Spełnianie, nie spełnienie.
Uwielbiam tą porę roku (piszę tak o każdej bieżącej i to zawsze jest prawda :D).
Uwielbiam ten czas pełni. Nasycone kolory owoców i warzyw, żółcie, czerwienie, pomarańcze i głębokie fiolety. Płowiejące kolory liści i traw. Prześwietlające wszystko ciemne złoto słonecznych promieni. Zapachy kuchennej magii, zaprzęgniętej w przygotowanie zimowych zapasów.
Ociężałość gałęzi grusz, jabłoni i śliw. Owoce coraz bardziej widoczne między liśćmi. Zapach ziemi. Bele słomy na polach.
Niewyobrażalne bogactwo.
Byłyśmy ostatnio z Orą i Kaszydłem zbierać dziki bez i czerwoną koniczynę. Pokazywałam im rzepy łopianu i szyszki chmielu. Przedzierałyśmy się przez zasieki pokrzyw i pajęczyny. Było zupełnie.
Odczuwam teraz tę pełnię całą sobą. Głową, duchem i ciałem. Spełniam się. Pełnia jest w tym, jak czuję ziemię, po której stąpam, niosąc moje Dziecko. W kołyszącym rytmie moich bioder, na których są niewidoczne ślady palców mojego Męża. W chłonącej ciepło słońca skórze. W przesiąkniętych zapachem wiatru i dymu ognisk włosach. W wezbranych mlekiem piersiach. Pełnia jest we mnie i wokół mnie. Czuję się zespolona ze światem i z chwilą.
Pięknie jest.
Niech się pełnia spełnia.
Pin It Now!
środa, 5 września 2012
wtorek, 4 września 2012
Odkrywanie (nie)Ameryki
Już w podstawówce nieco niesmaczyło mnie mówienie o "odkryciach" i "zdobyciach". Ameryki, bieguna, Mont Cokolwiek. Bo to zawsze oznaczało odkrycie przez Europejczyka. To, że Indianie w Ameryce siedzieli nieco dłużej niż Kolumb Krzyś żył, zanim tam dotarł, i znali ją od podszewki, a nie jedynie rzut kamieniem od wybrzeża, ani to, że facet znalazł nie to, czego szukał, i nawet nie to, co mu się na początku wydawało, nie zmienia faktu, że wg. historii, to on "Odkrył Amerykę". Tubylcy mogą pętać się po dowolnie wybranej górze/pustyni/wyspie od pokoleń, ale dopiero jak dotrze tam jakiś pisaty ważniak - to mówi się o "zdobyciu". Straszna arogancja, nie sądzicie?
Szczerze powiedziawszy mało mnie obchodzi, który Europejczyk wlazł pierwszy na jaką górę i w którym roku.
Można coś odkryć dla siebie, na własny użytek i wtedy nie jest ważne ilu ludzi zrobiło to przed tobą i jak. Można odkrywać długo i z radością, krok po kroku, aż do dna, albo i w nieskończoność. Można odkryć, że coś było tuż przed nosem, a się o tym nie wiedziało. Można odkryć coś, zrobić krzyżyk na mapie, kilka zdjęć i więcej w to miejsce nie wrócić.
Można odkryć coś przed innymi. Dla innych. I wtedy można powiedzieć "Rosną tam takie kwiaty i takie drzewa" albo "Cudownie się tam czułam" i to będzie prawda, albo "w tym miejscu każdemu się spodoba, to najpiękniejsze miejsce na ziemi" i to będzie ściema.
Ostatnio pod kątem odkrywania myślałam o RB.
To nie jest coś o czym się przeczyta, obejrzy zdjęcia, zastosuje i krzyknie "Odkryłam!". To jest taka kraina, którą się odkrywa nieustannie dzień po dniu, za każdym razem znajdując co innego. Pięknie, radośnie, mozolnie, trudno, z zachwytem i zaciśniętymi zębami. Każdy krok musisz zrobić sama. Na wszystko popatrzeć własnymi oczyma. To nie jest coś, czego może cię ktoś nauczyć. To coś, co możesz poznać, odkryć dla siebie. I dla innych.
Pozdrowienia z wędrówki dla wszystkich globtroterów tego świata ;) Pin It Now!
