sobota, 23 czerwca 2012

Który JEST

Mój Mąż nie filmował porodu, nie oddychał ze mną, nie krzyczał na położną i lekarza. Nie pomaga mi w opiece nad Dzieckiem. Nie popiera podejmowanych przeze mnie decyzji. Nie odciąża w dbaniu o Dom. Nie zastępuje mnie, kiedy jestem chora/robię obiad/muszę wyjść.

Przemek oglądał Zawitkowskiego i chodził ze mną do szkoły rodzenia. Zapewnił Aurorze kontakt "skóra do skóry" po porodzie. Był cały czas tam, gdzie Go potrzebowałam. Pierwszy przystawił Córkę do piersi (mojej ;) ).  Decyzje dotyczące naszej Rodziny podejmujemy razem. Razem dbamy o Dom (On nawet bardziej niż ja ;) ). Razem opiekujemy się Orą. Oboje Ją nosimy i tulimy, przewijamy, usypiamy, czytamy Jej i śpiewamy, karmimy i myjemy (On częściej), pływamy z Nią i spacerujemy, pokazujemy Jej świat i podziwiamy Ją. Nie POMAGA mi przy Dziecku, ale JEST przy Niej na równi ze mną. I w każdej innej dziedzinie tak samo.

Mógłby zrobić jak wielu facetów i stwierdzić, że kontakt nawiąże jak Mała zacznie mówić, że się nie zna, ma odruch wymiotny od pieluch, to kobiece sprawy, nie ma instynktu, nie umie, że Córkami zajmują się matki, że koledzy/mecz/piwo/hobby, że jest zmęczony, że pracuje, że nie miał dobrego wzorca. Że wszystko. Że cokolwiek.

Dziś w jednej śniadaniówce ktoś stwierdził, że to jak mężczyzna odnajduje się w roli ojca, zależy głównie od jego partnerki. Prawie w tym samym czasie zapytaliśmy "A nie od niego czasem?"

Albo ja jestem rozpieszczona do rozbestwienia, albo ktoś tu z ojców debili robi, no i ubezwłasnowolnionych, upupionych chłopców, których matka/żona/teściowa może ustawiać i przestawiać jak chce i potrafi.
Albo oba warianty naraz.

Sądzę Córuś moja, Córuś, że masz przekichane. Jeśli istotnie prawdą jest, że nasze oczekiwania i wyobrażenia wobec potencjalnego partnera ukuwamy sobie na obraz i podobieństwo ojca, to będziesz miała choleeeeeeernie wysokie wymagania, a Twoi potencjalni faceci poprzeczkę ustawioną na Montevereście.

Z drugiej strony, matka jaka jest - każdy widzi, nie wiem, za co będziesz mi kiedyś wdzięczna, a za co będziesz chciała wywrzeć krwawą zemstę, ale jednego jestem na 100% pewna -
Ojca wybrałam Ci najcudowniejszego na świecie.

Współrodzicielu!
Kochamy Cię szalenie :D Podczas tajemnej narady Aurora kazała Ci przekazać w pierwszym Waszym wspólnym Dniu Ojca, że:
"Łuuo! Bwwwwwwg, wfffffftss. Ba, bbby, bby. Pfffss."

Co niniejszym czynię.














Pin It Now!

czwartek, 21 czerwca 2012

Taraaaaam!!!

Mama wyszła tylko na chwilę do łazienki. Wróciła, pobawiła się z Dzięcieliną, a po jakiejś pół godzinie Tato zakomunikował:
- Aaaa, zapomniałem Ci o czymś powiedzieć!

I pokazał Mamie aparat:

I Mama byłaby dotąd niepocieszona, gdyby dziś rano nie widziała Aurory uprawiającej wspinaczkę wysokogórską na zboczach śpiącego Tatki. Na stojaka naturalmą.

A tak Trollątko wygląda z łóżka :D
(współspanie jest suuuuuuper :D)

Pin It Now!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

O łowczym, Wikingach, podstępnym gołębiu i zębie, co swój rozum ma

Wiekami pradawnymi (czyli w zeszłą środę) w dzikich ostępach (park na pl. gen. Andersa, za Kaskadą) wśród skał (ulubiony głaz narzutowy koło placu zabaw) szalało stado dzikich Wikingów (Huginns Hird). Tuż obok szalał dziki gołąb. Pisklak właściwie, ledwie wypierzony, co chyba z gniazda był wypadł przy pierwszych próbach lotu. Umykał przed ludźmi i psami i zaszył się w krzak dzikiego bzu.

Stwierdziłyśmy z Wikinkami (panowie zabawiali się żelastwem i jedynym ich skojarzeniem z gołębiem był obiad), że szkoda, żeby malca coś zeżarło. Sęk w tym, że nie wiadomo do końca do kogo się zwrócić.

Z epizodów, kiedy na balkonie mojej mamy wędrowne gołębie robiły sobie kilkudniowe przystanki (Lądowały, łaziły i nie odlatywały. Jadły i piły co im się dało, zaszywały się pod szafką, jak się na balkon wchodziło, wydalały na potęgę i wszystko miały pod ogonem. Odfruwywały po trzech dniach.) wiedziałam o pasjonatce, która najpierw w domu ratowała dzikie ptaki, a potem założyła stowarzyszenie w tym celu. Przez Internet w telefonie (aj tam, że Wikingowie nie mieli telefonów, w Birce na pewno wykopali) namierzyłyśmy właściwą instytucję i zadzwoniłyśmy. Miła pani powiedziała, że ona nie ma jak podjechać i żeby dzwonić do Łowczego Miejskiego (też macie skojarzenia z Królewną Śnieżką?) i numer dała. Zadzwoniłyśmy. Łowczy był za rzeką i obiecał zjawić się po godzinie. Zaczęłyśmy właśnie snuć domniemania na temat wieku i wyglądu Łowczego, a niektóre z nas również  rozważania nad kształtem pośladków sześciu (!!! w trzech zespołach) patrolujących park policjantów (z których dwóch okazało się być policjantkami, jeden wyjątkowo płaską, a jeden niezmiernie rozrośniętą), gdy zorientowałyśmy się, że podstępne zwierzę się zdematerializowało.

Krzaczor był między alejką a walczącymi wojami. Górą nielot przeklęty nie odleciał jako żywo. Czary i dziwy. Stwierdziłyśmy, że to pewnie odmiana gołębia ziemnego, co podkopy robi. Przetrząsnęłyśmy okoliczne zarośla. Nic. Zastanawiając się w czyim brzuchu skończył pierzasty skubaniec, co Wikingów wystawił do wiatru, poinformowałyśmy Łowczego (z żalem) o sytuacji. Powiedział, że zarośla i tak nawiedzi i poszuka.

Nie minęło minut pięć, kiedy znikający kurczak wrócił spacerkiem, jakby nigdy nic. ŁOTR!!!

Łowczemu wysłałyśmy sms'a.
Kurczę zaaresztowałyśmy pod głazem i nie spuszczałyśmy z oka.
Jednak w końcu trening się skończył, a najmłodsza Wikingówna stanowczo pragnęła powrotu w domowe pielesze.
Zawołałyśmy jeden z Poli-patroli (przyszły dwa), wyjaśniłyśmy sytuację.

I tak gołębi pisklak pod opieką czworga policjantów czekał na Łowczego.

True Story

P.S. A zęby mamy już dwa. I wiedzą ci one, że nie kąsa się sutka, który je karmi nadal :D:D:D
Pin It Now!