo tak się zakręciłam przygotowaniami, że na świętowanie już brakło mi sił i goniłam na rezerwie i oparach. Nauczka na przyszłość.
Goście byli tacy, o jakich można sobie zamarzyć - którzy przede wszystkim obdarowują sobą i swoją obecnością :D Było "Stooo lat!", było dmuchanie świeczek, była zabawa. Sami popatrzcie.
| Bez girlandy nie mogło się obejść :D |
| Aurora, dwa lata :D |
| Trochę sezonowych dekoracji |
| Ile widzisz kurczaków? |
| Potwora należało nakarmić systemem zdalno-dopaszczowym (niektórzy wcześniej testowali karmę własną paszczą :D). |
| Kiedy potwór najadł się do syta - zrobiliśmy mu leże zimowe i ciepło otuliliśmy liśćmi. |
| Gotowy piernat trzeba było naturalnie przetestować :D |
| Tu jeszcze dosyp. |
| Chyba dobrze, jak myślisz? |
| A to już dzieła Agi P. |
| "Nad rzeczką (Płonią), opodal krzaczka..." |
| Coś na rozgrzewkę - dyniowa w dyni. |
| Poimprezowy odpoczynek przy nowej lekturze :) |
Sama niejednokrotnie wybierając się na różne imprezy okolicznościowe mam problem z wyborem prezentu, bo o ile są na świecie osoby łatwoobdarowywalne, takie w których gust trafić można bez rocznych deliberacji, o tyle są też takie, co to mają wprost przeciwnie (Do tych drugich np. należy Mój Brat. Znam od urodzenia, a i tak mam problem. Za każdym razem. - Sorry, Daro, taka prawda.). A ja lubię dawać (ba, i otrzymywać ;) ) prezenty takie, co to znać, że z myślą o adresacie, z serca, no wiecie... To trudne jest niejednokrotnie. Czasami można się wybronić robiąc coś samemu (tu zaangażowanie jest oczywiste), czasami ma się fart. We wszystkich innych okolicznościach marzę o liście marzeń aktualnego solenizanta.
I z myślą o tych, co mają podobnie już daaaaawno stworzyliśmy listy prezentowe. Rodzina i znajomi reagują różnie - jedni są zachwyceni, inni niekoniecznie. A niektórym podpowiedzi zwyczajnie nie potrzeba. Życie.
Prezenty Orka dostała trafione w dziesiątkę, co łatwo dało się zaobserwować w reakcjach (naturalnie od razu przystąpiła do testowania :D).
Ufff...
Teraz, jak pisał wieszcz: "Już za rok impreeezaaaaa!"
P.S. Opaski ze śmiesznymi uszami u nas nie chwyciły. Pin It Now!
Subskrybuj:
Posty (Atom)