Szczerze powiedziawszy mało mnie obchodzi, który Europejczyk wlazł pierwszy na jaką górę i w którym roku.
Można coś odkryć dla siebie, na własny użytek i wtedy nie jest ważne ilu ludzi zrobiło to przed tobą i jak. Można odkrywać długo i z radością, krok po kroku, aż do dna, albo i w nieskończoność. Można odkryć, że coś było tuż przed nosem, a się o tym nie wiedziało. Można odkryć coś, zrobić krzyżyk na mapie, kilka zdjęć i więcej w to miejsce nie wrócić.
Można odkryć coś przed innymi. Dla innych. I wtedy można powiedzieć "Rosną tam takie kwiaty i takie drzewa" albo "Cudownie się tam czułam" i to będzie prawda, albo "w tym miejscu każdemu się spodoba, to najpiękniejsze miejsce na ziemi" i to będzie ściema.
Ostatnio pod kątem odkrywania myślałam o RB.
To nie jest coś o czym się przeczyta, obejrzy zdjęcia, zastosuje i krzyknie "Odkryłam!". To jest taka kraina, którą się odkrywa nieustannie dzień po dniu, za każdym razem znajdując co innego. Pięknie, radośnie, mozolnie, trudno, z zachwytem i zaciśniętymi zębami. Każdy krok musisz zrobić sama. Na wszystko popatrzeć własnymi oczyma. To nie jest coś, czego może cię ktoś nauczyć. To coś, co możesz poznać, odkryć dla siebie. I dla innych.
Pozdrowienia z wędrówki dla wszystkich globtroterów tego świata ;) Pin It Now!
niedziela, 2 września 2012
Turlanie się od świtu do... świtu czyli wgryzanie się w Ździebło
Kilka dni temu skoczyłyśmy sobie na babsko-rodzinny wypad. Aurora, AuroryMama, AuroryBabcia i AuroryCiotka. Nad morze :)
Dziecię po rozpakowaniu z chusty i umieszczeniu na kocu wypruło w kierunku morza. Zatrzymało się na brzegu mokrego piasku, ale dojrzało w wodzie inną dziewczynkę (jakieś trzy lata starszą), więc podpełzło dalej. Zdziwiło się, kiedy fala zmoczyło mu łapki.
I tak było cały czas. Grzebała w piasku mokrym. Budowała z CiotKaszydłem zamek z basenem. Grzebała w suchym piasku. Ganiała za mewami i gawronami (Nie wiedziałam, że moja Córka ma wbudowane turboprzyspieszenie. Ma.). Pożerała babciną kukurydzę (żarłocznie). W drodze powrotnej pożarła też kawałek słoninki z maminego szaszłyka.
Niestety powrót był ciężki. Ostatnio Córka nasza uważa fotelik samochodowy za zło wcielone. Cierpliwość kończy się Jej po minucie i trzeba Orę zabawiać i zagadywać, śpiewać piąsenki o zającach na łące, a i to nie gwarantuje powodzenia. Wyciąga rączęta i domaga się ze łzami w oczach natychmiastowego ratunku. Serce się kraje.
Idą Jej ewidentnie kolejne zębiszcza. Hektolitry śliny, jeżdżenie piąstką po dziąsłach. Jest też Dziewczę wyjątkowo rączasto-mamowe. Aż Tatko poczuł się dotknięty, ale rozbroiła Go przytulaniem i mizianiem ;) Aha, mimo iż stan uzębienia w chwili obecnej to komplet jedynek oraz dwójki górne - NADAL NIE GRYZIE PRZY KARMIENIU :D:D:D Po za tym i owszem. Palce u rąk u nóg, przedramiona, nos. Ale (po za palcami u rąk kiedy swędzą Ją zęby) są to raczej czułe ukąszenia i zabawa, niż bolesne gryzy.
Zadziwiła nas prośbą o chustę. Pierwszy raz zrobiła to w sposób tak ewidentny. Pokazała palcem na filar od antresoli, na którym wiszą chusty. Zagulgotała znacząco. Zdjęłam chustę i położyłam obok Niej. Złapała w obie rączki, podniosła i popatrzyła mi głęboko w oczy, z miną Puszka-Okruszka. No takiej prośbie się nie odmawia. Od tego czasu powtórzyła akcję już cztery razy :D:D:D
Pokochała parapet na zabój. Mamy w domu cztery drewniane parapety, szerokie jak lotniskowce, wykonane przez Przemka. Od jakiegoś czasu jeden z nich jest ulubionym placem zabaw Ździebła. Łapie plamy słonka, brzęczy żaluzjami, grzebie w doniczkach, wygląda na koty na podwórku. I często (nieustannie) oraz głośno domaga się wsadzenia nań.
Ostanie przed urodzinami szczepienie zniosła rewelacyjnie. Kilka łez i płacz przy wkłuciu (Tatko wspierał) i tyle.
Po za tym wydaje cudne piski radości, pieje z zachwytu nieomal, cudnie się przytula i cmoka i łasi. Jest najsłodszą kruszyną w kosmosie :D
Pin It Now!
Dziecię po rozpakowaniu z chusty i umieszczeniu na kocu wypruło w kierunku morza. Zatrzymało się na brzegu mokrego piasku, ale dojrzało w wodzie inną dziewczynkę (jakieś trzy lata starszą), więc podpełzło dalej. Zdziwiło się, kiedy fala zmoczyło mu łapki.
I tak było cały czas. Grzebała w piasku mokrym. Budowała z CiotKaszydłem zamek z basenem. Grzebała w suchym piasku. Ganiała za mewami i gawronami (Nie wiedziałam, że moja Córka ma wbudowane turboprzyspieszenie. Ma.). Pożerała babciną kukurydzę (żarłocznie). W drodze powrotnej pożarła też kawałek słoninki z maminego szaszłyka.
Niestety powrót był ciężki. Ostatnio Córka nasza uważa fotelik samochodowy za zło wcielone. Cierpliwość kończy się Jej po minucie i trzeba Orę zabawiać i zagadywać, śpiewać piąsenki o zającach na łące, a i to nie gwarantuje powodzenia. Wyciąga rączęta i domaga się ze łzami w oczach natychmiastowego ratunku. Serce się kraje.
Idą Jej ewidentnie kolejne zębiszcza. Hektolitry śliny, jeżdżenie piąstką po dziąsłach. Jest też Dziewczę wyjątkowo rączasto-mamowe. Aż Tatko poczuł się dotknięty, ale rozbroiła Go przytulaniem i mizianiem ;) Aha, mimo iż stan uzębienia w chwili obecnej to komplet jedynek oraz dwójki górne - NADAL NIE GRYZIE PRZY KARMIENIU :D:D:D Po za tym i owszem. Palce u rąk u nóg, przedramiona, nos. Ale (po za palcami u rąk kiedy swędzą Ją zęby) są to raczej czułe ukąszenia i zabawa, niż bolesne gryzy.
Zadziwiła nas prośbą o chustę. Pierwszy raz zrobiła to w sposób tak ewidentny. Pokazała palcem na filar od antresoli, na którym wiszą chusty. Zagulgotała znacząco. Zdjęłam chustę i położyłam obok Niej. Złapała w obie rączki, podniosła i popatrzyła mi głęboko w oczy, z miną Puszka-Okruszka. No takiej prośbie się nie odmawia. Od tego czasu powtórzyła akcję już cztery razy :D:D:D
Pokochała parapet na zabój. Mamy w domu cztery drewniane parapety, szerokie jak lotniskowce, wykonane przez Przemka. Od jakiegoś czasu jeden z nich jest ulubionym placem zabaw Ździebła. Łapie plamy słonka, brzęczy żaluzjami, grzebie w doniczkach, wygląda na koty na podwórku. I często (nieustannie) oraz głośno domaga się wsadzenia nań.
Ostanie przed urodzinami szczepienie zniosła rewelacyjnie. Kilka łez i płacz przy wkłuciu (Tatko wspierał) i tyle.
Po za tym wydaje cudne piski radości, pieje z zachwytu nieomal, cudnie się przytula i cmoka i łasi. Jest najsłodszą kruszyną w kosmosie :D
Pin It Now!
Subskrybuj:
Posty (Atom)